Rok 642. Nasi poszukiwacze Eldrytu zatrzymali się w
mieście Hamel. Po pokonaniu Rana powrócił dawny spokój i każdy mógł się cieszyć
swobodnym życiem. Nasi bohaterowi nie mieli zbytnio żadnych zajęć, więc
Penentio postanowił by trenowali oni przyszłych obrońców miasta.
Rune, Lord i Infinity kierowali się na plac treningowy.
Tam mieli poznać swoich przyszłych uczniów. Głównie martwili się co za ludzi
dostaną i czy będą mieli jakiekolwiek pojęcie o walce… Przekroczywszy bramę,
skierowali się na sam środek i przyglądali się po kolei swoim podopiecznym.
Rune dostrzegł, iż w jego grupie i Infinitiego znajdują się… dziewczyny? Od
razu podszedł do InS’a.
- Hej ty też to widzisz, czy mam omamy?
- Dobrze widzisz idioto… - Rune westchnął głośno i złapał
się za głowę.
- Rany, ale niefart stary…
- To będą najgorsze dni w moim życiu… - przetarł ręką
czoło i spojrzał na swoich uczniów jeszcze raz.
Udali się na osobne place z swoimi podopiecznymi i
obserwowali co każdy z nich potrafi. Infinity podobnie jak Rune nie zwracali
zbytnio uwagi na płeć żeńską, gdyż do nich to jest absurdalne, by dziewczyna
mieczem walczyła. Po kilku godzinach, mniej więcej wiedzieli z kim mają do
czynienia. Część poleciała za brak jakiejkolwiek wiedzy. Gdy dzień dobiegał
końca nasi chłopcy spotkali się w barze. Lord siedział dumnie jak zawsze i
wyglądał jakby nic wielkiego dziś się nie wydarzyło. Rune leżał na blacie stołu
i coś mruczał pod nosem, a Infinity podpierał się ręką i stukał palcem o stół.
- Jak u ciebie sobie radziła?
- Szczerze? Nie zwróciłem na niej uwagi.
- Tak samo ja – przeciągnął się i dalej leżał na stole.
- Skreślacie je, bo są dziewczynami?
- Jesteś normalny? Wyobrażasz sobie laskę, co wymachuje
mieczem? Bo ja nie – prychnął zdenerwowany Infinity i skierował wzrok za okno.
- Właśnie, właśnie! Dobrze mówi!
- Jak do mnie boicie się, że was pobiją lub będą lepsze od
innych wojowników – odparł z spokojem Lord i wziął do ręki szklankę z napojem.
- Żartujesz sobie?! – jednocześnie wyskoczyli i wrogo na
niego spojrzeli.
- Z tego co wiem, na polu walki nie ma podziału i każdy
walczy jak potrafi, bez względu na płeć. Nie jest tak? – InS i RS spojrzeli na
siebie, a potem skierowali wzrok gdzie indziej. – Co wam szkodzi je czegoś
nauczyć? Będą mogły walczyć w obronie własnej i może w końcu sobie znajdziecie drugą
połówkę.
- ZAMKNIJ SIĘ! – LK odchrząknął i spojrzał na zegarek.
- Czas wracać.
Wrócili do swojego domu i tam w pokoju gościnnym trwała
głośna rozmowa. Każdy z bohaterów opowiadał o dzisiejszym dniu. Gdy Elswordy
przekroczyli próg pokoju, GA zapytała ich, jak im poszło. RS i Infinity odparli
to samo – do dupy, a LK jak zwykle, że normalnie. Jakiś czas jeszcze siedzieli
i gawędzili, a potem udali się spać.
Kolejnego dnia, za radą LK nasi chłopcy przyglądali się
dziś dziewczynom co mieli. Wbrew temu co myśleli, dobrze sobie radziły.
- Dobra śmiecie, teraz macie przywołać Cornwella na miecz
w postaci cienia, widmo jak kto woli to nazywać. - Każdy po kolei próbował i
nikomu się nie udawało. Infinity się wkurzył, że czegoś tak banalnego nie
potrafią. Jednak jego złość szybko minęła, gdy dostrzegł, iż ta jedyna miała
Phantoma na mieczu. Reszta nie wiedziała o co chodziło. Podszedł do niej i
przyjrzał się mieczom, a potem jej, a następnie na resztę. – Żeby dziewczyna zrobiła
to szybciej od was. Wstyd i hańba. Macie do jutra czas by to opanować –
skierował do nich te słowa, a potem odwrócił się do dziewczyny. – Ty pójdziesz
ze mną. – Spojrzała na niego wystraszona i kiwnęła głową.
