Pierwsze dni wspominam jako koszmar. Zaczęło się od załatwiania formalności, czyli łażenie z jednego miejsca do drugiego po całym mieście. Dobrze, że mam skuter, bo bym nie miał sił chodzić ciągle po tym zadupiu. Drugim irytującym problemem okazało się dopasowanie do norm i zwyczajów młodzików. Mają wyznaczone godziny spożywania posiłków, treningów, misji i inne pierdoły. Kolejną przeszkodą okazała się współpraca z nimi oraz innymi przypadkowymi wojownikami. Przywykłem do tego, że walczę sam, a jak już ktoś jest obok mnie to go ignoruje i nie polegam na nim. Podczas pierwszej współpracy o mało nie wysłałem jednego gościa do szpitala. Podczas walki z purchatelawką Typu-H co chwilę wpieprzał się w paradę i gdy miałem użyć Conquera to on prowokował przeciwnika i atakował Storm Bladem. To był pierwszy raz, gdy zostałem poważnie poraniony podczas wykonywania dziennych misji.
Obecnie to leże w pokoju i z niego nie wychodzę. Rany okazały się poważniejsze niż przypuszczałem. Nawet nie mogę iść do laboratorium by popracować nad czymkolwiek. Elfka uparła się, że będę mieszkać w pałacu, a do laboratorium będę chodzić tylko wtedy, gdy będę czegoś potrzebować. Co kilka godzin przychodzi i sprawdza mój stan zdrowia. No cholery można dostać przy niej. Rozumiem martwić się, ale żeby przychodzić co trzy godziny? Gdyby była moją matką to bym nie wytrzymał. W Belder miałem więcej swobody. Chyba zaczynam tęsknić za tym miastem.
Powoli zaczyna mnie męczyć mieszkanie z nimi. Gdy tylko mój stan zdrowia się polepszył udałem się do laboratorium wykonać kilka analiz i poprawek do Nasod Armor. Ostatnio zaczął się psuć. Irytujące jest, że gdy mam być przed przeciwnikiem to nie wiadomo z jakiego powodu jestem za nim. Źle odczytuje współrzędne położenia czy co?
Wieczorem wróciłem na kolację. Idąc w stronę jadalni słyszałem ich rozmowy. Gdy tylko przekroczyłem próg drzwi zapadła chwila ciszy i ponownie dyskutowali. Głównym tematem było święto koegzystencji. Nie wiem co oni w nim widzą.
Zbierałem się do wyjścia, gdy nagle zatrzymała mnie Ara i zapytała, czy jutro będę wykonywać dzienne misję.
- Tak, ale idę sam. Nie potrzebuje towarzystwa... - zmierzylem ją wzrokiem z góry na dół i po chwili dodałem: - dziewczyny z wykałaczką.
Od razu przyjęła wrogą postawę i wydawało mi się, że chciała coś powiedzieć. Skierowałem się do wyjścia, a ona szła za mną.
- Jestem lepsza niż ci się wydaje - syknęła i dorównała mi kroku.
- Ach, tak? Innym razem mi pokażesz. - Po chwili staneła naprzeciwko mnie i założyła ręce.
- Dlaczego nie chcesz współpracować? - zapytała spokojnie.
- Może dlatego, że przez tę współprace byłem uziemiony tutaj przez kilka dni?
- Miałeś po prostu pecha i tyle.
- Nie, znaczy nie i odczep się.
Minąłem ją i schodami szedłem na górę, a ona jak na złość dalej za mną.
- Dałbyś mi szansę, co?
- Nie mam powodu by ci ją dawać.
- Ale ja ładnie proszę i powinieneś to wziąć pod uwagę! - odwróciłem się i spojrzałem na nią. Przyglądaliśmy się sobie przez chwilę, a potem skierowałem się na górę.
- Add... będę całą noc pod drzwiami twojego pokoju marudzić byś mnie zabrał na misję.
Rany... jakie wkurzające z niej babsko. Chyba wszystkie dziewczyny stąd łączy to samo.
- Ósma rano, przy bramie i odczep się w końcu.
- Haai, tylko się nie spóźnij! - odparła uradowana i zbiegła na dół.
To jest jakieś wariatkowo.
O wyznaczonej godzinie czekałem na dole. Była punkt ósma i Ara ospale wlokła się do bramy, która jeszcze ziewała i przecierała oczy. Założyłem ręce i nie wiedziałem czy ją odesłać z powrotem, czy pozwolić jej iść na misje.
