sobota, 16 listopada 2013

Rozdział XX Witaj mój nowy domie. Crayon Pop i ich nowy występ. Turniej plażowy. Zmiana uzbrojenia i Henira. Czas na zabawy w nocnego królika i tajnych agentów.

 Idąc do zamku, Wyrocznia nie była zbytnio zadowolona. Zapytałem ją co ją trapi. Opowiedziała mi o swoich zmartwieniach odnośnie mojej zmiany. Bała się, że całkowicie odwrócę się od ludzkości. Zapewniałem ją, że do tego nie dojdzie. Z czasem dotarliśmy do mojego nowego domu. Wszedłem do środka i strażnicy stąd powitali mnie. Udaliśmy się do Avalaca. Jak widać pod jego władzą wszystko tu działa jak należy. Jestem ciekaw jego i Issy reakcji. Zapukałem do jego dormitorium i gdy usłyszałem pozwolenie wejścia, pchnąłem drzwi przed siebie. Przywitałem się z nim i skierowałem się do niego. Był w szoku. Nie sądził, że kiedykolwiek zobaczy mnie w takiej postaci. Zapytał mnie co się stało. Usiadłem na fotelu i opowiedziałem wszystko. Nadal nie mógł uwierzyć, że posunąłem się do tak drastycznego kroku. Chwile potem pojawiła się jego siostra. Zamarła gdy mnie ujrzała. Wstałem i podszedłem do niej. Nic się nie zmieniła przez ten czas. Uśmiechnąłem się do niej, a ona przytuliła się do mnie. Śnieżynka o mało co z siebie nie wyszła. Issa zapytała mnie co tu robię i dlaczego jestem tak bardzo podobny do demona. Odpowiedziałem jej by pogadała o tym z Avalackiem, bo mu wszystko wyjaśniłem. 

Wraz z Śnieżynką udaliśmy się do mojego nowego pokoju. Był zrobiony w stylu barokowym. Przepych na każdym kroku. Łoże, bo łóżka tego nazwać nie mogę, pokryte było złoto - białą pościelą. Wszystko było w takich odcieniach. Zero czerni i szarości. Zastanawiałem się przez chwile, czy aby dobrze trafiłem. Wszystkie meble były wykonane z drzewa dębowego. Filary, które podtrzymywały sklepienie były zrobione z białego marmuru z złotymi elementami. Okna duże, od ziemi do sufitu. W sumie oknem tego nazwać też nie szło, bo bardziej przypominały szklane drzwi do wyjścia na balkon. Zasłony złote, firany na wzór wachlarza, do połowy zakrywały 'okna'. Śnieżynka zadowolona usiadła na fotelu i rozglądała się po pomieszczeniu. Była lekko oczarowana tym miejscem. Ja skierowałem się dalej. Po obydwu stronach łoża były drzwi. Te po lewej prowadziło do łazienki, a te po prawej było jakby schowkiem. Właśnie, będę musiał wrócić do świata ludzi po moje ubrania i wierzchowce. Postanowiłem się tym zająć jak tylko odpocznę.

Gdy wstałem na zewnątrz świeciło słońce. Nie wiedziałem, jak tu czas płynie. Ubrałem się, ogarnąłem i otworzyłem drzwi. Za nimi stał jeden z strażników i powiedział, że zaprowadzi mnie do jadalni. No tak, będę musiał nauczyć się topografii tego miejsca. Po przejściu kilku korytarzy dotarliśmy na miejsce. Trzeba przyznać, że tu czuje się jakbym był na jakiejś uroczystości, a nie zwykłym śniadaniu. Przy stole siedziała Śnieżynka. O potrawach tu przyrządzonych rozpisywać się nie będę, bo sam dokładnie nie wiem co to jest, ale smakuje dobrze. Razem z Śnieżynką wyszliśmy na zewnątrz, do ogrodu. Był zrobiony w styl angielskim. Zapytałem moją Wyrocznie jak czas tu płynie. Odparła, że biegnie tak samo jak w świecie ludzi. Czyli jeśli teraz dochodzi jedenasta to u nich też. Zapytałem ją, czy pójdzie ze mną zabrać rzeczy, które tam zostawiłem. Zapytała, dlaczego o tej porze. Odpowiedź była prosta. O tej porze nikogo prawie nie ma w zamku, więc łatwo będzie wejść i wyjść niezauważonym. Nie była do końca pewna. W takim razie sam się tam udam. Wróciłem do pokoju i otwarłem portal do świata ludzi. Wybrałem dokładne miejsce, czyli mój pokój.

Wszystko w nim było takie same jak wyruszyliśmy. Otworzyłem szafki, zabrałem swoje ubrania, zbroje, miecze, sfery, eliksiry i inne śmieci. Poszukałem torby i do niej wszystko wadziłem. Powiedzmy, że się zmieściło. Wyjrzałem przez okno i rozejrzałem się. Miasto wygląda na spokojne i w pobliżu nikt się nie kręci. Otworzyłem drzwi i skierowałem się na dół. Pobiegłem w kierunku miejsca, w którym czekały na mnie moje wierzchowce. Na mój widok Coco zaczął piszczeć, a Hameling radośnie podbiegł do mnie. Pogłaskałem po pyskach obydwa moje wierzchowce. Na Coco zarzuciłem cały bagaż i otwarłem portal do mojego nowego pokoju. Kazałem przejść wierzchowcowi przez to. Początkowo się bał, jednak potem poszedł przed siebie. Teraz Hameling. Już mieliśmy wchodzić, gdy portal się zamknął. Co jest cholera?! Gdy portal znikł, za nim ujrzałem strażników z pałacu. Pytali mnie kim jestem i co tu robię. Było za dobrze. Wsiadłem na Hamelinga i wzbiliśmy się w powietrze. Kazałem mu polecieć przed siebie, w bezpieczne miejsce. Oczywiście cała ta akcja była zbyt głośna i już dostrzegłem z góry jak w kierunku zamku biegnie Aisha, Ara, Elesis i kilkunastu strażników Sander. Kazałem Hamusiowi zrzucić na nich deszcz lodu i odlecieliśmy poza mury pałacu. Jeśli dłużej będę uciekać to nie będę miał czasu otworzyć portalu. Wylądowaliśmy na obrzeżach Sander i szybko chciałem utworzyć portal. Nie chciał się pojawić. O co tu chodzi? Wtedy Bethrezen powiedział, że prawdopodobnie miasto otacza jakaś bariera, która nie pozwala tworzyć drzwi wymiarowych. No to wpadka. Pobiegliśmy dalej i już słyszałem jak za nami biegnie całe wojsko Sander. Co raz bliżej mnie znajdowali się moi przyjaciele. Nie mogę dać się złapać, nie teraz. Gwałtownie odwróciliśmy się z Hamelingiem i zaatakował je podmuchem lodu, a potem deszczem lodowym. Udało się nam w końcu wydostać z miasta i gdy tylko zeskoczyłem z wierzchowca zostałem zaatakowany przez magów z Sander. Rozpostarłem skrzydła i odbiłem ich ataki. Skierowałem w ich stronę kilka Cornwelli i zająłem się otwarciem portalu. Hameling przez ten czas mnie chronił i gdy tylko portal został utworzony przebiegliśmy przez nie i szybko je zamknąłem. Mało brakowało. Wypakowałem swoje rzeczy do schowka i kazałem służbie stąd znaleźć dogodne miejsce dla moich wierzchowców.