Udali się do jego gabinetu. Tam kazał jej usiąść i tak też zrobiła. Sam wyciągnął z szuflady papiery, usiadł na krześle i zaczął je przeglądać. Dziewczyna cały czas była lekko wystraszona. Nie wiedziała czego od niej chciał. W końcu Infinity znalazła papiery z jej danymi.
- Mari tak...
- Tak - odpowiedziała cichutko.
- Wygląda na to, że więcej z ciebie pożytku niż mi się wydawało. - Przyjrzał się jej uważnie. - Jeszcze ten tydzień będziesz trenować razem z tymi kretynami. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to może awansujesz.
- Awansuje? - Zapytała zdziwiona i spojrzała na niego.
- Ta. Potem ci powiem szczegóły, a teraz idź już.
Dziewczyna poszła, a Infinity zastanawiał się czy to aby dobry pomysł.
Wieczorem, cała trójka rozmawiała między sobą o tym, co dziś zaobserwowali. U RS'a było podobnie jak u InS'a. Wtedy LK dogryzał im, że zawsze wie co lepsze.
Mijały dni, tygodnie. Infinity zaprzyjaźnił się z Mari i pomagał jej w treningu. W końcu przyszła pora egzaminów. Egzamin polegał na wyłonieniu najlepszych z najlepszych w danej klasie. U Lorda przeszło pięciu wojowników, u Rune sześciu z czego w tym była dziewczyna, a u Infinitiego czterech w tym Mari. Po zakończonych egzaminach, Penentio zaprowadził zwycięzców do ich nowych apartamentów.
Od razu, następnego dnia, świeżo upieczeni wojownicy dostali misję. Była to prosta misja polegająca na zabiciu demonów w danym obszarze. Bez problemu poradzili sobie z tą misją. W wolnych dniach, nasi główni bohaterowi trenowali razem z swoimi podopiecznymi. Wszyscy ze sobą w jakiś sposób się zaprzyjaźnili i miło spędzali czas. Nawet Mari, która była nieśmiała i zwykle stała z boku starała się uczestniczyć w rozmowach i różnych grach oraz wypadów na miasto.
Kilka miesięcy potem Mari wręcz dotrzymywała kroku Infinitiemu. Głównie ją brał ze sobą na misję, bo doskonale walczyła. Więź między nimi była inna, jednak ciągle pozostawało to na poziomie przyjaźni. Nie chcieli by coś więcej było między nimi.
Wyruszyli oni wraz z Ravenem BM oraz Chungiem DC na misję. Była to trudna misja. Ich przeciwnik był demonom, podobny do Demroka, który sam zniszczył doszczętnie kilka pobliskich wiosek niedaleko Belder. Przewidywali, że uda im się go złapać podczas kolejnego ataku na wioskę. Przygotowali się i czekali na moment, aż demon się zjawi. Zbliżała się noc. Ich celu jak nie było tak nie było. Mari przeczuwała, że chyba przewidział ich zagrywkę.
- Nie możliwe by te tępe kreatury przewidziały coś takiego - odezwał się cicho Raven.
- Nie wiesz ile wynosi ich inteligencja - odparła Mari.
- Na pewno mniej jak psa - dorzucił Elsword i wstał z ziemi.
- Poczekamy jeszcze trochę. Jak się nie zjawi to pójdziemy i tyle - odparł znudzony Chung.
Mari wyczuła coś dziwnego. Rozejrzała się i odeszła od chłopaków. Idąc dalej była co raz bardziej pewna, że coś tam jest. Gdy tylko wybiegła z lasu i znalazła się na niewielkiej polanie, została zaatakowana przez demona, na którego czekali. Dobyła miecza i zaczęła z nim walczyć. Z czasem chłopaki zorientowali się, że coś się dzieje i pobiegli w to miejsce. Gdy wybiegli na polana na chwile zamarli w miejscu. Demon trzymał za włosy Mari, która była cała poraniona i posiniaczona. Chciał ją przebić swoim demonicznym prętem jednak atak został zablokowany przez Cornwella. Elsword od razu agresywnie zaczął walczyć z demonem, gdy w tym samym czasie Chung zabrał Mari w bezpieczne miejsce. Rozpoczęła się walka trzech na jednego. Chłopaki nie musieli ze sobą się komunikować by wiedzieć jak się zgrać i wspólnie go wykończyć. Wszystko szło dobrze, gdy nie użył swojego ataku, który paraliżuje wszystko dookoła.
- Cholera - echem odbijały się te słowa. Demon zbliżył się do Elsworda.