- Jak masz problemy ze wstawaniem to z kimś innym, o późniejszej porze wykonuj misje.
- Hm? Nie, nie, obudzę się zaraz na pierwszym - ziewnęła i się przeciągła, po czym dodała: - sekrecie.
Wzruszyłem ramionami i udaliśmy się na pierwszą sekretną mapę, która była w podziemnym laboratorium Robo. Nawet dało się z nią współpracować i nie przeszkadzała mi w atakach. Musze przyznać, że coś tam potrafi.
Po zakończonych misjach skierowaliśmy się w drogę powrotną do pałacu.
- Tylko z rana wykonujesz te misje?
- Przeważnie...
- Mogłabym z tobą chodzić? Można też kogoś wziąć.
- Jak chesz. Dopóki mi nie przeszkadzasz to nie ma o czym dyskutować - odparłem znudzony jej ciągłym gadaniem. Na mapach, w mieście, podczas oddawania misji. Non stop nadaje jak nakręcona. Gorzej niż ta wścibska czarodziejka.
- Rany, posiadasz ty jakieś uczucia czy jesteś chodzącym potworem? - zapytała oburzona i przyglądała się przez chwilę. Nie odpowiedziałem nic, bo w sumie nie wiedziałem co. Po chwili westchnęła załamana i obserwowała mijających ludzi. - Tak myślę kogo by zabrać jeszcze. Może Aisha?
- Nie. Może być każdy tylko nie ona.
- Hooo - złapała mnie za ramię i delikatnie się przytuliła. - Czyżby coś was łączyło? - zapytała. Jej ciekawskie spojrzenie było irytujące. Jak się chwilę zastanowić to poza tamtym dniem i tym co się wydarzyło to nie, chociaż jak mam brać pod uwagę jej słowa sprzed kilkunastu dni to... Z zamyśleń wyrwało mnie ponowne zapytanie o to samo.
- Jesteś głupia czy co? Z tą idiotką nie chce by cokolwiek mnie łączyło. - Odepchnąłem Arę od siebie, a ona się uśmiechnęła i zaśmiała.
- Sama ją o to zapytam.
Szliśmy dalej i spotkaliśmy Rene i Ravena. Byli na zakupach i Ara podbiegła do nich. Rena ucieszyła się na nasz widok i zapytała, czy pomożemy im zanieść zakupy do pałacu. Dziewczyna się zgodziła, a mi zostało tylko przytaknąć i pomóc.
Wieczorem do laboratorium przyszła Ara. Nie spodziewałem się jej. Wydaje się być osobą, która nie interesuję się zbytnio sprawami innych.
- Będziesz mieć czas jutro popołudniu? - zapytała i usiadła na blacie stołu.
- Zależy na co i zejdź z tego stołu - odparłem, a ona spojrzała na stół, na mnie i niechętnie zeszła, i usiadła na krześle.
- Wspólnie zamierzamy...
- Nie - wiedziałem co chciała powiedzieć, znaczy domyślałem się. Nie zamierzam się z nimi bawić na tym debilnym święcie.
- Nawet nie dałeś mi dokończyć - rzuciła obrażona i westchnęła. - Szkoda, bo Proto i Apple chciały nam coś pokazać.
- Coś? - spojrzałem na nią, a ona wstała i wzruszyła ramionami.
- Trudno, pójdziemy sami... - odparła i skierowała się do wyjścia.
- Czekaj. Mówiły coś dokładniej? - wstałem i podszedłem do niej. Odwrociła się i zastanawiała nad czymś.
- Jakieś nowe urządzenie czy coś. Nie słuchałam zbytnio. Niby podobne do tego od Ravena.
- O której tam idziecie?
- Dokładnie to nie ustaliliśmy, ale w godzinach popołudniowych, a co? Idziesz?
- Tsa, muszę z Apple porozmawiać.
Z rana ponownie wraz z Arą zaliczyliśmy dzienne misję. Przed dwunastą udało nam się wyrobić i wróciliśmy do pałacu. Pozostali jeszcze nie wrócili z miasta, ale pewnie niedługo dojdą. Usiedliśmy na ławce, na dziedzińcu. Musze pomyśleć, jak tu przeprosić Apple za moje wcześniejsze zachowanie. Mam nadzieję, że jej już trochę przeszło. Gdy tak siedzielismy po chwili poczułem jak Ara oparła się o ramię.
- Nie jestem twoją poduszką.
- Przeszkadza ci to?
- Masz dwie sekundy...
Odsunęła się ode mnie i podciągnęła kolana pod brodę. Zmierzyła mnie zimnym spojrzeniem i oparła się brodą o kolana. Marudziła jeszcze coś pod nosem. Jakiś czas później doszła reszta i powoli zbieraliśmy się do Altery, Serca Altery.
Wchodzisz na własną odpowiedzialność^^ Nie odpowiadam za to w jakim stanie stąd wyjdziesz:P Niektóre wpisy zawierają treści erotyczne oraz "łacinę podwórkową". Nie chcesz nie czytaj, chcesz czytać - robisz to sam z własnej woli
Strony
- Pamiętnik
- Postacie
- Galeria na deviantArcie
- Muzyka
- One shot - Rany przeszłości
- One shot - Sekret
- One shot - Magiczna kula
- One shot - Taniec - najpierw koszmar, potem hobby
- One shot - Halloween
- One shot - Niebezpieczny romans
- One shot - Dziwne morderstwa
- One shot - Tylko jeden dzień
- One shot - Z przyjaźni do miłości?
- One shot - Czas na śluby
- One shot - Apokalipsa chan
- One shot - Widziałam anioła, upadłego anioła
- One Shot - "... w tym momencie stałem się potworem...
- One Shot - Perfect Duo?
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
środa, 2 kwietnia 2014
Wpis3 Oczami Adda
Czym się tak przejmuje? Tym, że mnie oszukano? Że Vanessa nic mi nie mówiła? Że ciągle byłem obserwowany? Przez tak długi okres czasu niczego nie zauważyłem, niczego się nie domyśliłem. Wszystko było normalne. Chciałbym to załatwić po swojemu, ale obiecałem, że nic nie zrobię. Może tak będzie lepiej.
Następnego dnia zostałem wezwany do dowódcy. Okularnica wyglądała lepiej jak w nocy. W ogóle nie było po niej poznać, że cokolwiek się wydarzyło. Powiadomiła mnie, iż zostaję przeniesiony do Sander. Na te wieści się wkurzyłem.
- Dlaczego zostaję przeniesiony i to jeszcze do tego dupiatego miasta? - zapytałem z gniewem.
- Ponieważ należysz do Poszukiwaczy Eldrytu i musicie trzymać się razem.
- A co z laboratorium? Mam rozumieć, że wszystko zostanie przeniesione? - Vanessa poprawiła okulary i zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem.
- Tak, całe laboratorium z jego zawartością wędruje do Sander. Będzie umiejscowiony obok pałacu, w którym mieszka reszta.
Poważnie chcą cały budynek przenieść?
- Co z Belder i moją pracą? - zapytałem już spokojnie i rozwaliłem się na fotelu.
- Zawieszona na jakiś czas. Póki co będziesz mieć ważniejsze misję, niż bezpieczeństwo tego miasta.
- Żebyś potem nie ryczała, jak nie będziesz sobie dawać rady.
- Od kiedy ty taki troskliwy? - zapytała z uśmiechem i podparła się ręką o blat stołu.
- Zamknij się.
W sumie, dlaczego się tym przejmuje? Chyba z nawyku. Nim wyszedłem z jej gabinetu powiedziała mi, że o osiemnastej zostaje wszystko przeniesione i mam być na miejscu o tej godzinie. Przytaknąłem tylko i poszedłem się przejść... ostatni raz po tym mieście. Chodząc uliczkami zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem przywiązany do tego miejsca. Znam każdy jej zakamarek, wszystkich ludzi, nazwy ulic, sklepów - wszystko. W końcu kilka lat się tu mieszkało, a teraz będę na jakimś zadupi mieszkać z dzieciakami. Będę jeszcze dalej od Altery i nazoidek. Ciekawe kiedy ukończą swoją nową zabawkę i kiedy mi Apple wybaczy. Powoli zaczynam rozumieć mechanizm emocji u ludziach, ale i tak do mnie to czarna magia. Tego nie da się obliczyć, przedstawić na wykresie czy diagramie. Każdy zachowuje się i interpretuje to inaczej.
Czas szybko zleciał i nim się obejrzałem dochodziła osiemnasta. Wróciłem do laboratorium przy którym znajdowało się kilkunastu ludzi, wraz z Vanessą.
- Ostatni dzień jesteś i jeszcze ludzi denerwujesz kretynie! Może byś zaczął być odrobinę odpowiedzialny?! - Ona zawsze wie jak przywitać człowieka. Cała była zdenerwowana i nerwowo ściskała halabardę w dłoni.
- Przecież jestem okularnico i daj na luz - rzuciłem i podszedłem bliżej budynku.
Na rozkaz Vanesski, zebrani ludzie ustawili się dookoła budynku. Teleportacja, co. Osobiście bym wolał z buta dotrzeć do Sander niż się przenosić. mam nadzieję, że niczego nie zepsują. Osoba, która była obok dowódcy oznajmiła, iż za pięć minut zaczynają. Ostatnie minuty właśnie uciekają. To takie nostalgiczne uczucie. Pierwszy raz odczuwam coś takiego, pierwszy raz od czasu gdy byłem dzieckiem. Chwilę później podeszła do mnie Vanessa i położyła dłoń na ramieniu. Spojrzałem na nią. Była smutna i miałem wrażenie, że jej jest z tym znacznie trudniej niż mi.
- To dla twojego dobra, Add. Może oni nauczą cię tego czego ja nie potrafiłam - odparła winiąc siebie za te wszystkie lata.
- Tego da się nauczyć w ogóle? - kobieta kiwnęła głową, po czym westchnąłem i dodałem: - Nawet jeśli się da to na pewno ta banda pyskaczy mi w tym nie pomoże.
- Czas pokaże...
- Jedna minuta i zaczynamy! - krzyknął przywódca ekipy odpowiedzialnej za teleportację.
- Słuchaj Add, nie będziesz u siebie w domu, więc proszę cię byś niczego tam nie przeskrobał, rozumiesz? Jeśli się dowiem, że coś zniszczyłeś, bo ci się nudziło, to masz jak w banku zapewnioną taką karę, że ci się odechce żyć na tym świecie! - odparła stanowczo Vanessa.
- Tak, tak mamo - wzruszyłem ramionami i spojrzałem w niebo. Chwilę potem niebiesko-włosa przytuliła się do mnie i rozpłakała.
- Uważaj na siebie, proszę.
Objąłem ją po czym podziękowałem jej za wszystko. Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, zakapturzony mężczyzna kazał Vanessie się odsunąć w bezpieczne miejsce. Gdy tylko była poza zasięgiem zaklęcia, pozostali zabrali się za wykonanie swojej roboty. Dosłownie kilka sekund później światło zaczęło otaczać cały budynek wraz ze mną. Chyba pierwszy i ostatni raz widzę okularnicę w takim stanie. Te spojrzenie, jakby nie chciała mnie nigdzie stąd wypuścić. Pierwszy raz, czułem, że komuś na mnie zależy.
- Widzimy się za jakiś czas, Vanessa.
Odparłem i uśmiechnąłem się do niej, a ona pomimo płaczu zmusiła się do uśmiechu. Potem zostałem przeniesiony do nowego miasta. Tutaj rozpocznie się nowy rozdział w moim życiu.
Następnego dnia zostałem wezwany do dowódcy. Okularnica wyglądała lepiej jak w nocy. W ogóle nie było po niej poznać, że cokolwiek się wydarzyło. Powiadomiła mnie, iż zostaję przeniesiony do Sander. Na te wieści się wkurzyłem.
- Dlaczego zostaję przeniesiony i to jeszcze do tego dupiatego miasta? - zapytałem z gniewem.
- Ponieważ należysz do Poszukiwaczy Eldrytu i musicie trzymać się razem.
- A co z laboratorium? Mam rozumieć, że wszystko zostanie przeniesione? - Vanessa poprawiła okulary i zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem.
- Tak, całe laboratorium z jego zawartością wędruje do Sander. Będzie umiejscowiony obok pałacu, w którym mieszka reszta.
Poważnie chcą cały budynek przenieść?
- Co z Belder i moją pracą? - zapytałem już spokojnie i rozwaliłem się na fotelu.
- Zawieszona na jakiś czas. Póki co będziesz mieć ważniejsze misję, niż bezpieczeństwo tego miasta.
- Żebyś potem nie ryczała, jak nie będziesz sobie dawać rady.
- Od kiedy ty taki troskliwy? - zapytała z uśmiechem i podparła się ręką o blat stołu.
- Zamknij się.
W sumie, dlaczego się tym przejmuje? Chyba z nawyku. Nim wyszedłem z jej gabinetu powiedziała mi, że o osiemnastej zostaje wszystko przeniesione i mam być na miejscu o tej godzinie. Przytaknąłem tylko i poszedłem się przejść... ostatni raz po tym mieście. Chodząc uliczkami zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem przywiązany do tego miejsca. Znam każdy jej zakamarek, wszystkich ludzi, nazwy ulic, sklepów - wszystko. W końcu kilka lat się tu mieszkało, a teraz będę na jakimś zadupi mieszkać z dzieciakami. Będę jeszcze dalej od Altery i nazoidek. Ciekawe kiedy ukończą swoją nową zabawkę i kiedy mi Apple wybaczy. Powoli zaczynam rozumieć mechanizm emocji u ludziach, ale i tak do mnie to czarna magia. Tego nie da się obliczyć, przedstawić na wykresie czy diagramie. Każdy zachowuje się i interpretuje to inaczej.
Czas szybko zleciał i nim się obejrzałem dochodziła osiemnasta. Wróciłem do laboratorium przy którym znajdowało się kilkunastu ludzi, wraz z Vanessą.
- Ostatni dzień jesteś i jeszcze ludzi denerwujesz kretynie! Może byś zaczął być odrobinę odpowiedzialny?! - Ona zawsze wie jak przywitać człowieka. Cała była zdenerwowana i nerwowo ściskała halabardę w dłoni.
- Przecież jestem okularnico i daj na luz - rzuciłem i podszedłem bliżej budynku.
Na rozkaz Vanesski, zebrani ludzie ustawili się dookoła budynku. Teleportacja, co. Osobiście bym wolał z buta dotrzeć do Sander niż się przenosić. mam nadzieję, że niczego nie zepsują. Osoba, która była obok dowódcy oznajmiła, iż za pięć minut zaczynają. Ostatnie minuty właśnie uciekają. To takie nostalgiczne uczucie. Pierwszy raz odczuwam coś takiego, pierwszy raz od czasu gdy byłem dzieckiem. Chwilę później podeszła do mnie Vanessa i położyła dłoń na ramieniu. Spojrzałem na nią. Była smutna i miałem wrażenie, że jej jest z tym znacznie trudniej niż mi.
- To dla twojego dobra, Add. Może oni nauczą cię tego czego ja nie potrafiłam - odparła winiąc siebie za te wszystkie lata.
- Tego da się nauczyć w ogóle? - kobieta kiwnęła głową, po czym westchnąłem i dodałem: - Nawet jeśli się da to na pewno ta banda pyskaczy mi w tym nie pomoże.
- Czas pokaże...
- Jedna minuta i zaczynamy! - krzyknął przywódca ekipy odpowiedzialnej za teleportację.
- Słuchaj Add, nie będziesz u siebie w domu, więc proszę cię byś niczego tam nie przeskrobał, rozumiesz? Jeśli się dowiem, że coś zniszczyłeś, bo ci się nudziło, to masz jak w banku zapewnioną taką karę, że ci się odechce żyć na tym świecie! - odparła stanowczo Vanessa.
- Tak, tak mamo - wzruszyłem ramionami i spojrzałem w niebo. Chwilę potem niebiesko-włosa przytuliła się do mnie i rozpłakała.
- Uważaj na siebie, proszę.
Objąłem ją po czym podziękowałem jej za wszystko. Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, zakapturzony mężczyzna kazał Vanessie się odsunąć w bezpieczne miejsce. Gdy tylko była poza zasięgiem zaklęcia, pozostali zabrali się za wykonanie swojej roboty. Dosłownie kilka sekund później światło zaczęło otaczać cały budynek wraz ze mną. Chyba pierwszy i ostatni raz widzę okularnicę w takim stanie. Te spojrzenie, jakby nie chciała mnie nigdzie stąd wypuścić. Pierwszy raz, czułem, że komuś na mnie zależy.
- Widzimy się za jakiś czas, Vanessa.
Odparłem i uśmiechnąłem się do niej, a ona pomimo płaczu zmusiła się do uśmiechu. Potem zostałem przeniesiony do nowego miasta. Tutaj rozpocznie się nowy rozdział w moim życiu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)