Wpis8 Oczami Chunga

Wróciłem do Sander i od razu skierowałem się do Emirate. W jego domu znajdował się Karu i jakaś dziewczynka. Okazało się, że jest to kapłanka wiatru - Anudran. Więc udało im się ją uwolnić. Emi ucieszył się na mój widok. Zapytałem go, gdzie jest reszta. Karu odparł, że poszli kończyć walkę z Karis. Nie mogłem pozwolić by się im coś stało. Zapytałem, gdzie dokładniej się znajduje. Serce Behemota. Wybiegłem z jego domu i skierowałem się w stronę sprzedawcy Hamelignów. Powiedziałem, że na już potrzebuje silnego i wytrzymałego smoka. Odparł, że mają takiego jednego, ale jest przesiąknięty mroczną energią. Nie obchodziło mnie to. Kazałem by mi go tu przyprowadził. Po chwili przyszedł z Dark Hamelingiem. Powiedziałem, że biorę go na misję i jak wrócę to za niego zapłacę. Początkowo nie chciał się zgodzić, jednak gdy Emirate podszedł i powiedział, że można mi ufać oddał go pod moją opiekę. Wsiadłem na niego, a on zadowolony zaczął biec w kierunku góry, w której znajdowali się moi przyjaciele. Najwidoczniej brakowało mu swobody i dlatego się go bali.

Po jakimś czasie dolecieliśmy na miejsce. Zostawiłem go przed wejściem do Serca Behemota i ruszyłem przed siebie. Biegłem przed siebie cały czas. Po demonach nie było ani śladu, jednak było widać, że toczyła się tu walka. W końcu trafiłem do dużego pomieszczenia. Na każdej z platform ktoś walczył. Na pierwszej znajdowali się Raven i Rena. Chyba radzili sobie z demonem, jednak nie zamierzałem stać i patrzeć jak sami walczą. Oznaczyłem demona i został zmiażdżony przez AS. Podbiegłem do nich. Rena rzuciła mi się na szyję, gdy mnie zobaczyła. Cieszyła się z mojego powrotu, Raven też widać był zadowolony z mojego powrotu. Poszliśmy dalej i tam Ara wraz z Elesis zmagały się z jakimś succubusem. Było im trudniej, bo nie miały jak jej zrzucić. Czas wypróbować Satellite. Podbiegliśmy do nich i kazałem się dziewczynom wycofać. Stanęły za mną, a ja użyłem mojego nowego ataku. Jeden wystrzelony pocisk i kierunek, który obrałem za cel zostaje ostrzelany przez dużą ilość pocisków. Na sam koniec spada duży pocisk, który eksploduje. Po tym ataku nie było ani śladu po demonie. Sam jestem pod wrażeniem tego ataku. Wcześniej nie miałem okazji go sprawdzić. Następnie udaliśmy się do miejsca, gdzie miała miejsce ostateczna walka z Karis. Gdy przyszliśmy na miejsce zobaczyliśmy coś strasznego. Pomijają to, że całe miejsce było zniszczone, gdzieniegdzie ślady krwi, pod ścianą zwłoki Karis to w naszym kierunku kierował się chłopak, który widać było, że jest demonem. Jednak miałem dziwne wrażenie, że bardziej jest podobny do człowieka. Tylko skąd on się tu wziął skoro z Karis walczył tylko Elsword i Aisha? Przecież nikt nie przyszedł im do pomocy. Chyba że... Wtedy Elesis zorientowała się, że był to jej brat. Początkowo nie chciałem w to wierzyć, jednak przyglądając się dłużej można było dostrzec, że to faktycznie był on. Ara się rozpłakała i Rena zaczęła ją pocieszać. Zapytałem go, dlaczego to zrobił. W ogóle dlaczego nic nam nie powiedział? Wtedy, w Hamel, Penentio miał rację, że Elsword jest w jakiś sposób powiązany z demonami. Nie chciałem w to wierzyć, a jednak... Odezwał się do nas i powiedział dlaczego to zrobił. Do rozmowy włączyła się Aisha, która zarzucała, że kłamie. Elsword utwierdzał się w swoim zdaniu i zwalił winę na Aishę, że to z jej powodu to zrobił. Wtedy w obronie czarodziejki stanął Raven. Następnie Ammo powiedział, żeby Zeki opowiedziała co się wydarzyło.
- Aisha?
- On ma po części rację, ale na pewno nie musiał zmieniać się w demona! Jestem tego pewna!
- On nie chciał byś brała udział w walce, prawda? A ty i tak zrobiłaś swoje i musiał coś zrobić by wyjść z tego cało i ciebie uratować.
- Lorien, ja... ja chciałam dobrze. - wykrztusiła z siebie zalana łzami.
Rena zapytała się wojownika, co zamierza zrobić i zaczęła zbliżać się w jego stronę. Raven wtedy ja odsunął do tyłu i dodał, że może nas pozabijać. Wtedy mnie zdenerwował. Jak on może tak myśleć?! Przecież to Elsword uratował go od nazoidów, to oni razem trenowali. Po chwili podbiegła do wojownika jakaś kobieta. Nie wiedziałem kto to jest. Chłopak odrzekł, że nie jest tu mile widziany i wraca do świata demonów. Powoli zaczęły pojawiać się bramy do jego świata. Aisha od razu się sprzeciwiła i chciała pobiegnąć do niego, jednak znowu została zatrzymana przez Ravena. Szarpała się i wyzywała go. Popchnąłem Ravena i zwolnił uścisk, a Zeki mogła pobiec do niego.
- Czemu to zrobiłeś? - zapytał chłodno.
- Chcesz odebrać jej ostatnie chwile z osobą, którą kocha ponad swoje życie? Jak w ogóle mogłeś mówić o nim takie rzeczy?! - podniosłem ton. - Zapomniałeś już te chwile razem spędzone?!
Nie odpowiedział nic. Po chwili usłyszeliśmy krzyk Zeki i brama do świata demonów się zamknęła. Dalej już było tylko słychać płacz Aishy, która nie mogła się pogodzić z tym co się wydarzyło.

piątek, 15 listopada 2013

Wpis7

Wczesnym rankiem zostaliśmy wszyscy obudzeni. Wojownicy z Sander ustalili położenie Karis. Trzeba przyznać, że nawet szybko się z tym uporali. Mieliśmy natychmiast tam wyruszyć i ją zgładzić. Gdy już mieliśmy wyruszać, Anudran poprosiła nas byśmy uważali na siebie i wrócili cali i zdrowi. Obiecaliśmy jej, że wrócimy i pokonamy Karis.