- Najpierw wykończę ciebie, a potem resztę twoich przyjaciół
Demon znowu zmaterializował swój demoniczny pręt i chciał go wbić w chłopaka. Wtedy, na przeciwko niego stanęła Mari i przyjęła na siebie atak. To był szok dla wszystkich. Zakaszlała kilka razy krwią i wbiła miecz w demona. Ten wściekły gwałtownie wyciągnął pręt z ciała dziewczyny i uderzył ją 'ręką' na tyle mocno, że poleciała kawałek dalej i leżała na ziemi nieruchomo. Atak ich przeciwnika zniknął i wtedy Elsword z wściekłością przywołał duży miecz Cornwella, a następnie zaczęły materializować się małe, które zmasakrowały ciało demona tak mocno, że nie było co po nim zbierać. Chłopak od razu podbiegł do swojej przyjaciółki, która była w okropnym stanie. Wziął ją w swoje ręce, a ona wtedy się do niego uśmiechnęła.
- Głupia, dlaczego to zrobiłaś?!
- Nie pozwolę ci zginąć. Nie podczas tak banalnej misji. - Zakaszlała krwią. Jej rany były poważne. Nie było jak ją uratować, czy w jakikolwiek sposób jej pomóc. Oni jak i Chung oraz Raven zdawali sobie z tego sprawę.
- A ty to niby co? Co ty sobie myślałaś robiąc to co zrobiłaś?! - w oczach wojownika powoli zaczeły pojawiać się łzy.
- Co myślałam? Nie mogę dopuścić do twojej śmierci. Życie twoje jest więcej warte od mojego i dobrze o tym wiesz.
- Nie mów tak - przytulił ją do siebie.
- Dziękuje ci za wszystko, Elsword. Ciesze się, że ciebie poznałam. Nie zapomnę tych dni razem spędzonych. Nigdy...
- Mari, nie odchodź. Proszę, nie. - Infinity wiedział, że zbliża się koniec wszystkiego, koniec tego czasu, gdy razem byli i cieszyli się życiem.
- Żyj Elsword, pamiętaj o tym. Nie możesz się poddać. Nigdy.
Ostatnie słowa które od niej usłyszał. Leżała teraz bezwładnie w jego ramionach, a chłopak przeklinał świat za to co się stało. Nie umiał pogodzić się z stratą swojej bliskiej przyjaciółki.
Udali się do jego gabinetu. Tam kazał jej usiąść i tak też zrobiła. Sam wyciągnął z szuflady papiery, usiadł na krześle i zaczął je przeglądać. Dziewczyna cały czas była lekko wystraszona. Nie wiedziała czego od niej chciał. W końcu Infinity znalazła papiery z jej danymi.
- Mari tak...
- Tak - odpowiedziała cichutko.
- Wygląda na to, że więcej z ciebie pożytku niż mi się wydawało. - Przyjrzał się jej uważnie. - Jeszcze ten tydzień będziesz trenować razem z tymi kretynami. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to może awansujesz.
- Awansuje? - Zapytała zdziwiona i spojrzała na niego.
- Ta. Potem ci powiem szczegóły, a teraz idź już.
Dziewczyna poszła, a Infinity zastanawiał się czy to aby dobry pomysł.
Wieczorem, cała trójka rozmawiała między sobą o tym, co dziś zaobserwowali. U RS'a było podobnie jak u InS'a. Wtedy LK dogryzał im, że zawsze wie co lepsze.
Mijały dni, tygodnie. Infinity zaprzyjaźnił się z Mari i pomagał jej w treningu. W końcu przyszła pora egzaminów. Egzamin polegał na wyłonieniu najlepszych z najlepszych w danej klasie. U Lorda przeszło pięciu wojowników, u Rune sześciu z czego w tym była dziewczyna, a u Infinitiego czterech w tym Mari. Po zakończonych egzaminach, Penentio zaprowadził zwycięzców do ich nowych apartamentów.
Od razu, następnego dnia, świeżo upieczeni wojownicy dostali misję. Była to prosta misja polegająca na zabiciu demonów w danym obszarze. Bez problemu poradzili sobie z tą misją. W wolnych dniach, nasi główni bohaterowi trenowali razem z swoimi podopiecznymi. Wszyscy ze sobą w jakiś sposób się zaprzyjaźnili i miło spędzali czas. Nawet Mari, która była nieśmiała i zwykle stała z boku starała się uczestniczyć w rozmowach i różnych grach oraz wypadów na miasto.
Kilka miesięcy potem Mari wręcz dotrzymywała kroku Infinitiemu. Głównie ją brał ze sobą na misję, bo doskonale walczyła. Więź między nimi była inna, jednak ciągle pozostawało to na poziomie przyjaźni. Nie chcieli by coś więcej było między nimi.