Gdy dotarliśmy na miejsce od razu ruszyliśmy przed siebie. Dziś już nie jestem gościem, tylko ich wrogiem. Walka na każdym etapie była zacięta. Demony stąd były dużo bardziej wytrzymałe od tych, co wcześniej spotkaliśmy. Idąc dalej, przez długi czas zmagaliśmy się z tymi ohydnymi i irytującymi mackami. To miejsce jest pokręcone. Dotarliśmy do etapu z platformami. Na każdej z nich czekał na nas jeden z lepszych demonów. Na pierwszej platformie był incubus Include. Rena i Raven oznajmili, że zajmą się nim, a my mamy iść dalej. To było szaleństwo. Nie możemy się tu rozdzielać, jednak pod napływem presji i misji udaliśmy się dalej. Na drugiej platformie, zadowolona leciała w naszym kierunku succubus Eris. Elesis i Ara zgodnie odparły, że zajmą się nią, a ja z Aishą mieliśmy iść walczyć z Karis. Nie odpowiadała mi wizja walki Karis wraz z Aishą. Nie chce ją narazić na niebezpieczeństwo. Pomimo wszystkiego udaliśmy się na spotkanie z królową succubusów. Od razu kazałem Aishy trzymać się z daleka i nie narażać zbytnio. Kiwnęła głową i rzuciła kilka zaklęć wspierających.

Zmierzałem w kierunku Karis. Gdy chciałem ją zaatakować, pojawiła się bariera. Więc bezpośredni kontakt z nią jest niemożliwy. Zaśmiała się i dodała, że tylko poprzez zniszczenie jej kopuły z mocą uda mi się ją pokonać. Tylko gdzie ona jest? Rozglądałem się po pomieszczeniu i wtedy dostrzegłem swój cel. Zaatakowałem rzecz kilka razy i wtedy Karis zaczęła atakować swoimi mrocznymi kulami. Po kolejnych unikach i atakach, kopuła została otoczona przez przywołane przez nią demony. Od razu zasięgnąłem pomocy od mocy Bethrezena. Z czasem udało mi się pokonać wszystkie demony i znowu przejść do niszczenia kopuły z jej mocą. Tak niewielka rzecz, a tyle od niej zależy. Walcząc dalej, Karis się śmiała i atakowała na przemian kulami, kosą i nalotem mrocznych kul. Od czasu do czasu przywoływała demony. Było coraz ciężej. Aisha wspierała mnie swoją magią i chciała też walczyć, jednak stanowczo odmówiłem i kazałem jej stać z tyłu i się nie wtrącać. Ta jak zwykle, swoje fochy odwaliła i pomimo że jej zabroniłem włączyła się do walki. Początkowo szło w miarę dobrze, jednak, gdy przyszło do ataku Karis nalotem to już tak ciekawie nie było. Aisha stała na głównym celowniku niemalże. Odepchnąłem ją do tyłu i przyjąłem na siebie cały atak. Poraniony, obolały i bez sił upadłem na ziemię. To nie może się tak skończyć. Aisha chciała mnie uleczyć, jednak demony złapały ją i zabrały różdżkę. Wyrywała się na wszystkie sposoby, jednak uwolnić się nie potrafiła. Co robić... Ostatnia moja nadzieja to moja lewa ręka. Jednak użycie tej mocy przyspieszy moją przemianę. Co robić... Życie przyjaciół i własne, czy poświecenie człowieczeństwa.
- Co jest Elsword. Tylko na tyle cię stać, chłopczyku? - zaśmiała się. - Jak tak dalej pójdzie to twoja kochana czarodziejka zostanie zabita.
- Elsword! Nie słuchaj jej! - krzyczała Aisha, a chwile potem jeden z demonów złapał ją za kark. W tym momencie mnie wkurzył i rzuciłem w niego Cornwella one shot, czyli Piercinga. Od razu demon runął na ziemie, a zaraz po nim drugi. Dookoła mnie pojawił się mrok, nade mną Cornwelle. Z lewej ręki zniknęły znaki, a moje spojrzenie było bardziej wyostrzone niż wcześniej. Dźwignąłem się z ziemi i odwróciłem się w stronę Karis. Patrzała na mnie wściekłym i pełnym nienawiści spojrzeniem,
- To koniec Karis.
Cała mroczna energia, która była zapieczętowany w ramieniu wyszła na zewnątrz i zabijała wszystko co stanęło na jej drodze.
- Nie pozwolę ci wygrać! Rozumiesz!? - Krzyknęła i atakowała wszystkim co umiała. Jednak, wszystkie jej ataki zostały zniwelowane przez mrok, który mnie otaczał. Zniszczyłem kopułę i bariera Karis znikła. Wściekła chwyciła za kosę i wyszła z swojego siedliska. - Nie pozwolę ci wygrać pomazańcu!
Krzyknęła i biegła w moim kierunku. Gdy zaatakowała kosą, zablokowałem ten atak mieczem. Odskoczyła do tyłu. Spojrzałem na swoje lewe ramie. Chyba przekroczyłem granicę. Karis znowu zaatakowała i tym razem atak został zablokowany lewym skrzydłem, które pod wpływem mrocznej energii powstało. Odepchnąłem ją, a ona uniosła się w powietrze.
- Ty... Nie możliwe. - Chwile potem z prawej strony pojawiło się skrzydło. Były koloru czarno pomarańczowego. Mrok, który mnie otaczał nie znikał, wręcz przeciwnie, przyspieszał moją zmianę.
- Co jest Karis. Mowę ci odjęło? - zaśmiałem się i zrzuciłem ją rozcinając błony jej skrzydeł. Powoli kierowałem się w jej kierunku. Spojrzała na mnie wystraszona i wściekła. Z kroku na krok mrok zmieniał wszystko co wcześniej należało do mnie. Miecz Ventusa zmienił się w miecz demonów. Po bokach z rozcięciami i zakończony na szpic. Teraz jest koloru czarno pomarańczowego. Włosy blado niebieskie, zmieniły kolor na czarny z lekkimi przebarwieniami czerwieni. Zbroja Glaciala została zastąpiona inną. Podobnie jak skrzydła i broń. Dominował kolor czarny, z przebarwieniami pomarańczowego. Zbroja pokrywała częściowo tylko klatkę piersiową, całą lewą rękę, natomiast prawa była odsłonięta od przedramienia. Rękawice krótkie, z zakończeniami na wzór pazurów. Spodnie długie, z tyłu był zaczepiony płaszcz. Buty normalne, bez obcasa czy innych bajerów.
- Te oczy. Stałeś się...
- Ta, zostałem tym kim było mi pisane zostać, od kiedy Bethrezen zagościł do mojego ciała. - kucnąłem przed nią i patrzałem na jej żałosną twarz. Uśmiechnęła się.
- Ciekawi mnie, jak przyjaciele zareagują na to kim się stałeś.
- To chyba nie twój problem prawda? - złapałem ją za włosy i odrzuciłem w ścianę. Gdy tylko o nią uderzyła rzuciłem w jej stronę miecz, który wbił ją do ściany. Trzymała się za ranę i pokaszliwała krwią.
- Nieźle Bethrezen, nieźle. Wybrałeś niesamowity okaz... Pozbądź się tego bydlaka... Rana. Za wszystko co zrobił.
- A cóż takiego zrobił? - podszedłem do niej i nachyliłem.
- Wykorzystał... nas wszystkich.
- Gdzie on jest? - zapytałem spokojnie, odgarniając z jej twarzy kosmyk włosów.
- Nie wiem.
- Szkoda. - Westchnąłem i wyciągnąłem miecz z jej ciała. Upadła na ziemię i powoli konała. - Gdybyś się mogła mi do czegoś przydać, to bym oszczędził twoje życie.
- Nigdy... bym nie dała się słuchać.. rozkazom takiego szczeniaka jak... ty.
Wzruszyłem ramionami i spuściłem na nią deszcz Cornwelli. Odwróciłem się i skierowałem do Aishy. Siedziała przerażona na ziemi i wpatrywała się w całą sytuację. Gdy się do niej zbliżyłem, wstała i odsunęła się do tyłu. Chwilę potem zjawili się pozostali przyjaciele, o ile mogę ich tak jeszcze nazywać. Ja patrzałem na nich spokojnym spojrzeniem, a oni jakby ducha zobaczyli.
- Coś ty z sobą zrobił, Elsword? - zapytała załamana Elesis i nie mogła przyjąć do wiadomości kim się stałem. Ara uklękła na kolana i zaczęła płakać. Rena starała się ją pocieszyć.
- Więc jednak to prawda, że jesteś demonem. Nie chciałem w to wierzyć, jednak Penentio miał wtedy rację. Dlaczego to zrobiłeś, Elsword? - zapytał spokojnie Lorien. W głębi serca cieszyłem się, że wrócił. Pewnie pomógł pozostałym w walce. Jednak teraz, straciłem zaufanie - ich wszystkich.
- Dlaczego, pytacie? To był jedyny sposób by wygrać tę walkę.
- Kłamiesz... - rzuciła Aisha, która starała się zachować łzy dla siebie. - Mogłeś wygrać, bez tego co zrobiłeś.
- Jakbyś się nie wtrąciła, to bym nie musiał w żaden sposób ryzykować swoim życiem i człowieczeństwem.
- Nie zwalaj winy na niej! - odparł stanowczo Raven.
- Nie wiesz jak wyglądała walka. Niech ci powie, co zrobiła. Idiotka, jak zawsze. - Rozmawiali między sobą o czymś, jednak za daleko stali bym mógł usłyszeć cokolwiek.
- Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała Rena i podeszła bliżej. Wtedy Raven od razu ja odsunął. - Co robisz?!
- Nie wiadomo, czy czasem i nas nie pozabija.
- Raven! - krzyknęła Aisha.
- Jak możesz o takim czymś myśleć! To nasz przyjaciel! - dorzucił Lorien.
- Teraz przyjaciel, jak mu podpadniemy to nas pozabija. - Więc to tak teraz o mnie myślą. Przynajmniej Raven...
- Panie. - Rozpoznałem ten głos. Podbiegła do mnie Wyrocznia w swojej demonicznej formie. Ukłoniła się i spojrzała na mnie spojrzeniem takim jak zawsze. - Wszystko w porządku?
- Tak, nic poważnego się nie stało. - skierowałem się do nich. - Pytasz, co zamierzam zrobić, Rena. Jak widać moja obecność jest kłopotliwa, więc idę tam gdzie moje miejsce. Lorien, miej Aishę na oku, by czegoś głupiego nie zrobiła.
- Nie możesz, Elsword! Nie możesz nas tak zostawić! - krzyknęła czarodziejka i chciała biec w moją stronę, jednak Raven ją zatrzymał. - Puszczaj mnie! Już!
- Otwórz drzwi do naszego domu, Wyrocznia.
- Tak. - Śnieżynka otwierała bramy do świata demonów, a Zeki ciągle się wyrywała Ravenowi. Bramy zostały otwarte i skierowałem się do nich wraz z moją podwładną. Gdy już mieliśmy przekraczać próg, Aisha przytuliła się do mnie od tyłu i ciągle powtarzała bym został.
- Zeki, nie jestem już człowiekiem. Nie mam prawa tu być.
- Masz! To, że zmieniłeś się w demona nic nie oznacza.
- Jesteś głupia czy co? - zaśmiałem się i odwróciłem w jej kierunku. Ostatni raz mogłem spojrzeć na jej twarz, ostatni raz mogłem ją pocałować i ostatni raz mogłem ją do siebie przytulić. - Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
Popchnąłem ją i przekroczyłem próg bramy, która się zamknęła. Gdy brama się zamykała mogłem jeszcze usłyszeć krzyk mojej ukochanej czarodziejki, która chciała bym z nią został.

środa, 13 listopada 2013

Wpis6

O rozmowie z Karis nie zamierzałem nikogo informować. Lepiej by to pozostało między nami. Z ciekawości, dziś, postanowiłem zobaczyć, jak wyglądają Hypery od innych klas. W tym celu udałem się na arenę PvP. Jak zwykle miejsce zapełnione po same brzegi. Gdy udało mi się znaleźć miejsce by w spokoju obserwować walki zastanawiałem się, czy to aby dobry pomysł z tymi Hyperami. Wydają się być mocno przesadzone. Oglądając walki udało mi się wychwycić kilka aktywacji tej umiejętności. Zdecydowanie to był zły pomysł z tym. Nowy atak jest za silny. Z tego co słyszałem od innych, to kilku ludzi już leży w szpitalu w stanie krytycznym. Nie dziwię się, jak Hyper VP to jest masakra jakaś. Nie wspominając o reszcie. Mam nadzieję, że coś z tym zrobią. Skierowałem się do wyjścia, bo już nie było co oglądać. Czekać, na czas użycia Hypera i po walce. Zająłem się wykonywaniem dziennych misji.

Koło południa poszedłem na rynek. Udało mi się dorwać miecz i resztę brakujących części do setu Ventusa. Miecz to od razu założyłem. Jest genialny. W końcu mam miecz w ręce, a nie mieczopodobne coś. Gdy wróciłem do zamku założyłem nowy komplet. Ujdzie, nie ma źle. Tylko tył trochę mi nie podpadł, ale to się wytnie. Razem z Śnieżynką udałem się na plac treningowy. Muszę nauczyć się kontrolować podczas używania Blade Rain'a. Gdy już się znaleźliśmy na arenie zapytałem Bethrezena, czy mogę jakoś oddzielić wpływ mrocznej siły do ataku Hypera. Niestety, było to niemożliwe. Aktywowałem Hypera i o dziwo nie było żadnych efektów ubocznych. Pewnie stan ciała i energia wpływa na to. Staruszek miał racje. Lepiej nie używać tego, gdy jest się na resztkach sił, bo wtedy to mi zagrozi lub co gorsza, przyśpieszy moją zmianę w demona. Jako że miałem sporo wolnego czasu, do późnego wieczora trenowałem.

Gdy kładłem się spać zapytałem Mrocznego, czy czasem to nie jego sprawka, że moje serce powoli wkracza w mrok. Wyjaśnił mi kilka spraw. Po pierwsze on jest bytem egzystującym w mrocznym El, które pochłonąłem. Więc na początku mogłem go nazywać mrokiem w moim sercu, a tak naprawdę był osobnym bytem, które chciało mnie zmusić do zatracenia się w mroku. Czyli, Bethrezen nie ma z tym nic wspólnego i sam teraz decyduje, czy chce by pochłonęła mnie ciemność czy też nie. Więc to teraz walczę z swoją ciemną stroną serca.

wtorek, 12 listopada 2013

Wpis5

Obudziłem się rano zmęczony. Będę musiał uważać, gdy korzystam z Blade Raina. Śnieżynka zapytała, czy pójdę na spotkanie z Karis. Skoro mnie zaprosiła, to dlaczego miałbym nie przyjść? Zapytałem małej, czy chce mi towarzyszyć. Dźwignęła łapkę do góry i się uśmiechnęła.

Zszedłem na dół i wymknął się, na Hamelingu, w kierunku pobytu Karis. Z tego, co moje demony ustaliły, znajduję się ona w sercu Behemota. Przez chwile zastanawiałem się, czy faktycznie będę zmuszony do wejścia w jego wnętrzności. Bethrezen od razu sprowadził mnie na ziemię i dodał, że to tylko metafora. Po demonach można się wszystkiego spodziewać. Kierowałem się dalej, w stronę góry, w której został uśpiony Behemot x czasu temu. Przelatując przez pustynie nie spotkałem cielska smoka. Ciekawe, gdzie ono się podziało. Wtedy Śnieżynka powiedziała, że prawdopodobnie znajduje się w górze.

Po jakimś czasie dotarliśmy na miejsce. Było pochmurnie. Hameling był zmęczony. To pierwszy jego tak długi lot. Weszliśmy do góry i tam pozwoliłem mu odpocząć, a sam przygotowywałem się na spotkanie z Karis. Żeby te głupie demony mnie nie zaatakowały, obudziłem swoje demoniczne moce i z zmienionym wyglądem i aurą skierowałem się przed siebie. Pozwoliłem Wyroczni przybrać postać demona i razem kierowaliśmy się wzdłuż drogi. Przed nami stanęła grupka demonów i succubusów. Początkowo chcieli nas zaatakować, jednak potem zorientowali się, że jesteśmy gośćmi ich pani. Przepuścili nas i otwarli nam kolejne drzwi. Za nimi znajdowały się schody, które kierowały się w dół. Zeszliśmy po nich i po drodze, która nie wiem czym była wyłożona, szliśmy dalej. Kolejne drzwi nam otwarli i znowu znaleźliśmy się jakby w podziemiach. Przeszliśmy znowu i niektóre demony szeptały coś między sobą. Gdy tylko spojrzałem na nie od razu milkły i spuszczały głowę.
W końcu dotarliśmy do głównego myślę pomieszczenia. Skąd te przypuszczenia? Pomieszczenie było ogromne, podzielone na trzy rozłożone wzdłuż ścian platform. Na końcu widać było zarys narządu jakiegoś. Zgaduje, że to te całe 'serce', a przed nim znajdowało się coś, co zakrywało się skrzydłami. Coś czuje, że to Karis. Weszliśmy na pole teleportacyjne i znaleźliśmy się na pierwszej platformie. Idąc dalej zaczepiła nas wcześniej poznana Eris - succubus. Stanęła przed nami i się uśmiechnęła.
- Stoisz mi na drodze. - odparłem chłodno.
- Gome - ne~. - Zachichotała i się odsunęła. Gdy tylko ją mijałem, podeszła od tyłu do mnie i się przytuliła. Śnieżynka o mało co nie wyszła z siebie. Chwyciłem za miecz, który miałem u prawego boku i szybkim ruchem wbiłem go w ciało Eris. Od razu się odsunęła i upadła na ziemię. Odwróciłem się do niej i spojrzałem z wyższością.
- Łapy z daleka, niegodziwa uwodzicielko.
Poszliśmy dalej na drugą platformę. Tu nas puścili tak samo jak przy trzeciej. Znaleźliśmy się w końcu u Karis. Podeszliśmy bliżej i wtedy jakby się przebudziła i odsłoniła.
- W końcu przyszedłeś... Elsword. Czekałam na ciebie.
- Oszczędź sobie. - podszedłem bliżej. - Czego ode mnie chcesz?
- A czy to ważne? Chciałam porozmawiać sobie, ot tak. Usiądź proszę. - Przede mną, z ziemi wysunęło się coś. Nie wiedziałem co to jest, ale skoro sama chce bym usiadł niech tak będzie. Śnieżynka stała tuż za mną. - Jej tutaj nie zapraszałam. - syknęła i spojrzała na nią. Zaśmiałem się.
- To w takim razie pójdę, skoro jej obecność ci przeszkadza. - spojrzała wściekle na mnie i po chwili ochłonęła.
- Jesteś pierwszą osobą, którą znam i posiada trzy różne byty w sobie. Cornwell, Bethrezen i ty sam, człowiek. Jesteś wyjątkowy, wiesz?
- Skoro tak uważasz. - rzuciłem i przyglądałem się jej uważnie.
- Ciekawi mnie jak to jest. Opowiesz mi może o tym?
- Czemu rozmawiamy właśnie o mnie, a nie o tobie? Kobietom się ustępuje bez względu na jej formę, czyż nie? - odparłem spokojnie i spojrzałem prosto w jej oczy. Przykuła swoje spojrzenie na mnie i się zaśmiała.
- Skoro chcesz. - Opowiedziała mi wszystko od spraw z Sander.
- Nadal nie rozumiem twojego postępowania. Nic tym nie osiągniesz.
- Osiągnę i to wiele. Będę silniejsza od niego i będę w stanie go pokonać, a potem przejmę władzę.
- Czemu mi o tym mówisz? Jesteśmy wrogami.
- Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. - niech ją cholera.
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Wsparcia. To wszystko.
- Wsparcia? - zaśmiałem się i wstałem. - Nie jesteś godna mojej pomocy. Mojej, Cornwella i Bethrezena.
- Czyli, - rozpostarła skrzydła i złapała za swoją broń. - nie pomożesz mi, chłopcze?
- Nie mam zamiaru. Osobiście to... - spojrzałem na ścianę i potem znowu na nią. - Wolę cię zabić, niż współpracować. - dodałem i się wrednie do niej uśmiechnąłem. - Nawet nie wiesz ile zabawy mi dostarcza walka z wami, demonami. Te emocje i adrenalina. Nie do opisania uczucie. Czuje się wtedy wolny.
- Bethrezen dobrze sobie ciebie wytrenował. Masz moje wyrazy szacunku, były władco. - odwróciłem się i skierowałem do wyjścia.
- Niedługo spotkamy się ponownie, ale jako wrogowie. - rzuciłem i machnąłem ręką.
Wróciliśmy z Śnieżynką do Hamelinga, który na nas czekał wypoczęty. Podczas drogi powrotnej dyskutowałem z Wyrocznią i moimi współtowarzyszami o rozmowie z Karis. Bycie w połowie demonem ma swoje plusy. 

Gdy wróciliśmy do zamku, zbliżała się godzina dwunasta w nocy. Nie wierze, że cały dzień spędziłem w towarzystwie demonów. Odprowadziłem Hamelinga do jego czterech ścian i skierowałem się do swojego pokoju. Oczywiście Śnieżynka, w swojej kawai postaci tuptała obok mnie. Wskoczyła na klamkę od drzwi i weszliśmy do pokoju. Zamknąłem je i oświeciłem światło. Spojrzałem przed siebie i w moja stronę leciało coś. Nie wiem co, bo nie chciało mi się nad tym myśleć i odskoczyłem w bok. W drzwi wbiła się różdżka, jej różdżka. Spojrzałem w bok i zobaczyłem siedzącą, wściekłą Aishe na sofie. Od razu pytanie gdzie byłem, co robiłem z kim, gdzie, co i jak. Zapytałem się jej, czy to ważne. Jeszcze bardziej się wkurzyła, podeszła do mnie i przyłożyła z liścia. Jak ja dawno nie byłem przez nią bity. Zaczęła wydzierać się po mnie, że jestem debilem, palantem i inne. Na końcu zapytała sama siebie, co robi u boku takiego kretyna jak ja. Dobre pytanie. Gdy tylko dodałem swoje słowa znowu uderzyła mnie i znowu zaczęła się wydzierać. Oparłem się o komodę i spojrzałem na nią.
- Bij ile chcesz, aż ci ulży najlepiej.
- To by cię musieli wywozić, kretynie!
- I co z tego? To mnie wywożą nie ciebie. - podszedłem do niej. - Uderz, Aisha. - Jej spojrzenie i wyraz twarzy. Szarpało nią wiele emocji. Przytuliłem ją do siebie i pogłaskałem po głowie.
- Jesteś głupkiem. - odparła cicho.
- Twoim.
Gdy się uspokoiła wróciła do swojego pokoju, a ja zmęczony położyłem się do łóżka. Karis, mało czasu ci pozostało. Ciekawi mnie, co zrobisz żeby się bronić.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wpis4

Nic mi się nie chciało robić. Nawet dzienne misje postanowiłem dziś olać. Idąc przez dziedziniec, dowiedziałem się, że dziś mamy odbyć trening do Hyper umiejętności. Oryginalna nazwa. Pewnie made by Glave. Jednak bazując na samej nazwie tej umiejętności i nazwy mojej umiejętności, czyli Blade Rain mam złe przeczucia odnośnie tych ataków. Udałem się do Glave i w drodze myślałem, czy Chung też będzie robić misję na to. Gdy byłem już u naszego 'przyjaciela' wręczył mi kartkę z zadaniami na to. Przeczytałem na szybko i spojrzałem na niego.
- Kpisz sobie?
- Naturalnie, że nie. To nie jest zabawa mój chłopcze. - podrzucił kostkami, złapał je, otwarł dłoń i kostek nie było, a gdy otwarł drugą dłoń leżały na niej kostki. - Nie ma ograniczenia czasowego. Robicie tak długo aż nie wykonacie wszystkich misji. To wszystko.
Na tym rozmowa się skończyła i wszyscy zaczęli wykonywać misję. Pierwsza - przejdź pięć map na twoim poziomie. Druga - zabierz głównym bossom fragmenty kamienia, potrzebne do otwarcia książki, gdzie opisane jest, jak używać Hypera. Trzecia - zabierz bossom z map sekretowych pięć fragmentów do drugiego kamienia, znajdującego się na tylnej okładce książki. Czwarta - zabierz bossom sekretowym na poziomie Hell fragmenty kamienia, znajdującego się na kłódce książki. Piąta - przejdź dziesięć razy czasoprzestrzeń Henira i z fragmentów od Glave utwórz klucz, który pozwoli otworzyć księgę.
Cały dzień i połowę wieczora zajęły mi te głupie misje. Gdy skończyłem, Glave dał mi książkę i kazał mądrze używać tej umiejętności. Tak jakbym inne ataki używał bezmyślnie. Bez sensu.

Wróciłem do pałacu i szybko wbiegłem do swojego pokoju. Lepiej żeby inni nie zadawali pytania, gdzie byłem tak długo. Chwila... Oni pewnie też robili te całe Hypery, więc albo śpią albo trenują. Usiadłem przy stole i otworzyłem książkę.
Blade Rain jest unikatową umiejętnością posiadaczy Cornwella. Pozwala wyzwolić prawdziwą moc miecza. Atak polega na przywołaniu dużego miecza Cornwella, a następnie pojawiają się mniejsze miecze, które atakują obszar o promieniu 5m. Cały atak trwa dziesięć sekund. Dziesięć sekund do zabicia każdego. Ten atak jest potężny. Wole nie wiedzieć, co inni mają za ataki. Czytając dalej napotkałem się o wzmiance esencji Eldrytu. Wygrzebałem jakieś z szafy i rozbiłem. Z środka emanowała czysta energia. Więc o to chodzi. Zabrałem esencje, książkę i zbiegłem na nasza arenę treningową. Po drodze Cornwell mówił mi, że lepiej bym jutro przećwiczył atak. Chyba żartuje. Nowy atak i mam czekać do jutra? Nieważne czy moje ciało jest wyczerpane czy nie. Muszę to sprawdzić. 

Gdy wszedłem na arenę zrobiłem tak, jak pisało w książce. Wszczepiłem esencje do miecza i przywołałem duży miecz Cornwella. Chwile potem zaczęły pojawiać się mniejsze i rozpraszały się w wszystkich kierunkach. W środku ataku zabolała mnie lewa rękę i lewe oko zaczęło krwawić. Dlaczego, dlaczego teraz. Byłem sparaliżowany i upadłem na ziemię. Lewa ręką piekła niemiłosiernie, a z lewego oka płynęła krew. Gdy Hyper się skończył ból minął i z oka przestała lecieć krew. Ledwo umiałem oddech złapać. Wszystko mnie bolało. Nie wiem co to było, ale na pewno Hyper reaguje z moim mrokiem. 

Wyczerpany doszczętnie i blady jak ściana, położyłem się do łóżka. Poleżałem trochę i w pokoju pojawiły się wrota do świata demonów. Z nich wyszła Śnieżynka. Zapytałem ją, czy coś wiedzą o Karis. Odparła, że wie gdzie się znajduje i wręczyła mi list. Zapytałem, co to jest. Odpowiedziała, że to jeden z sługów Karis kazał mi to przekazać. Otwarłem list i przeczytałem go.
- Kto by pomyślał, że moja przyjaciółka będzie chciała porozmawiać na osobności ze mną. - zaśmiał się Bethrezen.
- Ta, a ja będę robić za towarzystwo. - odparłem z ironią. - Jesteś pewien, że to nie pułapka?
- Sto procent, że nic nie knuje. Nie ona i nie na mnie.
Czyżby coś ich łączyło?

Wpis3 Oczami Chunga

Wiedziałem. By go sprowadzić będę musiał użyć siły. Oznaczyłem go Asystą i sam przeszedłem do Siege i wystrzelałem maksymalną ilość amunicji jaką mogłem. Cholera, że też teraz musieli mi osłabić głowice amunicji. Nie rozpaczając nad tym, skupiony na walce, zaatakowałem go Niszczycielem i znowu przeszedłem do Siege. Następnie kilka granatów poszło w ruch. Użyłem Dreada, a potem Chaos Cannona. Gdy zakończyłem swoje ataki przyglądałem się mojemu tacie. Dostrzegłem, że powoli czarna zbroja odpada z niego. To będzie długa walka.

Papa atakował głównie Niszczycielem i atakami typowe dla Wysłanników i Paladynów. Czasami ciężko było mi uniknąć jego ataków. Jego działo jest naprawdę wielkie. Gdy udało mi się zepchnąć papę pod ścianą krzyknąłem do niego, by się opamiętał. Nic to nie dało. Dalej był pod wpływem zła. Zmusiłem się do użycia AS'u. Przybrałem pozycję, namierzyłem cel i aktywowałem atak. Piętnaście pocisków z hukiem uderzyło w swój cel i zniszczyło podłoże. Kłęby pyłu i kurzu wiły się po pomieszczeniu. Zakaszlałem kilka razy i starłem się znaleźć ojca. Podszedłem bliżej i wtedy coś mnie uderzyło. Odleciałem kawałek dalej i uderzyłem głową o platformę. Leżałem na ziemi i nie wiedziałem, co się dzieje. W głowie mi szumiało i nie umiałem się skoncentrować. Tryb Berserka minął i leżałem bezbronny. Powtarzałem sobie w podświadomości, że jest dobrze i dam radę. Jednak tak naprawdę, to się bałem i to bardzo. Bałem się, że to koniec i nie uwolnię ojca z sił mroku.
Panowała cisza. Nie wiedziałem, dlaczego tak jest. Przecież czułem, jak coś mnie uderzyło. Powoli dźwignąłem się i spojrzałem na miejsce, które ostrzelałem. Była dziura, duża chyba... Kilka chwil przyglądałem się i zastanawiałem się co z papą. Wtedy dostrzegłem rękę, która podpiera się o fundament. Potem druga i powoli papa wychodził z dziury. Miał białą zbroje na sobie. Czyżby...
- Ojcze... - wypowiedziałem te słowa i tata spojrzał w moim kierunku.
- Chung?... Synu mój. - wypowiedział to i szybkim krokiem podszedł do mnie i wziął w swoje ramiona.
- Tato. - rozpłakałem się w jego ramionach.
- Już dobrze synu. Już wszystko dobrze. - przytulił mnie do siebie, a ja powoli zaczynałem zasypiać. Byłem zmęczony, a zarazem szczęśliwy.


Obudziłem się w ciepłym łóżku. Rozglądając się po pokoju, dostrzegłem, iż to mój pokój, w pałacu, który znajduje się w Hamel. Wstałem z łóżka i złapałem się za tył głowy. Po ranie, którą miałem nie było śladu. Właściwie to, ile ja spałem? Przebrałem się w komplet Devila i wyszedłem z pokoju.
Na dole przywitali mnie służący i pytali o zdrowie. Skierowałem się potem do jadalni. Jak zwykle stół był obficie nakryty. Gdy już śniadanie miałem za sobą, zapytałem o mojego ojca. Pracownicy domu odpowiedzieli mi, że papa poszedł załatwiać sprawy miasta. Ledwo wrócił do miasta i już rwie się do roboty. Mam nadzieję, że nic mu nie będzie.
Kierując się schodami na górę, zostałem zawołany z dołu przez listonosza. Miał dla mnie list od Glave. Specjalny trening. Zapomniałem o tym zupełnie. Zabrałem list, potem do pokoju po działo i Lorienke. Gdy zbiegłem na dół zawołałem Mobiego i migiem udałem się do Glave.
Gdy dotarłem na miejsce, spojrzał na mnie z góry i zapytał czemu nie było mnie w dniu, gdy trening się odbywał. Już chciałem odpowiedzieć na jego pytanie, gdy sam sobie na nie odpowiedział. Spojrzał na mnie i podyktował mi listę zadań. Połowę dnia spędziłem nad ich rozwiązywaniem i na końcu dostałem pozwolenie na użycie Satellity Rain. Co to ma być?

Wróciłem do pałacu i zastałem w nim, w salonie, mojego ojca. Stałem w drzwiach i patrzałem przez chwilę na niego.
- Ojcze. - wyrwał się od kartek papieru i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się.
- Chung. Jak się czujesz?
- Dobrze. - odparłem i usiadłem na fotelu.
- Straszny bałagan się narobił za ten czas. Czeka mnie sporo roboty.
- Hai... - odparłem cicho i spuściłem głowę.
- Coś się stało, Lorien?
- Nie, nic. Jestem tylko... szczęśliwy. - odparłem z uśmiechem i spojrzałem na niego. Byłem naprawdę szczęśliwy, że ojciec żyje i siedzę z nim właśnie teraz. Odwzajemnił uśmiech i zapytał o przyjaciół. Ciężko było mi o tym wspominać, a co dopiero mówić. Opowiedziałem mu wszystko, od dnia jego 'pogrzebu'. Widać było jego złość i smutek w jednym. Ochrzanił mnie za to co zrobiłem i wytłumaczył mi kilka spraw odnośnie przyjaciół i rodziny. Mówił to samo co Rena, gdy z nią rozmawiałem o tych sprawach.
- Wróć do nich, Lorien. Oni cię potrzebują tak samo jak ty ich.
- Ale tato...
- Nie uciekam nigdzie.
- NIE O TO CHODZI! - krzyknąłem i podniosłem się z fotela. - Wiesz ile ja cierpiałem za ten cały czas?!?! Kiedy ostatni raz się widzieliśmy, tato!?!? - papa wstał, spojrzał na mnie z gniewem.
- Na dupsko siadać przyszły władco Hamel! Trochę kultury! Zapomniałeś się?! Wiesz do kogo się odnosisz?! - patrzałem na niego przerażony i usiadłem z powrotem wystraszony. Nigdy wcześniej tak się nie bałem. Nawet Kelaino. Podszedł i stanął przede mną. - Czas nauczyć cię znowu dobrych manier. Lorien. - odparł i nachylił się.
- Nieee... - krzyknąłem i poczułem jego dłoń na mojej głowie. Spojrzałem na niego zdziwiony, a on się uśmiechnął.
- Żartowałem. - ża.. ża.. żarto - wałem? O MAŁO NIE DOSTAŁEM ZAWAŁU!!! Zaśmiał się i usiadł na sofie. - Masz misje w Sander, prawda? Jak ją skończysz to już wtedy wrócisz do domu.
- Ha - i.
- Ruszaj Chung. Twoi przyjaciele na ciebie czekają.
Po tych słowach udałem się do swojego pokoju i zabrałem swoje rzeczy. Czas wrócić do Sander i moich drogich przyjaciół.

niedziela, 3 listopada 2013

Wpis2 Oczami Chunga

Razem z Sashą weszliśmy do Świątyni Wyzwań. Panowała tu mroczna atmosfera. Na pierwszych podestach już widziałem czatujące demony. Sasha nałożyła na mnie ochronną tarczę i oznajmiła, że będzie trzymać się za mną. Zgodziłem się na takie warunki i od razu załadowałem magazynek Destroyera. Ruszyłem na demony i pokonywałem je jedna za drugą. Idąc dalej trafiliśmy na arenę, na której znajdowały się trzy przejścia. Przejście po lewej było otwarte, natomiast pozostałe zamknięte. Sasha powiedziała, ze trzeba po kolei przechodzić próby w danych pokojach i na samym końcu dotrze się do pokoju ostatniego - tego w którym znajduje się mój ojciec. Zdeterminowany, wraz z Mobim i Lorienką ruszyliśmy do pierwszego przejścia. Sasha już nam nie mogła towarzyszyć, bo jest to Świątynia Wyzwań, czyli samemu trzeba zmierzyć się z niebezpieczeństwami tu.

Weszliśmy do pomieszczenia. Prosta droga, po lewej posągi z młotami, a na drodze demony. Szybko się z nimi rozprawiłem i przechodząc przez pole wiedzenia posągu, nagle posąg wziął do ręki młot i skierował go we mnie. Szybko odskoczyłem w bok. Mało brakowało i by nic ze mnie nie zostało. Pozbierałem się szybko i ruszyłem dalej. Tym razem uniknąłem z łatwością drugi atak młotem. Idąc dalej przeszliśmy przy pomocy teleportu na osobną platformę. Na środku stała zbroja jakby oparta o młot. Po chwili jakby ożyła i zaczęła mnie atakować. Szybko zaatakowałem go AS'em i nic z niego nie zostało. Jednak ta umiejętność jest dobra i w jakiś sposób rekompensuje straty z Siege. Otrzymałem dziwną, złotą zbroję i skierowałem się dalej, do wyjścia. Z powrotem trafiliśmy do głównej sali z pomieszczeniami. Teraz ta po lewej była zamknięta, a ta po prawej otwarta. Sasha ucieszyła się na nasz widok i szybko uleczyła nasze rany. Skierowaliśmy się do drugiego pomieszczenia.

Droga prosta jak poprzednio tylko teraz były dziwne podwyższenia fundamentów. Znowu naprzeciwko podwyższenia stał posąg jakiegoś ducha? Nie wiem, jednak przechodząc przez to, z ziemi wydobyło się światło i znikło. Więc tym razem od dołu atakuje? Wszedłem na Mobiego i szybko dotarliśmy do bossa, że tak nazwę. Był to duch czarodzieja jakiegoś. Miał w jednej ręce różdżkę, a w drugiej książkę. Wytworzył jakieś dziwne pole pod sobą i zaczął atakować niebieskimi kulami. Zrobiłem kilka uników i zaatakowałem znowu AS'em. Ten jednak był wytrzymalszy i przeżył to. Oznaczyłem go Assistem i gdy udało mi się załadować magazynek, znowu zaatakowałem AS'em. Gdy zginął na moich plecach pojawiły się niebieskie skrzydła. Takie same, jakie on miał. Wróciliśmy znowu do salonu głównego i została ostatnia komnata. Sasha uzdrowiła nas i powiedziała, że będzie czuwać nad naszym bezpieczeństwem. Ostatnia komnata, która dzieli mnie od ojca. Poszliśmy do niej.

Tutaj było inaczej. Panował spokój i ten jasny niebieski kolor. Takie spokojne miejsce, jednak to były tylko pozory. Z ziemi, z czarnych obłoków dymu zaczęły wychodzić cienie, które były podobiznami moich przyjaciół. Zabijałem je jeden za drugim, ale ich ciągle przybywało. Nawet z Mobim nie dawałem sobie rady. Uciekłem do kata i szybko ładowałem magazynek. Jeśli nie użyje AS, to koniec. W ostatniej chwili udało mi się oznaczyć miejsce ostrzeliwania i tym samym siebie uratowałem. Na broń przyczepiła się jakaś czarna chmura. Nie wiedziałem, po co mi te wszystkie dodatki. Jednak skoro są, to pewnie są po to by mi pomóc. Wszedłem na miejsce do teleportowania i znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. Było podobne do głównego, tyle że na środku stała postać. Po zbroi, pelerynie i broni poznałem, że to mój ojciec. Nie mogłem uwierzyć, że on żyje.

Podszedłem do niego. Odwrócił się w moją stronę. Zapytałem czy mnie poznaje. W odpowiedzi zaatakował mnie działem. Odskoczyłem w bok i aktywowałem tryb Berserka. Czas na powrót do domu ojcze!