Wyruszyli oni wraz z Ravenem BM oraz Chungiem DC na misję. Była to trudna misja. Ich przeciwnik był demonom, podobny do Demroka, który sam zniszczył doszczętnie kilka pobliskich wiosek niedaleko Belder. Przewidywali, że uda im się go złapać podczas kolejnego ataku na wioskę. Przygotowali się i czekali na moment, aż demon się zjawi. Zbliżała się noc. Ich celu jak nie było tak nie było. Mari przeczuwała, że chyba przewidział ich zagrywkę.
- Nie możliwe by te tępe kreatury przewidziały coś takiego - odezwał się cicho Raven.
- Nie wiesz ile wynosi ich inteligencja - odparła Mari.
- Na pewno mniej jak psa - dorzucił Elsword i wstał z ziemi.
- Poczekamy jeszcze trochę. Jak się nie zjawi to pójdziemy i tyle - odparł znudzony Chung.
Mari wyczuła coś dziwnego. Rozejrzała się i odeszła od chłopaków. Idąc dalej była co raz bardziej pewna, że coś tam jest. Gdy tylko wybiegła z lasu i znalazła się na niewielkiej polanie, została zaatakowana przez demona, na którego czekali. Dobyła miecza i zaczęła z nim walczyć. Z czasem chłopaki zorientowali się, że coś się dzieje i pobiegli w to miejsce. Gdy wybiegli na polana na chwile zamarli w miejscu. Demon trzymał za włosy Mari, która była cała poraniona i posiniaczona. Chciał ją przebić swoim demonicznym prętem jednak atak został zablokowany przez Cornwella. Elsword od razu agresywnie zaczął walczyć z demonem, gdy w tym samym czasie Chung zabrał Mari w bezpieczne miejsce. Rozpoczęła się walka trzech na jednego. Chłopaki nie musieli ze sobą się komunikować by wiedzieć jak się zgrać i wspólnie go wykończyć. Wszystko szło dobrze, gdy nie użył swojego ataku, który paraliżuje wszystko dookoła.
- Cholera - echem odbijały się te słowa. Demon zbliżył się do Elsworda.
- Najpierw wykończę ciebie, a potem resztę twoich przyjaciół
Demon znowu zmaterializował swój demoniczny pręt i chciał go wbić w chłopaka. Wtedy, na przeciwko niego stanęła Mari i przyjęła na siebie atak. To był szok dla wszystkich. Zakaszlała kilka razy krwią i wbiła miecz w demona. Ten wściekły gwałtownie wyciągnął pręt z ciała dziewczyny i uderzył ją 'ręką' na tyle mocno, że poleciała kawałek dalej i leżała na ziemi nieruchomo. Atak ich przeciwnika zniknął i wtedy Elsword z wściekłością przywołał duży miecz Cornwella, a następnie zaczęły materializować się małe, które zmasakrowały ciało demona tak mocno, że nie było co po nim zbierać. Chłopak od razu podbiegł do swojej przyjaciółki, która była w okropnym stanie. Wziął ją w swoje ręce, a ona wtedy się do niego uśmiechnęła.
- Głupia, dlaczego to zrobiłaś?!
- Nie pozwolę ci zginąć. Nie podczas tak banalnej misji. - Zakaszlała krwią. Jej rany były poważne. Nie było jak ją uratować, czy w jakikolwiek sposób jej pomóc. Oni jak i Chung oraz Raven zdawali sobie z tego sprawę.
- A ty to niby co? Co ty sobie myślałaś robiąc to co zrobiłaś?! - w oczach wojownika powoli zaczeły pojawiać się łzy.
- Co myślałam? Nie mogę dopuścić do twojej śmierci. Życie twoje jest więcej warte od mojego i dobrze o tym wiesz.
- Nie mów tak - przytulił ją do siebie.
- Dziękuje ci za wszystko, Elsword. Ciesze się, że ciebie poznałam. Nie zapomnę tych dni razem spędzonych. Nigdy...
- Mari, nie odchodź. Proszę, nie. - Infinity wiedział, że zbliża się koniec wszystkiego, koniec tego czasu, gdy razem byli i cieszyli się życiem.
- Żyj Elsword, pamiętaj o tym. Nie możesz się poddać. Nigdy.
Ostatnie słowa które od niej usłyszał. Leżała teraz bezwładnie w jego ramionach, a chłopak przeklinał świat za to co się stało. Nie umiał pogodzić się z stratą swojej bliskiej przyjaciółki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz