Wchodzisz na własną odpowiedzialność^^ Nie odpowiadam za to w jakim stanie stąd wyjdziesz:P Niektóre wpisy zawierają treści erotyczne oraz "łacinę podwórkową". Nie chcesz nie czytaj, chcesz czytać - robisz to sam z własnej woli
Strony
- Pamiętnik
- Postacie
- Galeria na deviantArcie
- Muzyka
- One shot - Rany przeszłości
- One shot - Sekret
- One shot - Magiczna kula
- One shot - Taniec - najpierw koszmar, potem hobby
- One shot - Halloween
- One shot - Niebezpieczny romans
- One shot - Dziwne morderstwa
- One shot - Tylko jeden dzień
- One shot - Z przyjaźni do miłości?
- One shot - Czas na śluby
- One shot - Apokalipsa chan
- One shot - Widziałam anioła, upadłego anioła
- One Shot - "... w tym momencie stałem się potworem...
- One Shot - Perfect Duo?
czwartek, 28 lutego 2013
Wpis2
Wczesnym porankiem, razem z Lorienem i naszymi zwierzakami, udaliśmy
się na wszystkie sekretne mapy. Najgorzej było na 5-x, gdzie Hoakin nie chciał
zginać. Po długiej walce z nim, w końcu udało się zaliczyć misję. Gdy już zakończyliśmy
zmagania na dungach, przyszła pora na odpoczynek, a zaraz potem na Henira.
Skierowaliśmy się na areny pvp odpocząć i popatrzeć na walczących wojowników.
Gdy my sobie wygodnie siedzieliśmy i pochłonięci byliśmy
rozmową, nasze zwierzaki zasnęły obok siebie. Nasza rozmowa krążyła pierw wokół
walk tutaj, a później o nowym secie. Chung miał na tyle szczęście, że zakupił
sobie już wszystko, poza górą. Przynajmniej on ma normlane ceny tego setu, a
nie jakieś kosmiczne liczby, jak u mnie. Aż z ciekawości na chwile odszedłem od
nich i skierowałem pod tablicę rynkową. Przyglądam się i widzę jakąś nowość.
Góra, dół, rękawice i buty za normalną cenę? Nie zwlekając dłużej, kupiłem te
części, a potem zerknąłem na cenę fryzury. No tutaj już tak kolorowo nie było…
200kk? Ciekawe jaki idiota to kupi. Wróciłem do Loriena i pochwaliłem się nowym
zakupem. Był zadowolony, że w końcu sobie to skompletuje i nie zbiednieje
kompletnie. Wypoczęci, zabraliśmy się w drogę do Glave, jednakże utrudniały nam
to nasze pupile. Za żadne skarby nie chciały wstać. Wzięliśmy je na ręce i
podeszliśmy pod fontannę, niedaleko areny. Zanurzyliśmy je delikatnie w zimnej
wodzie, a one nic. To podjęliśmy bardziej ekstremalne środki i podstawiliśmy je
pod płynącą wodę z góry. Od razu jak, oparzone się obudziły. Wyrwały się z rąk,
wleciały do fontanny, zaczęły piszczeć w niebogłosy i jak strzały wyskoczyły z
niego, trzęsąc się jak galaretka. Ludzi patrzeli na nas, jednak nas to nie
interesowało. Podeszliśmy do nich i wzięliśmy w swoje ramiona. Moja oczywiście
się wydzierała, w mojej głowie, czy jestem normalny i inne, a od Loriena
zaczęła mu płakać. Wymieniliśmy się spojrzeniami i lekko rozbawieni ruszyliśmy
do Glave.
W południe, wróciliśmy do pałacu. Gdy tylko Zeki mnie, nas
ujrzała to wiedziałem, że będą kłopoty. Lorien od razu się ulotnił i ja sam z
Wyrocznią zostałem z nią. Podeszła do mnie wściekła jak osa i mierzyła
złowrogim spojrzeniem. Odwróciłem głowę w drugą stronę, bo zaraz zacznie bić i
się wydzierać, jednak tym razem było inaczej (oh, jakaś nowość). Zawiesiła ręce
na szyi, przytuliła i zapytała jak mija mi dzień. No tu to mnie zaskoczyła. Aby
raz nie oberwało mi się… Objąłem ją i powiedziałem, co do tej pory robiłem. Nie
wiem skąd taka radość u niej, jednak wole nie pytać, bo zaraz specjalnie zrobi
się wredna.
Resztę dnia spędziłem z Aishą. Powiedziałem jej o zakupie
avatara i pytała się, kiedy będzie całość. Odparłem jej, jak będzie po
normalnej cenie, bo teraz to się nie opłaca. Co dziwne dziś, teraz jakoś była
zbyt łatwa, w sensie, że łatwo ją było ujarzmić i co dziwne pozwala mi dziś na
wszystkie zaczepki nie zaczepki i inne rozpieszczania. Może by tak dziś…
Wieczór mijał spokojnie. Wszyscy razem dyskutowaliśmy, a ja
uparcie męczyłem Ravena o jego stosunki z Reną. Bronił się jak tylko mógł.
Dałem znak Aishy, by jakoś od Reny coś wyciągła. Kiwnęła tylko głową i zaczęły
rozmawiać.
-Sieeeeema ludzieeeee! – od razu rozpoznałem ten głos.
Odwróciliśmy się wszyscy i w naszą stronę szedł Amhil w towarzystwie Kakazu.
Amhil oparł się łokciem o krzesło i
spojrzał na mnie. – Majster, musimy pogadać. Jest mega, duża sprawa. – kiwnąłem głową
i wyszliśmy na dziedziniec.
-Co jest? – założyłem ręce i spojrzałem na nich.
-To tak, planujemy zrobić jutro taką big akcję nie i …
-Nasze pytanie brzmi, czy możemy wykorzystać ten hotel? –
patrzeli na mnie błagalnym spojrzeniem.
-A co planujecie, jeśli można wiedzieć?
-Chcemy się trochę rozerwać. – uśmiechnęli się obaj
podejrzanie. Domyśliłem się, co planują.
-Zdradźcie szczegóły, a będziecie mogli robić tu, co
chcecie. Oczywiście tylko na ten jeden dzień.
Wtajemniczyli mnie w swoje jutrzejsze plany i zgodziłem się.
Zapowiada się ciekawy dzień jutro. Gdy skończyli, wrócili do siebie, a do mnie
od tyłu przytuliła się Zeki. Spojrzałem na nią, a ona uśmiechnęła się szczerze
i pogodnie. Odwróciłem się w jej stronę i przytuliłem do siebie, szepcząc jej
do ucha czy dziś spędzi noc ze mną. Zgodziła i tak sobie namiętną noc
załatwiłem, a jutro zabawny dzień.
środa, 27 lutego 2013
Rozdział XVI Bo dobrej zabawy nigdy za wiele. Wpis1
Tak nastał kolejny dzień w Sandri. Jak zwykle słońce grzało jak nienormalne, aż zatęskniłem za Hamel. Gdy tylko wstałem i się ubierałem do pokoju wpadła Zeki z zdjęciami nowego avatara. Pokazała mi wszystkie i muszę przyznać, że postarali się o tego seta dla wszystkich. Czyli postanowione, trzeba to kupić (tak kurde wykupię cały rynek z avków;x). Od razu udaliśmy się na rynek, który był tak zapchany, że szok. Podeszliśmy do tablicy i szukałem nowego avatra. Oczywiście znalazłem za nienormalną cenę. No ja rozumiem, że nowe ale z tymi cenami to przeginają. Trzeba będzie jak zombi wpatrywać się w tablicę i szukać okazji. Lorien miał na tyle szczęście, że miał tanio i se kupił już kilka części. Farciarz...
Spacerując z Aishą po mieście spotkaliśmy kilku ludzi z SC. Podeszliśmy do nich i zapytałem ich jak im się tu podoba.
-Jest czadowo stary. Normanie mógłbym tu zostać na stałe, c'nie Giio? - Amhil z wyraźną radością szturchnął łokciem łuczniczkę, która spojrzała na niego z ukosa. Nie wiem o nim zbyt wiele poza tym, że ma duże poczucie humoru jak jego przyjaciel, którzy obrali drogę RS'a.
-Ta ale z dala od ciebie. - pomimo tego, co powiedziała jakoś go to nie ruszyło i podszedłd o mnie.
-Ona jest dziwna. Wszystkich traktuje jak wrogów. - wyszeptał mi do ucha i się zaśmialiśmy.
-Co ty tam na mnie mówisz, co?
-JA?! Ja miałbym donosić?! - robił z siebie ofiarę ale muszę przyznać, że grę aktorską ma we krwi. - Nie jestem taki wredny dla ludzi z gildii. - założył ręce i życzliwie się do niej uśmiechnął. Spojrzałem na Zeki, która była rozbawiona sytuacją.
-AMHIL KRETYNIE! - odwróciliśmy się i zobaczyliśmy jego kolegę co się wydzierał do niego. Podszedł do nas i centralnie mu od tak przyłożył w policzek. - Mieliśmy iść na pvp idioto, a ty się szwendasz z tą, tą... - zmierzył spojrzeniem Giio, której ciśnienie powoli się dźwigało, bo już miała rumieńce. - łu-czni-czkĄ. - w sposób jaki to wypowiedział był nie do opisania.
-Masz jakiś problem Kakazu czy tylko mi się wydaję? - zacisnęła dłoń w pięść i spojrzała na niego groźnie.
-Ja? W życiu, może ty masz z zmarszczkami ale ja nie mam żadnych. - Aisha wybuchnęła śmiechem, ja się powstrzymywałem i odwróciłem głowę w drugą stronę, by nie było poznać.
-Ty.... ZABIJĘ WAS!!
-Czerwony alarm Amhil zmywamy się. - szarpnął go za rękę i puścili się pędem przed siebie, a ona za nimi.
-Ta dwójka to pobija wszystkich. - ocierała łzy które jej wypłynęły z śmiechu.
-Przynajmniej będzie zabawnie. - rozejrzałem się i w oddali dostrzegłem Loriena z jakąś CN'ką i SD. - Wracamy czy chcesz jeszcze gdzieś pochodzić?
-Można wrócić w sumie ale pod jednym warunkiem. - spojrzałem na nią pytająco. - Czas wolny spędzisz ze mnie nie sam ze sobą czy na treningu.
-Tak tak...
Miło spędzałem sobie popołudnie z Zeki, gdy usłyszeliśmy wrzaski z dołu. Zeszliśmy zobaczyć, co się dzieje. Na dziedzińcu Amhil i Kakazu w towarzystwie dziewczyn, z którymi wcześniej gadał Lorien przedstawiali coś.
-JAM JEST... em.... jak mu tam było? - Amhil stał jak jakiś pomnik z jedną nogą na ławce, a drugą na ziemi, ręce wzniesione ku górze.
-Nie pamiętam. - odparł po namyśle zrezygnowany Kakazu.
-JAM JEST NIE PAMIĘTAM. MACIE SIĘ MNIE SŁUCHAĆ O BEZBRONNY LUDU, LUDZIE CZY JAK TO TAM SIĘ ODMIENIA. - dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a ja w sumie z Zeki nie wiedzieliśmy, co zrobić.
-Zapiszcie się do cyrku.
-Sama jesteś cyrk, na kółkach albo nie, nogach. - pokazał jednej język, a ta go zaczęła gonić, a on uciekać. Potem stanął za mną.
-Ona chce mnie zbić! - schował się za mną jak małe dziecko, gdy grozi niebezpieczeństwo, a dziewczyna w secie Ibelluena oparła ręce o biodra.
-Przesuń się.
-A to do mnie?
-Tak do ciebie.
-Hahahahahaha. Wiesz z kim ty mówisz dziewczyno? - znowu wybuchnął śmiechem, a ona nie wiedziała co zrobić. Wyszedł za mnie i wskazał na mnie ręką. - To być nasz mistrz gildyji nie-do-in-for-mo-wa-na dzie-wczy-nkO. - spojrzałem na niego jak na debila, a on puścił strzałkę i odszedł do Kakazu.
Trochę się zmieszała, przeprosiła i doszliśmy do zgody. Zaraz potem podeszły dwie inne, które też tu były. Dziewczyna w Ibelluen to Serelyn, czarodziejka DW, nazoidka w firmowym ciuchu Marumi CN oraz Chalya nowa klasa SD. Bosko, teraz wiem kto przyjechał do miasta. Przez jakiś czas w tym gronie gadaliśmy oczywiście nie obyło się bez żartów tamtej dwójki.
Wieczór na szczęście minął spokojnie. Dobrze, że tamta ekipa mieszka gdzie indziej, bo bym chyba nic nie przełknął. Gadałem z Lorienem, jakby tu kasę zarobić na nowego avka, bo spory wydatek będzie na to. Dogadaliśmy się, że będziemy łazić na sekrety i henie by coś wpadło. Od jutra czas zacząć zarabiać, a potem się wozić w nowym ciuchu.
Spacerując z Aishą po mieście spotkaliśmy kilku ludzi z SC. Podeszliśmy do nich i zapytałem ich jak im się tu podoba.
-Jest czadowo stary. Normanie mógłbym tu zostać na stałe, c'nie Giio? - Amhil z wyraźną radością szturchnął łokciem łuczniczkę, która spojrzała na niego z ukosa. Nie wiem o nim zbyt wiele poza tym, że ma duże poczucie humoru jak jego przyjaciel, którzy obrali drogę RS'a.
-Ta ale z dala od ciebie. - pomimo tego, co powiedziała jakoś go to nie ruszyło i podszedłd o mnie.
-Ona jest dziwna. Wszystkich traktuje jak wrogów. - wyszeptał mi do ucha i się zaśmialiśmy.
-Co ty tam na mnie mówisz, co?
-JA?! Ja miałbym donosić?! - robił z siebie ofiarę ale muszę przyznać, że grę aktorską ma we krwi. - Nie jestem taki wredny dla ludzi z gildii. - założył ręce i życzliwie się do niej uśmiechnął. Spojrzałem na Zeki, która była rozbawiona sytuacją.
-AMHIL KRETYNIE! - odwróciliśmy się i zobaczyliśmy jego kolegę co się wydzierał do niego. Podszedł do nas i centralnie mu od tak przyłożył w policzek. - Mieliśmy iść na pvp idioto, a ty się szwendasz z tą, tą... - zmierzył spojrzeniem Giio, której ciśnienie powoli się dźwigało, bo już miała rumieńce. - łu-czni-czkĄ. - w sposób jaki to wypowiedział był nie do opisania.
-Masz jakiś problem Kakazu czy tylko mi się wydaję? - zacisnęła dłoń w pięść i spojrzała na niego groźnie.
-Ja? W życiu, może ty masz z zmarszczkami ale ja nie mam żadnych. - Aisha wybuchnęła śmiechem, ja się powstrzymywałem i odwróciłem głowę w drugą stronę, by nie było poznać.
-Ty.... ZABIJĘ WAS!!
-Czerwony alarm Amhil zmywamy się. - szarpnął go za rękę i puścili się pędem przed siebie, a ona za nimi.
-Ta dwójka to pobija wszystkich. - ocierała łzy które jej wypłynęły z śmiechu.
-Przynajmniej będzie zabawnie. - rozejrzałem się i w oddali dostrzegłem Loriena z jakąś CN'ką i SD. - Wracamy czy chcesz jeszcze gdzieś pochodzić?
-Można wrócić w sumie ale pod jednym warunkiem. - spojrzałem na nią pytająco. - Czas wolny spędzisz ze mnie nie sam ze sobą czy na treningu.
-Tak tak...
Miło spędzałem sobie popołudnie z Zeki, gdy usłyszeliśmy wrzaski z dołu. Zeszliśmy zobaczyć, co się dzieje. Na dziedzińcu Amhil i Kakazu w towarzystwie dziewczyn, z którymi wcześniej gadał Lorien przedstawiali coś.
-JAM JEST... em.... jak mu tam było? - Amhil stał jak jakiś pomnik z jedną nogą na ławce, a drugą na ziemi, ręce wzniesione ku górze.
-Nie pamiętam. - odparł po namyśle zrezygnowany Kakazu.
-JAM JEST NIE PAMIĘTAM. MACIE SIĘ MNIE SŁUCHAĆ O BEZBRONNY LUDU, LUDZIE CZY JAK TO TAM SIĘ ODMIENIA. - dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a ja w sumie z Zeki nie wiedzieliśmy, co zrobić.
-Zapiszcie się do cyrku.
-Sama jesteś cyrk, na kółkach albo nie, nogach. - pokazał jednej język, a ta go zaczęła gonić, a on uciekać. Potem stanął za mną.
-Ona chce mnie zbić! - schował się za mną jak małe dziecko, gdy grozi niebezpieczeństwo, a dziewczyna w secie Ibelluena oparła ręce o biodra.
-Przesuń się.
-A to do mnie?
-Tak do ciebie.
-Hahahahahaha. Wiesz z kim ty mówisz dziewczyno? - znowu wybuchnął śmiechem, a ona nie wiedziała co zrobić. Wyszedł za mnie i wskazał na mnie ręką. - To być nasz mistrz gildyji nie-do-in-for-mo-wa-na dzie-wczy-nkO. - spojrzałem na niego jak na debila, a on puścił strzałkę i odszedł do Kakazu.
Trochę się zmieszała, przeprosiła i doszliśmy do zgody. Zaraz potem podeszły dwie inne, które też tu były. Dziewczyna w Ibelluen to Serelyn, czarodziejka DW, nazoidka w firmowym ciuchu Marumi CN oraz Chalya nowa klasa SD. Bosko, teraz wiem kto przyjechał do miasta. Przez jakiś czas w tym gronie gadaliśmy oczywiście nie obyło się bez żartów tamtej dwójki.
Wieczór na szczęście minął spokojnie. Dobrze, że tamta ekipa mieszka gdzie indziej, bo bym chyba nic nie przełknął. Gadałem z Lorienem, jakby tu kasę zarobić na nowego avka, bo spory wydatek będzie na to. Dogadaliśmy się, że będziemy łazić na sekrety i henie by coś wpadło. Od jutra czas zacząć zarabiać, a potem się wozić w nowym ciuchu.
wtorek, 26 lutego 2013
Wpis9 Oczami Chunga
Rano udaliśmy się do Hamel i skierowaliśmy się w stronę świątyni. Atmosfera była dziwnie przytłaczająca i smutna. Przy świątyni spotkaliśmy Ravena, a następnie weszliśmy do środka. Złożyliśmy rodzinie Shakti kondolencje, a potem Ammo zaczął przepraszać za błędy podczas walki. Wtrąciłem się i dodałem, ze w głównej mierze to moja wina, bo ja planowałem całą akcję. Matka łuczniczki powiedziała nam, że nie mamy się tym zadręczać, a potem jej siostra podeszła do nas i wręczyła po lilii mówiąc, iż jej siostra jest szczęśliwa i nie chce nas widzieć w takim stanie. Chwile potem rozpoczęła się msza.
Gdy już się rozchodzili wszyscy, Penentio powiadomił nas, że wyśle kilka oddziałów stąd do Sandri. Nie podobało mi się to ale przemilczałem sytuację. Raven wraz z Elswordem poszli do parku o czymś dyskutować, ja wraz z dziewczynami (oh....) udaliśmy się do Aranki i tam czekaliśmy aż chłopaki wrócą. Rozmawiałem z Mayą przez ten czas i postanowiliśmy iż zostanie tutaj. Co prawda martwiła się o mnie, jednak udało mi się ją przekonać. Gdy tylko chłopaki wrócili, za pomocą biletów udaliśmy się do Sandri.
W salonie omawialiśmy sytuacje miasta oraz przyszłe miejsce odwiedzin czyli wioska Calluso. Na czele wioski stoi Karu, plotki mówią, że jest potężnym wojownikiem, który posługuje się magią wietrznego El. Na dodatek całe miasto unosi się w powietrzu, więc ciężko będzie się tam dostać. Jak skończyliśmy plan na jutro, wróciłem do pokoju i tam przywitała mnie Lorienka. Zająłem się nią przez jakiś czas, a potem udałem się na spacer, oczywiście w towarzystwie lisiczki. Chodziliśmy tu i tam, rozmawialiśmy z różnymi ludźmi, których spotkałem podczas walk i tak nastał wieczór.
Gdy wróciłem do pałacu, czekał na mnie list podesłany z gildii. Gdy wchodziłem an górę czytałem wszystko i wtedy spotkałem Elsworda. Powiedziałem mu o wszystkim i na koniec poprosił mnie o kartkę. Dałem mu ją i skierowaliśmy się na dół, na kolacje. Podczas spożywania posiłku niespodziewanie Ara zapytała mnie o Hamel i inne historię tego miasta. Zdziwiło mnie to ale odpowiedziałem na jej pytania i tak jakoś się rozgadaliśmy. Rozmowa się przedłużała więc postanowiliśmy, ze pójdziemy do mnie i tam dokończę. Zgodziła się i weszliśmy na górę. Dostrzegliśmy Ravena i Rene razem oraz w oddali Elsa i Aishe. Potem Els palnął takiego teksta, że nie wiedziałem czy wybuchnąć śmiechem. Każdy poszedł i tak zająć się sobą, a ja Arze dokończyłem historię Hamel. Była zafascynowana tym miastem. Spytałem czy powie mi coś o Sandri. Z chęcią zgodziła się i teraz ja jej słuchałem, aż do późnej godziny gdy skończyła.
Podczas śniadania Aisha zafascynowana zaczęła nam mówić o tym, iż będzie nowy set avatara o nazwie Gold Falcon. Ogólnie mi się podoba fakt nowego setu, może sobie kupię... Z czasem zszedł do nas Elsword, których słuchał rozmowy. Zapytałem go czy też będzie go kupować. Kiwnął głowę i dodał, że tylko wtedy jak będzie mu się podobać. Jutro powinny być pierwsze zdjęcia, ciekawi mnie jak będzie wyglądać.
Podczas drogi męczył nas ten upał, no wytrzymać nie szło. Po wielkich trudnościach dotarliśmy na miejsce. Dzięki Aishy znaleźliśmy się na górze. Wioska wygląda bardzo sympatycznie i naturalnie. Idąc dalej napotkaliśmy pierwszych wojowników tej wioski. Rena chciała pokojowo załatwić sprawę, jednak zaatakowali ją i dali nam do zrozumienia, iż pokojowo się nie da. Elsword dał znak, na otwarcie ognia, więc wystrzeliłem Dreada i grupa wojowników padła na ziemię. Aisha zaraz potem zaczęła się na nas wydzierać, że jesteśmy nienormalni. Elsword wdał się w rozmowę z nią, z której wynikło iż Zeki nie będzie w stanie nam pomóc podczas walki. Raven nie zważając na nich ruszył do przodu, a ja zanim. Pokonywaliśmy z łatwością naszych przeciników i szliśmy dalej. Najzabawniejsze było, iż na wyższe piętra wioski służyły specjalne urządzenia unoszące w powietrzu. Widoki z góry były niezapomnianie i nie do opisania. W dalszych potyczkach już nam towarzyszył Elsword i Ara. Szybko szło. Co prawda, nikogo nie zabijaliśmy, tylko unieszkodliwialiśmy. Jakoś nie umiem zabić człowieka... W końcu dotarliśmy do Karu. Ara znowu chciała dyplomatycznie to załatwić, jednak on na odwrót i znowu musieliśmy walczyć. Trochę to trwało, jednak w końcu się udało. Nie odnieśliśmy żadnych poważnych ran i razem z Karu, który nie buntował się zeszliśmy na dół. Czekały tam na nas Rena i Aisha. Elsword kazał Zeki zabrać nas na dół, to ta mu się sprzeciwiła. Podszedł do niej i chwile potem znaleźliśmy się w pałacu. Oj, czuje, że znowu coś będzie. Odprowadziliśmy go do Emirate i tam wszystko sobie wyjaśnili, a potem Karu wrócił do wioski, a ja do pokoju. Padnięty wyłożyłem się na łóżku, a obok mnie Lorienka, która wyglądała na pół żywą. Zasnąłem z zmęczenia ale tylko na chwile, bo kilkanaście minut później wpadła do pokoju Aisha i krzyknęła moje imię tak głośno, że jak oparzony wstałem, aż zleciałem z łóżka i głową walnąłem się w stół jak wstawałem.
-Lorien to prawda, że Elsword nie zabił nikogo dziś? - podeszła do mnie i się nachyliła z wyczekiwaniem na odpowiedź. Ja na pół przytomny trzymałem się za głowę i spoglądałem na nią.
-E, a, e, no tak prawda. A co?
-Nic.
Odpowiedziała i wyszła, a ja siedziałem jak idiota na tej ziemi i myślałem, co właściwie się wydarzyło. Lorienka cały czas drżała i miała tak wielkie oczy, że się wystraszyłem przez chwilę.
Późnym popołudniem zszedłem z lisiczką na dół i tam spotkałem Arę, z którą znowu się zagadaliśmy o technologi Hamel i sztukach walki Sandri. Do tego później przyszła do nas Śnieżynka, pecik Ammo. Zdziwiłem się, że z nim nie jest. Z czasem zaczęła bawić się z Lorienką.
Gdy przyszła pora kolacji, Elsword szedł w naszym kierunku i jego lisiczka od razu pobiegła do niego. Wymieniliśmy parę zdań i udaliśmy się na kolację, która minęła spokojnie.
Gdy już się rozchodzili wszyscy, Penentio powiadomił nas, że wyśle kilka oddziałów stąd do Sandri. Nie podobało mi się to ale przemilczałem sytuację. Raven wraz z Elswordem poszli do parku o czymś dyskutować, ja wraz z dziewczynami (oh....) udaliśmy się do Aranki i tam czekaliśmy aż chłopaki wrócą. Rozmawiałem z Mayą przez ten czas i postanowiliśmy iż zostanie tutaj. Co prawda martwiła się o mnie, jednak udało mi się ją przekonać. Gdy tylko chłopaki wrócili, za pomocą biletów udaliśmy się do Sandri.
W salonie omawialiśmy sytuacje miasta oraz przyszłe miejsce odwiedzin czyli wioska Calluso. Na czele wioski stoi Karu, plotki mówią, że jest potężnym wojownikiem, który posługuje się magią wietrznego El. Na dodatek całe miasto unosi się w powietrzu, więc ciężko będzie się tam dostać. Jak skończyliśmy plan na jutro, wróciłem do pokoju i tam przywitała mnie Lorienka. Zająłem się nią przez jakiś czas, a potem udałem się na spacer, oczywiście w towarzystwie lisiczki. Chodziliśmy tu i tam, rozmawialiśmy z różnymi ludźmi, których spotkałem podczas walk i tak nastał wieczór.
Gdy wróciłem do pałacu, czekał na mnie list podesłany z gildii. Gdy wchodziłem an górę czytałem wszystko i wtedy spotkałem Elsworda. Powiedziałem mu o wszystkim i na koniec poprosił mnie o kartkę. Dałem mu ją i skierowaliśmy się na dół, na kolacje. Podczas spożywania posiłku niespodziewanie Ara zapytała mnie o Hamel i inne historię tego miasta. Zdziwiło mnie to ale odpowiedziałem na jej pytania i tak jakoś się rozgadaliśmy. Rozmowa się przedłużała więc postanowiliśmy, ze pójdziemy do mnie i tam dokończę. Zgodziła się i weszliśmy na górę. Dostrzegliśmy Ravena i Rene razem oraz w oddali Elsa i Aishe. Potem Els palnął takiego teksta, że nie wiedziałem czy wybuchnąć śmiechem. Każdy poszedł i tak zająć się sobą, a ja Arze dokończyłem historię Hamel. Była zafascynowana tym miastem. Spytałem czy powie mi coś o Sandri. Z chęcią zgodziła się i teraz ja jej słuchałem, aż do późnej godziny gdy skończyła.
Podczas śniadania Aisha zafascynowana zaczęła nam mówić o tym, iż będzie nowy set avatara o nazwie Gold Falcon. Ogólnie mi się podoba fakt nowego setu, może sobie kupię... Z czasem zszedł do nas Elsword, których słuchał rozmowy. Zapytałem go czy też będzie go kupować. Kiwnął głowę i dodał, że tylko wtedy jak będzie mu się podobać. Jutro powinny być pierwsze zdjęcia, ciekawi mnie jak będzie wyglądać.
Podczas drogi męczył nas ten upał, no wytrzymać nie szło. Po wielkich trudnościach dotarliśmy na miejsce. Dzięki Aishy znaleźliśmy się na górze. Wioska wygląda bardzo sympatycznie i naturalnie. Idąc dalej napotkaliśmy pierwszych wojowników tej wioski. Rena chciała pokojowo załatwić sprawę, jednak zaatakowali ją i dali nam do zrozumienia, iż pokojowo się nie da. Elsword dał znak, na otwarcie ognia, więc wystrzeliłem Dreada i grupa wojowników padła na ziemię. Aisha zaraz potem zaczęła się na nas wydzierać, że jesteśmy nienormalni. Elsword wdał się w rozmowę z nią, z której wynikło iż Zeki nie będzie w stanie nam pomóc podczas walki. Raven nie zważając na nich ruszył do przodu, a ja zanim. Pokonywaliśmy z łatwością naszych przeciników i szliśmy dalej. Najzabawniejsze było, iż na wyższe piętra wioski służyły specjalne urządzenia unoszące w powietrzu. Widoki z góry były niezapomnianie i nie do opisania. W dalszych potyczkach już nam towarzyszył Elsword i Ara. Szybko szło. Co prawda, nikogo nie zabijaliśmy, tylko unieszkodliwialiśmy. Jakoś nie umiem zabić człowieka... W końcu dotarliśmy do Karu. Ara znowu chciała dyplomatycznie to załatwić, jednak on na odwrót i znowu musieliśmy walczyć. Trochę to trwało, jednak w końcu się udało. Nie odnieśliśmy żadnych poważnych ran i razem z Karu, który nie buntował się zeszliśmy na dół. Czekały tam na nas Rena i Aisha. Elsword kazał Zeki zabrać nas na dół, to ta mu się sprzeciwiła. Podszedł do niej i chwile potem znaleźliśmy się w pałacu. Oj, czuje, że znowu coś będzie. Odprowadziliśmy go do Emirate i tam wszystko sobie wyjaśnili, a potem Karu wrócił do wioski, a ja do pokoju. Padnięty wyłożyłem się na łóżku, a obok mnie Lorienka, która wyglądała na pół żywą. Zasnąłem z zmęczenia ale tylko na chwile, bo kilkanaście minut później wpadła do pokoju Aisha i krzyknęła moje imię tak głośno, że jak oparzony wstałem, aż zleciałem z łóżka i głową walnąłem się w stół jak wstawałem.
-Lorien to prawda, że Elsword nie zabił nikogo dziś? - podeszła do mnie i się nachyliła z wyczekiwaniem na odpowiedź. Ja na pół przytomny trzymałem się za głowę i spoglądałem na nią.
-E, a, e, no tak prawda. A co?
-Nic.
Odpowiedziała i wyszła, a ja siedziałem jak idiota na tej ziemi i myślałem, co właściwie się wydarzyło. Lorienka cały czas drżała i miała tak wielkie oczy, że się wystraszyłem przez chwilę.
Późnym popołudniem zszedłem z lisiczką na dół i tam spotkałem Arę, z którą znowu się zagadaliśmy o technologi Hamel i sztukach walki Sandri. Do tego później przyszła do nas Śnieżynka, pecik Ammo. Zdziwiłem się, że z nim nie jest. Z czasem zaczęła bawić się z Lorienką.
Gdy przyszła pora kolacji, Elsword szedł w naszym kierunku i jego lisiczka od razu pobiegła do niego. Wymieniliśmy parę zdań i udaliśmy się na kolację, która minęła spokojnie.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Wpis8
Zanim zszedłem na dół, na śniadanie, zabrałem się za czytanie kartki, z wczoraj od Loriena. Więc tak:
-gildia liczy ponad sześćdziesiąt ludzi;
-nikt nie skarży się na nas;
-nowo przyjęci ludzie to głównie CN'ki, RS'y, SD, GA i EM'ki;
-kilka ludzi zostanie przysłanych do Sandri jako zwiadowcy lub patrole.
Ogólnie jest super, pomijając fakt, że mam tylko ich imiona i nic więcej. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się na dół. Wszyscy byli strasznie zagadani, więc przywitałem się tylko i słuchałem, o czym tak dyskutowali. Głównie temat obracał się wokół nowego setu avatar Gold Falcon i dzisiejszej wyprawie do wioski Calluso. W przerwie wymiany zdań, Lorien zapytał mnie czy będę kupować nowy secik. Kiwnąłem tylko głową i zaznaczyłem, że tylko wtedy, gdy mi przypadnie do gustu, bo wyglądać jak ostatni kretyn nie mam zamiaru. Załamałem się, gdy widziałem Ibelluena. Normalnie set dla idiotów i co gorsza, niektórzy chodzą w nim. Nie wiem wtedy czy się śmiać czy zwymiotować. Aisha powiedziała, że z jej tajnych źródeł informacji (tia, ciekawe jakich) jutro powinny pokazać się pierwsze sesje zdjęciowe jak ten set wygląda.
Wyruszyliśmy w stronę wioski Calluso. Naszym zadaniem jest sprowadzić Karu do Sandri, bo Emi i Vapor chcą z nim pomówić. Zabrałem Śnieżynkę ze sobą, tak samo jak Lorien swoją Lorienkę. Nie no oryginalna nazwa. Gdy go pytałem o to oburzony mówił, iż to pomysł Mayi. Idąc w upale, przez tę pustynie zastanawiałem się czy będziemy mieli siły walczyć tam, bo na pewno od tak nas do niego jego ludzie nie puszczą. Staliśmy dokładnie pod miastem. Chyba wcześniej nie pisałem, ale ta wioska znajduję się w powietrzu i jest utrzymywana przez siłę El. Dzięki magii Aishy dostaliśmy się na górę. Wioska na prawdę wygląda pięknie, pełno zieleni i domy wybudowane grupkami. Idąc dalej spotkaliśmy wojowników stąd. Na nasze nieszczęście to byli ludzie. Osobiście nigdy człowieka nie zabiłem, tylko demony czy mroczne elfy. Rena chciała nawiązać z nimi kontakt jakiś, jednak szybko dali nam do zrozumienia, iż pokojowo dogadać się z nimi nie da.
-Dobra skoro tak stawiają sprawę to nie mamy wyboru. - dałem znak Lorienowi, iż może robić swoje czyli Dread poszedł w ruch. Od razu padli na ziemię i kulili się z bólu.
-Elsword! Lorien! Odbiło wam? To są ludzie! - krzyknęła do nas Aisha i widać w jej oczach było przerażenie i zdenerwowanie.
-No i? Sama widziałaś. Pierwsi nas zaatakowali, a ja skóry im dawać nie będę.
-To co, zabijesz ich?
-Tak, jeśli będę do tego zmuszony. - już chciała podejść do mnie i uderzyć, jednak Rena ją zatrzymała i mówiła jej, iż mam rację. Ta oczywiście się sprzeciwiała.
-Rena daj spokój, jej nie przemówisz. Jest zbyt łagodna i nigdy nie odważy się zaatakować w pełni swoją magią człowieka, nawet jeśli będzie zależeć od tego jej czy kogoś innego życie. - Raven poszedł przed siebie wyciągając miecz, Lorien załadował amunicję i powiedział, iż razem z Ravenem pójdą pierwsi. Kiwnąłem głową i udali się przed siebie. Zaraz potem Ara podeszła do mnie.
-Ruszamy? - zapytała niepewnie i spojrzała na mnie, a potem na Rene i Zeki.
-Ta. - odparłem i spojrzałem na dziewczyny. Zmierzyłem Zeki chłodnym spojrzeniem i razem z Arą pobiegliśmy za chłopakami.
-Naprawdę odważysz się zabić człowieka?
-To się okaże czy będę do tego zmuszony.
Przemierzając przez wioskę trafialiśmy na różnych wojowników. Wietrzne bestie, wojownicy z tarczami lub samymi włóczniami, jakieś ninja, czy kimkolwiek oni byli, zabójcy i magowie przywołujących wietrzne motyle. Podczas walk z nimi denerwowali mnie magowie i inni, którzy siła wiatru przyciągali, odciągali nas i nasze ataki. Każdy walczył wszystkim co miał, aż w końcu dotarliśmy do Karu. Na szczęście nie byliśmy zmuszeni do zabijania. Jakoś mnie ten fakt cieszył.
Podczas walki z Karu musieliśmy się nieźle nagimnastykować, by go trafić i unikać jego ataków. Był świetnym wojownikiem, który posługuję się mieczem i magią. Podczas walki z nim, Ara starała się mu wytłumaczyć wszystko, jednak ten nie chciał słuchać. Upierał się, iż on ma rację. Z takimi ciężko się dogadać. W końcu udało się nam go pokonać. Powiedziałem mu, iż idzie z nami do Sandri i tam sobie porozmawia z Emirate. Myślałem, że będzie się sprzeciwiać, jednak do tego nie doszło i na spokojnie wróciliśmy do dziewczyn. Kazałem Aishy użyć magi, by nas zabrała na dół, a ona odpowiedziała 'nie'. Podszedłem do niej i złapałem za jej ramię na tyle mocno, że jęknęła cicho z bólu i szepnąłem jej do ucha, że ma nie odwalać cyrków tylko robiła co każe, bo mam dość jej zachowania. Tłumiła w sobie złość, jednak ze względu, iż są tu inni użyła magi teleportacyjnej od razu do miasta. Poszliśmy do Emirate i tam sobie obydwoje dyskutowali. Niezapomniana chwila, to mina Karu gdy dowiedział się, co Karis uknuła i zrobiła. Zaraz potem nas przeprosił i zapewnił, iż jeśli będziemy potrzebować pomocy to nam jej udzielą. Z czasem wrócił do wioski, a każdy z nas skierował się gdzie indziej.
Zeki chciała wejść do swojego pokoju, jednak ja wcześniej chwyciłem ją za rękę i powiedziałem, iż musimy porozmawiać. Odpysknęła tylko, że nie ma ochoty na rozmowę, więc siłą ją zabrałem i wepchnąłem do swojego pokoju i zamknąłem.
-Co ty odwalasz dzisiaj, co? - założyłem ręce i oparłem się o drzwi.
-Jesteś mordercą! Zabiłeś dziś niewinnych ludzi! - wykrzyczała wściekła i patrzała na mnie z nienawiścią.
-Dobrze wiedzieć, bo jakoś nie przypominam sobie bym zabijał dziś kogokolwiek.
-Jasne. Jesteś zdolny do wszystkiego!
-To idź i zapytaj się tych co byli na polu walki czy kogoś zabiłem. Jestem ciekaw, co zrobisz jak powiedzą ci jak przebiegała walka. - otworzyłem drzwi na oścież, a ona szybkim krokiem z niego wyszła.
Popołudnie spędziłem z Arą na arenie treningowej. Przyjemnie minął ten czas i przećwiczyliśmy nasze zdolności. W przerwach rozmawialiśmy o naszych specjalnych umiejętnościach. Wracając do pałacu natknąłem się na grupkę ludzi, z których rozpoznałem Giio, a reszty nie kojarzyłem. Podszedłem do nich i przywitałem się z łuczniczką. Z uśmiechem mnie przywitała i powiedziała, że to są nowi ludzie od nas i przyszli na misję. Każdy po kolei się przedstawił i teraz mogłem jakoś ich odróżnić i po kojarzyć, kto jest kim. Sympatyczna grupka ludzi, mam nadzieję, iż nie nawalą podczas misji. Pogadaliśmy trochę i wróciłem do pałacu.
Na dziedzińcu Lorien i Ara bawili się razem z Lorienką i Śnieżynką. To mnie zdziwiło, co ona tam robi. Podszedłem do nich i Wyrocznia od razu podbiegła do mnie i rzuciła w ramiona. Chung i Ara uśmiechnęli się i pogadaliśmy o naszych zwierzakach trochę, a potem poszliśmy na kolację. Aisha o czymś dyskutowała z Ravenem. No tak, racja miała się doinformować. Gdy usiedliśmy, Aisha podeszła do mnie i szepnęła przepraszam, a ja jej odpowiedziałem, iż na moje wybaczenie musi sobie zasłużyć. Uderzyła lekko w ramię i usiadła obok mnie. Po kolacji, razem z Zeki i Śnieżynką wróciliśmy do pokoju. Od razu się do mnie przytuliła i znowu przeprosiła za jej odpały wcześniej. Wyjaśniłem jej kilka spraw i do późnej godziny zajmowałem się nią.
-gildia liczy ponad sześćdziesiąt ludzi;
-nikt nie skarży się na nas;
-nowo przyjęci ludzie to głównie CN'ki, RS'y, SD, GA i EM'ki;
-kilka ludzi zostanie przysłanych do Sandri jako zwiadowcy lub patrole.
Ogólnie jest super, pomijając fakt, że mam tylko ich imiona i nic więcej. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się na dół. Wszyscy byli strasznie zagadani, więc przywitałem się tylko i słuchałem, o czym tak dyskutowali. Głównie temat obracał się wokół nowego setu avatar Gold Falcon i dzisiejszej wyprawie do wioski Calluso. W przerwie wymiany zdań, Lorien zapytał mnie czy będę kupować nowy secik. Kiwnąłem tylko głową i zaznaczyłem, że tylko wtedy, gdy mi przypadnie do gustu, bo wyglądać jak ostatni kretyn nie mam zamiaru. Załamałem się, gdy widziałem Ibelluena. Normalnie set dla idiotów i co gorsza, niektórzy chodzą w nim. Nie wiem wtedy czy się śmiać czy zwymiotować. Aisha powiedziała, że z jej tajnych źródeł informacji (tia, ciekawe jakich) jutro powinny pokazać się pierwsze sesje zdjęciowe jak ten set wygląda.
Wyruszyliśmy w stronę wioski Calluso. Naszym zadaniem jest sprowadzić Karu do Sandri, bo Emi i Vapor chcą z nim pomówić. Zabrałem Śnieżynkę ze sobą, tak samo jak Lorien swoją Lorienkę. Nie no oryginalna nazwa. Gdy go pytałem o to oburzony mówił, iż to pomysł Mayi. Idąc w upale, przez tę pustynie zastanawiałem się czy będziemy mieli siły walczyć tam, bo na pewno od tak nas do niego jego ludzie nie puszczą. Staliśmy dokładnie pod miastem. Chyba wcześniej nie pisałem, ale ta wioska znajduję się w powietrzu i jest utrzymywana przez siłę El. Dzięki magii Aishy dostaliśmy się na górę. Wioska na prawdę wygląda pięknie, pełno zieleni i domy wybudowane grupkami. Idąc dalej spotkaliśmy wojowników stąd. Na nasze nieszczęście to byli ludzie. Osobiście nigdy człowieka nie zabiłem, tylko demony czy mroczne elfy. Rena chciała nawiązać z nimi kontakt jakiś, jednak szybko dali nam do zrozumienia, iż pokojowo dogadać się z nimi nie da.
-Dobra skoro tak stawiają sprawę to nie mamy wyboru. - dałem znak Lorienowi, iż może robić swoje czyli Dread poszedł w ruch. Od razu padli na ziemię i kulili się z bólu.
-Elsword! Lorien! Odbiło wam? To są ludzie! - krzyknęła do nas Aisha i widać w jej oczach było przerażenie i zdenerwowanie.
-No i? Sama widziałaś. Pierwsi nas zaatakowali, a ja skóry im dawać nie będę.
-To co, zabijesz ich?
-Tak, jeśli będę do tego zmuszony. - już chciała podejść do mnie i uderzyć, jednak Rena ją zatrzymała i mówiła jej, iż mam rację. Ta oczywiście się sprzeciwiała.
-Rena daj spokój, jej nie przemówisz. Jest zbyt łagodna i nigdy nie odważy się zaatakować w pełni swoją magią człowieka, nawet jeśli będzie zależeć od tego jej czy kogoś innego życie. - Raven poszedł przed siebie wyciągając miecz, Lorien załadował amunicję i powiedział, iż razem z Ravenem pójdą pierwsi. Kiwnąłem głową i udali się przed siebie. Zaraz potem Ara podeszła do mnie.
-Ruszamy? - zapytała niepewnie i spojrzała na mnie, a potem na Rene i Zeki.
-Ta. - odparłem i spojrzałem na dziewczyny. Zmierzyłem Zeki chłodnym spojrzeniem i razem z Arą pobiegliśmy za chłopakami.
-Naprawdę odważysz się zabić człowieka?
-To się okaże czy będę do tego zmuszony.
Przemierzając przez wioskę trafialiśmy na różnych wojowników. Wietrzne bestie, wojownicy z tarczami lub samymi włóczniami, jakieś ninja, czy kimkolwiek oni byli, zabójcy i magowie przywołujących wietrzne motyle. Podczas walk z nimi denerwowali mnie magowie i inni, którzy siła wiatru przyciągali, odciągali nas i nasze ataki. Każdy walczył wszystkim co miał, aż w końcu dotarliśmy do Karu. Na szczęście nie byliśmy zmuszeni do zabijania. Jakoś mnie ten fakt cieszył.
Podczas walki z Karu musieliśmy się nieźle nagimnastykować, by go trafić i unikać jego ataków. Był świetnym wojownikiem, który posługuję się mieczem i magią. Podczas walki z nim, Ara starała się mu wytłumaczyć wszystko, jednak ten nie chciał słuchać. Upierał się, iż on ma rację. Z takimi ciężko się dogadać. W końcu udało się nam go pokonać. Powiedziałem mu, iż idzie z nami do Sandri i tam sobie porozmawia z Emirate. Myślałem, że będzie się sprzeciwiać, jednak do tego nie doszło i na spokojnie wróciliśmy do dziewczyn. Kazałem Aishy użyć magi, by nas zabrała na dół, a ona odpowiedziała 'nie'. Podszedłem do niej i złapałem za jej ramię na tyle mocno, że jęknęła cicho z bólu i szepnąłem jej do ucha, że ma nie odwalać cyrków tylko robiła co każe, bo mam dość jej zachowania. Tłumiła w sobie złość, jednak ze względu, iż są tu inni użyła magi teleportacyjnej od razu do miasta. Poszliśmy do Emirate i tam sobie obydwoje dyskutowali. Niezapomniana chwila, to mina Karu gdy dowiedział się, co Karis uknuła i zrobiła. Zaraz potem nas przeprosił i zapewnił, iż jeśli będziemy potrzebować pomocy to nam jej udzielą. Z czasem wrócił do wioski, a każdy z nas skierował się gdzie indziej.
Zeki chciała wejść do swojego pokoju, jednak ja wcześniej chwyciłem ją za rękę i powiedziałem, iż musimy porozmawiać. Odpysknęła tylko, że nie ma ochoty na rozmowę, więc siłą ją zabrałem i wepchnąłem do swojego pokoju i zamknąłem.
-Co ty odwalasz dzisiaj, co? - założyłem ręce i oparłem się o drzwi.
-Jesteś mordercą! Zabiłeś dziś niewinnych ludzi! - wykrzyczała wściekła i patrzała na mnie z nienawiścią.
-Dobrze wiedzieć, bo jakoś nie przypominam sobie bym zabijał dziś kogokolwiek.
-Jasne. Jesteś zdolny do wszystkiego!
-To idź i zapytaj się tych co byli na polu walki czy kogoś zabiłem. Jestem ciekaw, co zrobisz jak powiedzą ci jak przebiegała walka. - otworzyłem drzwi na oścież, a ona szybkim krokiem z niego wyszła.
Popołudnie spędziłem z Arą na arenie treningowej. Przyjemnie minął ten czas i przećwiczyliśmy nasze zdolności. W przerwach rozmawialiśmy o naszych specjalnych umiejętnościach. Wracając do pałacu natknąłem się na grupkę ludzi, z których rozpoznałem Giio, a reszty nie kojarzyłem. Podszedłem do nich i przywitałem się z łuczniczką. Z uśmiechem mnie przywitała i powiedziała, że to są nowi ludzie od nas i przyszli na misję. Każdy po kolei się przedstawił i teraz mogłem jakoś ich odróżnić i po kojarzyć, kto jest kim. Sympatyczna grupka ludzi, mam nadzieję, iż nie nawalą podczas misji. Pogadaliśmy trochę i wróciłem do pałacu.
Na dziedzińcu Lorien i Ara bawili się razem z Lorienką i Śnieżynką. To mnie zdziwiło, co ona tam robi. Podszedłem do nich i Wyrocznia od razu podbiegła do mnie i rzuciła w ramiona. Chung i Ara uśmiechnęli się i pogadaliśmy o naszych zwierzakach trochę, a potem poszliśmy na kolację. Aisha o czymś dyskutowała z Ravenem. No tak, racja miała się doinformować. Gdy usiedliśmy, Aisha podeszła do mnie i szepnęła przepraszam, a ja jej odpowiedziałem, iż na moje wybaczenie musi sobie zasłużyć. Uderzyła lekko w ramię i usiadła obok mnie. Po kolacji, razem z Zeki i Śnieżynką wróciliśmy do pokoju. Od razu się do mnie przytuliła i znowu przeprosiła za jej odpały wcześniej. Wyjaśniłem jej kilka spraw i do późnej godziny zajmowałem się nią.
niedziela, 24 lutego 2013
Wpis7
Gdy tylko znaleźliśmy się w Hamel od razu skierowaliśmy się do świątyni, w której miała się odbyć msza pogrzebowa. Podczas drogi mijaliśmy wielu ludzi, którzy składali kondolencję. Dziwiło mnie to, bo jakoś rodziną nie byliśmy tylko gildia i to na taki krótki czas. Na miejscu spotkaliśmy Ravena, który od razu mi zakomunikował iż chce bym mu to wszystko opowiedział. Przytaknąłem i weszliśmy do środka. Tam, spotkaliśmy rodzinę łuczniczki. Miała siostrzyczkę, góra jakieś 10lat. Aż coś mnie tknęło w środku. Tak samo było kiedyś ze mną i moją siostrą...
Złożyliśmy kondolencję, po czym ja osobiście przeprosiłem iż do tego doszło. Włączył się też Lorien, jednak oni powiedzieli, iż nie mamy się tym tak obciążać, gdyż na polu walki wszystko może się wydarzyć. Chwile potem, mała dziewczynka podeszła do nas i wręczyła po lilii, taką jaką Shakti nosiła spiętą w kucyku i z lekkim uśmiechem powiedziała, iż jej siostra cały czas jest przy nas i pewnie nie chce nas widzieć zadręczających się tym, co się stało, tylko szli naprzód. Może i miała rację, jednak nie zastanawiałem się nad tym, bo msza się rozpoczęła.
Odeszliśmy dalej i od razu Penentio się do nas dowalił. Współczuł nam, po czym dodał iż kilka oddziałów stąd podeśle do obrony Sandrii. Już chciałem mu coś powiedzieć ale Aisha mnie powstrzymała. Gdy odszedł Raven chciał ze mną mówić na osobności.
Poszliśmy do parku, usiedliśmy na ławce i zacząłem mu mówić, co się wydarzyło. Skończywszy dodał iż nie dziwi się, że tak to przeżywam.
-Myślałem nad wycofaniem się z misji. - rzuciłem i spojrzałem na ptaki śpiewające na drzewie.
-Wycofamy się i co dalej? Chcesz by było więcej ofiar? Dobrze wiesz iż jeśli my nie będziemy na polu walki to straty będą ogromne. - po części miał rację, jednak i tak. Nie chce już niczyjej śmierci widzieć, nie bliskich mi ludzi.
-Nie wiem czy damy sobie radę z tym. Jest ciężej jak w Hamel.
-Masz rację, jednak nie możemy się wycofać. Wracam z wami do Sandri i pomyślimy co dalej. - teraz mi się przypomniało o turnieju.
-Które miejsce? - zapytałem zaciekawiony, a on oparł sie o oparcie ławki i westchnął.
-Drugie. - pogratulowałem mu po czym wróciliśmy do reszty, która czekała na nas koło Aranki
W pałacu omawialiśmy obecną sytuację. Kolejnym miejscem odwiedzin jest wioska Calluso. Z Karu trzeba będzie wyjaśnić kilka spraw jak to było z Chieftem. Gdy już to omówiliśmy wróciłem do siebie i tam Śnieżynka od razu wskoczyła na mnie z takim rozpędem, że mnie przewróciła. Spytałem ja czy jest normalna po czym z radością wygodnie usiadła na mnie i powiedziała, że Avalac i reszta znaleźli Eve. Od razu rzuciłem jej mase pytań, a ona tylko powiedziała, że zahibernował się. Z jednej strony spoko, jeden problem mniej z drugiej, wolałem usłyszeć, że jest na złomowisku. Jak już Śnieżynka ze mnie zeszła, wstałem by znowu wylądować na ziemi tyle, że od przodu. Z hukiem weszła Aisha i energicznie otworzyła drzwi, że mnie popchnęło do przodu. Przeprosiła tylko i wygodnie usiadła sobie na fotelu. Spojrzałem na nią zirytowany, po czym z tym wkurzającym czasem, radosnym uśmiechem oznajmiła, iż mam ją gdzieś zabrać. Się jej kurde zachciało łazić czy kto wie, czego ona chce. Wstałem, doprowadziłem się do porządku i powiedziałem nie. Zaraz potem zaczęła mi wytykać błędy, że jej czasu nie poświęcam i inne bajery jakieś.
-Jak coś nie jest po twojemu, to zrobisz wszystko by przekonać drugą osobę.
-Ale to prawda. - rzuciła oburzona i założyła ręce.
-Ja...sne. - położyłem się na łóżku i patrzałem w sufit. - Nie mam ochoty nigdzie łazić. Pogadaj z Reną albo Arą.
-Z nimi dziennie chodzę na zakupy. - to tłumaczy, że nigdy nie ma kasy na nic. - No misiek ładnie proszę. - spojrzałem na nią kątem oka i pokręciłem głową na znak, że nie. - W takim razie idę do siebie, do innego misia się przytulić.
-To idź skoro wolisz rzecz od osoby. - podeszła do mnie i przyłożyła w głowę, po czym odwróciła się i skierowała do drzwi. - Jak chcesz się wyżyć to na czym innym, dobra. - trzymałem się za bolące miejsce i obserwowałem ją.
-Nienawidzę cię!!! - krzyknęła i trzasnęła drzwiami. Tia, cała Aisha i uroki bycia z kimś.
Leżałem jakiś czas, aż zasnąłem i przebudziłem się na wieczór. Nie wiem skąd ani dlaczego ale lewe oko zaczęło mnie strasznie palić. Behlior od razu oznajmił, iż poziom mocy jest za wysoki i trzeba coś z tym zrobić. Świetnie, teraz muszę pilnować siebie by nie stać się psychopatycznym rzeźnikiem podczas walki. Gdy schodziłem na dół, spotkałem Loriena, który dostał wiadomość iż do naszej gildii dołączyło dwóch RS'ów oraz, że Giio zostanie przysłana do Sandri jako zwiadowca i to nie wszystko. Miał ze sobą kartkę i wszystko czytał, a ja jak otumaniony człowiek go słuchałem. Gdy skończył odpowiedziałem 'aha' i zapytałem czy mogę tę kartkę. Oddał mi ją i razem weszliśmy do jadalni. Czasem jak tak patrze na ten stół to mi niedobrze się robi. Dostrzegłem, iż Aisha siedziała razem z tym swoim przytulasiem i jak na złość tuliła się bezczelnie przy mnie po czym pokazała język i się zaśmiała. Wyrzucę go normalnie, wyrzucę i... albo nie, bo będzie się wydzierać na całe miasto. Po kolacji Ara zapytała mnie czy w wolnej chwili pomogę jej podczas treningu. Zgodziłem się, bo i tak większość dnia mam wolnego. Idąc korytarzem, Aisha wskoczyła mi na plecy i zawiesiła ręce na karku, nadal trzymając 'to' w dłoni.
-Weź zabierz go z dala ode mnie, bo go wykopie na próg.
-Oj tam oj tam. - uśmiechnęła się i zeszła ze mnie.
-Już ci przeszło? - spojrzałem na nią zdziwiony.
-Nie. - uśmiech zniknął i łapką misia puknęła mnie w czoło. - Kiedy poświecisz mi trochę czasu co? - założyłem ręce i myślałem, co jej odpowiedzieć.
-Może za trzy miesiące. - już chciała mnie uderzyć przytulasiem, jednak udało mi się go wyrwać z jej ręki i dźwignąłem do góry.
-Oddaj!
-To sobie go weź. - akurat to jest jedyna rzecz co mnie bawi w niej. Jest niskiego wzrostu i z tego idzie czasem podokuczać Skakała i dosięgnąć nie umiała.
-To nie fair! Jesteś wyższy!
-A widzisz trzeba było się odżywiać prawidłowo za dziecka, to byś nie była takim kurduplem. - zirytowana zmierzyła mnie spojrzeniem i niespodziewanie zamachnęła się ręką by mnie uderzyć. W ostatniej chwili złapałem ją za nadgarstek i szarpnąłem do siebie. - Mówiłem ci, że ta ręką nie służy do bicia mnie.
-Takie sprawy załatwiajcie w pokoju młodzi. - już chcieliśmy się pocałować, gdy za plecami usłyszeliśmy głos Ravena. Spojrzeliśmy na niego i Rene, co była obok.
-To ja wole nie wiedzieć, co będzie się działo w twoim. - uśmiechnąłem się wrednie do niego, Aisha zaśmiała, Rena się zarumieniła, a Raven patrzał na mnie z chęcią mordu.
-Mówiłem ci już że...
-Się tylko przyjaźnicie bla bla bla. Jaaaasne. - do góry właśnie wchodziła Ara i Chung zagadani i spojrzeli na nas. - No, to widzę każdy zapewnił sobie mile spędzony wieczór, a może i noc. - na ostatnich słowach spojrzałem na Ravena i Rene. Ta to dopiero była wkurzona, wyglądała jakby zjadła papryczki chili. Zabrałem się z Aishą do pokoju, a im dałem święty spokój.
Złożyliśmy kondolencję, po czym ja osobiście przeprosiłem iż do tego doszło. Włączył się też Lorien, jednak oni powiedzieli, iż nie mamy się tym tak obciążać, gdyż na polu walki wszystko może się wydarzyć. Chwile potem, mała dziewczynka podeszła do nas i wręczyła po lilii, taką jaką Shakti nosiła spiętą w kucyku i z lekkim uśmiechem powiedziała, iż jej siostra cały czas jest przy nas i pewnie nie chce nas widzieć zadręczających się tym, co się stało, tylko szli naprzód. Może i miała rację, jednak nie zastanawiałem się nad tym, bo msza się rozpoczęła.
Odeszliśmy dalej i od razu Penentio się do nas dowalił. Współczuł nam, po czym dodał iż kilka oddziałów stąd podeśle do obrony Sandrii. Już chciałem mu coś powiedzieć ale Aisha mnie powstrzymała. Gdy odszedł Raven chciał ze mną mówić na osobności.
Poszliśmy do parku, usiedliśmy na ławce i zacząłem mu mówić, co się wydarzyło. Skończywszy dodał iż nie dziwi się, że tak to przeżywam.
-Myślałem nad wycofaniem się z misji. - rzuciłem i spojrzałem na ptaki śpiewające na drzewie.
-Wycofamy się i co dalej? Chcesz by było więcej ofiar? Dobrze wiesz iż jeśli my nie będziemy na polu walki to straty będą ogromne. - po części miał rację, jednak i tak. Nie chce już niczyjej śmierci widzieć, nie bliskich mi ludzi.
-Nie wiem czy damy sobie radę z tym. Jest ciężej jak w Hamel.
-Masz rację, jednak nie możemy się wycofać. Wracam z wami do Sandri i pomyślimy co dalej. - teraz mi się przypomniało o turnieju.
-Które miejsce? - zapytałem zaciekawiony, a on oparł sie o oparcie ławki i westchnął.
-Drugie. - pogratulowałem mu po czym wróciliśmy do reszty, która czekała na nas koło Aranki
W pałacu omawialiśmy obecną sytuację. Kolejnym miejscem odwiedzin jest wioska Calluso. Z Karu trzeba będzie wyjaśnić kilka spraw jak to było z Chieftem. Gdy już to omówiliśmy wróciłem do siebie i tam Śnieżynka od razu wskoczyła na mnie z takim rozpędem, że mnie przewróciła. Spytałem ja czy jest normalna po czym z radością wygodnie usiadła na mnie i powiedziała, że Avalac i reszta znaleźli Eve. Od razu rzuciłem jej mase pytań, a ona tylko powiedziała, że zahibernował się. Z jednej strony spoko, jeden problem mniej z drugiej, wolałem usłyszeć, że jest na złomowisku. Jak już Śnieżynka ze mnie zeszła, wstałem by znowu wylądować na ziemi tyle, że od przodu. Z hukiem weszła Aisha i energicznie otworzyła drzwi, że mnie popchnęło do przodu. Przeprosiła tylko i wygodnie usiadła sobie na fotelu. Spojrzałem na nią zirytowany, po czym z tym wkurzającym czasem, radosnym uśmiechem oznajmiła, iż mam ją gdzieś zabrać. Się jej kurde zachciało łazić czy kto wie, czego ona chce. Wstałem, doprowadziłem się do porządku i powiedziałem nie. Zaraz potem zaczęła mi wytykać błędy, że jej czasu nie poświęcam i inne bajery jakieś.
-Jak coś nie jest po twojemu, to zrobisz wszystko by przekonać drugą osobę.
-Ale to prawda. - rzuciła oburzona i założyła ręce.
-Ja...sne. - położyłem się na łóżku i patrzałem w sufit. - Nie mam ochoty nigdzie łazić. Pogadaj z Reną albo Arą.
-Z nimi dziennie chodzę na zakupy. - to tłumaczy, że nigdy nie ma kasy na nic. - No misiek ładnie proszę. - spojrzałem na nią kątem oka i pokręciłem głową na znak, że nie. - W takim razie idę do siebie, do innego misia się przytulić.
-To idź skoro wolisz rzecz od osoby. - podeszła do mnie i przyłożyła w głowę, po czym odwróciła się i skierowała do drzwi. - Jak chcesz się wyżyć to na czym innym, dobra. - trzymałem się za bolące miejsce i obserwowałem ją.
-Nienawidzę cię!!! - krzyknęła i trzasnęła drzwiami. Tia, cała Aisha i uroki bycia z kimś.
Leżałem jakiś czas, aż zasnąłem i przebudziłem się na wieczór. Nie wiem skąd ani dlaczego ale lewe oko zaczęło mnie strasznie palić. Behlior od razu oznajmił, iż poziom mocy jest za wysoki i trzeba coś z tym zrobić. Świetnie, teraz muszę pilnować siebie by nie stać się psychopatycznym rzeźnikiem podczas walki. Gdy schodziłem na dół, spotkałem Loriena, który dostał wiadomość iż do naszej gildii dołączyło dwóch RS'ów oraz, że Giio zostanie przysłana do Sandri jako zwiadowca i to nie wszystko. Miał ze sobą kartkę i wszystko czytał, a ja jak otumaniony człowiek go słuchałem. Gdy skończył odpowiedziałem 'aha' i zapytałem czy mogę tę kartkę. Oddał mi ją i razem weszliśmy do jadalni. Czasem jak tak patrze na ten stół to mi niedobrze się robi. Dostrzegłem, iż Aisha siedziała razem z tym swoim przytulasiem i jak na złość tuliła się bezczelnie przy mnie po czym pokazała język i się zaśmiała. Wyrzucę go normalnie, wyrzucę i... albo nie, bo będzie się wydzierać na całe miasto. Po kolacji Ara zapytała mnie czy w wolnej chwili pomogę jej podczas treningu. Zgodziłem się, bo i tak większość dnia mam wolnego. Idąc korytarzem, Aisha wskoczyła mi na plecy i zawiesiła ręce na karku, nadal trzymając 'to' w dłoni.
-Weź zabierz go z dala ode mnie, bo go wykopie na próg.
-Oj tam oj tam. - uśmiechnęła się i zeszła ze mnie.
-Już ci przeszło? - spojrzałem na nią zdziwiony.
-Nie. - uśmiech zniknął i łapką misia puknęła mnie w czoło. - Kiedy poświecisz mi trochę czasu co? - założyłem ręce i myślałem, co jej odpowiedzieć.
-Może za trzy miesiące. - już chciała mnie uderzyć przytulasiem, jednak udało mi się go wyrwać z jej ręki i dźwignąłem do góry.
-Oddaj!
-To sobie go weź. - akurat to jest jedyna rzecz co mnie bawi w niej. Jest niskiego wzrostu i z tego idzie czasem podokuczać Skakała i dosięgnąć nie umiała.
-To nie fair! Jesteś wyższy!
-A widzisz trzeba było się odżywiać prawidłowo za dziecka, to byś nie była takim kurduplem. - zirytowana zmierzyła mnie spojrzeniem i niespodziewanie zamachnęła się ręką by mnie uderzyć. W ostatniej chwili złapałem ją za nadgarstek i szarpnąłem do siebie. - Mówiłem ci, że ta ręką nie służy do bicia mnie.
-Takie sprawy załatwiajcie w pokoju młodzi. - już chcieliśmy się pocałować, gdy za plecami usłyszeliśmy głos Ravena. Spojrzeliśmy na niego i Rene, co była obok.
-To ja wole nie wiedzieć, co będzie się działo w twoim. - uśmiechnąłem się wrednie do niego, Aisha zaśmiała, Rena się zarumieniła, a Raven patrzał na mnie z chęcią mordu.
-Mówiłem ci już że...
-Się tylko przyjaźnicie bla bla bla. Jaaaasne. - do góry właśnie wchodziła Ara i Chung zagadani i spojrzeli na nas. - No, to widzę każdy zapewnił sobie mile spędzony wieczór, a może i noc. - na ostatnich słowach spojrzałem na Ravena i Rene. Ta to dopiero była wkurzona, wyglądała jakby zjadła papryczki chili. Zabrałem się z Aishą do pokoju, a im dałem święty spokój.
piątek, 22 lutego 2013
wtorek, 19 lutego 2013
Wpis6 Oczami Chunga
Rena starała się jak mogła by mnie pocieszyć, jednak to takie łatwe nie
jest. Po raz kolejny, na moich oczach zginęła bliska mi osoba.
Poprosiłem Rene, by zostawiła mnie samego, bo teraz wole ciszę i spokój.
Z smutnym wyrazem twarzy odeszła, a ja zostałem sam z swoimi myślami.
Po jakimś czasie przyszedł Elsword i podobnie jak Rena starał się jakoś mnie podnieść na duchu. Ammo otworzył drzwi na oścież i u progu, niepewnie wychyliła się główka, a potem łapki jakiegoś zwierzątka. Patrzałem zaciekawiony, co to jest? Chwile potem, w pełnej okazałości ujrzałem mała lisiczkę, podobną do tej od Elsworda. Powiedział jej, iż ja będę się nią zajmować i od razu podbiegła do mnie i przytuliła do ręki. Byłem w szoku. Pierwszy raz tak miła niespodzianka mnie spotkała. Od niepamiętnych czasów uśmiechnąłem się i pogłaskałem zwierzątko. Gdy wychodził w drzwiach stanęła Maya. Teraz to już kompletnie nie wiedziałem jak się zachować. Elsword... on... jak chce to na prawdę zrobi wszystko dla przyjaciół. Chwile potem zamknęły się drzwi i Maya podbiegła do mnie i przytuliła. Widać było, iż bardzo się stęskniła. Pytała mnie, co się stało i dlaczego tak mało do niej pisałem. Opowiedziałem jej wszystko, wytłumaczyłem i na koniec siedzieliśmy przez długi czas przytuleni do siebie. Na chwile moje serce znalazło ukojenie. Lisiczka też chciała się wcisnąć, co wyglądało zabawnie. Maya myślała nad jej imieniem. Ja nie miałem bladego pojęcia jak ją nazwać. W końcu rzuciła Lorienka. Spojrzałem na nią zdziwiony, a potem rozbawiona utwierdziła, iż tak będzie się zwać. Miło, że będzie mieć moje imię...
Następnego dnia Maya i reszta dziewczyn zaczęły gadać jak najęte. One zawsze znajdą ciekawe tematy do rozmów. By wyrwać się od tego, razem z Elsem wymyśliliśmy bajeczki i poszliśmy na miasto. Trochę głupio tak kłamać no ale siła wyższa. Rozmawialiśmy o gildii na spokojnie i zastanawialiśmy się jak sobie radzą. W centrum Sandri spotkaliśmy Misubi i wypytaliśmy o ważniejsze sprawy. Ulżyło nam, gdy się dowiedzieliśmy iż jest wszystko w porządku. Kilka chwil potem wspomniało nam się o turnieju. Jak idioci wybiegliśmy z centrum miasta i skierowaliśmy się do pałacu. Jak tylko włączyliśmy telewizor i zobaczyliśmy, iż jest przerwa padliśmy na kanapę. Do samej kolacji gadaliśmy jak nakręceni o tym, a gdy tak nas dziewczyny słuchały to nie wiedziały co powiedzieć.
-W ogóle, tamten gość oszukiwał.
-Jak do mnie jechał na eliksirze wytrzymałości.
-Na bank. Przecież nie możliwe stać w Storm Blade Type H i dostawać takie obrażenia, choćby nic.
-Oby Raven wygrał. - dokończyłem ostatnią kanapkę i popiłem herbatą.
-Wygra, a jak nie to będzie drugie miejsce też dobrze. Znaczy ja bym się cieszył... - wygodnie Els oparł się o krzesło i postawił nogi na stole.
-Elsword nogi ze stołu. - Rena spiorunowała go spojrzeniem, a on nic.
-Tak mamo już. - jak na złość jej założył nogę na nogę i bujał się na krześle.
-Podejdę do ciebie i ja nie żartuje.
-Weź na luz. Nie robie nic złego. - przywołał Cornwella i zaczął nim podrzucać.
-Jeśli myślisz, że wystraszę się twojego miecza to się mylisz.
-Hę? Nie przywołałem go by cię postraszyć. - wybuchnął chwile potem śmiechem i dalej bawił się mieczem. Nie wiedziałem czy się wtrącać czy nie ale Renie skoczyło ciśnienie, bo już wyłamała łyżeczkę w dłoni. - Dobraaaa, to ja idę do siebie. - odwołał miecz, zabrał nogi ze stołu i skierował się w stronę pokoi. Chwilę potem Aisha pobiegła za nim, a Maya obok mnie zaśmiała się cichutko. Spojrzałem na nią pytająco.
-Nie umieją żyć bez siebie. Ta dwójka. - no tu miała rację.
-Niech go lepiej Aisha podszlifuje, bo znowu zachowuje się jak...
-Wolisz by był przygnębiony i zamyślony jak wczoraj? Podobnie jak Chung?
Pierwszy raz publicznie głos zabrała Ara. Akurat tu miała rację po części. Elfka westchnęła tylko, pożegnała się z nami i wyszła. Chwile potem Ara, a potem ja z Mayą.
W pokoju rozmawialiśmy i bawiliśmy się z Lorienką (no jak to dziwnie brzmi pisząc jej imię). Przynajmniej dzięki nim jakoś nie miła atmosfera znikła. Przynajmniej teraz.
Po jakimś czasie przyszedł Elsword i podobnie jak Rena starał się jakoś mnie podnieść na duchu. Ammo otworzył drzwi na oścież i u progu, niepewnie wychyliła się główka, a potem łapki jakiegoś zwierzątka. Patrzałem zaciekawiony, co to jest? Chwile potem, w pełnej okazałości ujrzałem mała lisiczkę, podobną do tej od Elsworda. Powiedział jej, iż ja będę się nią zajmować i od razu podbiegła do mnie i przytuliła do ręki. Byłem w szoku. Pierwszy raz tak miła niespodzianka mnie spotkała. Od niepamiętnych czasów uśmiechnąłem się i pogłaskałem zwierzątko. Gdy wychodził w drzwiach stanęła Maya. Teraz to już kompletnie nie wiedziałem jak się zachować. Elsword... on... jak chce to na prawdę zrobi wszystko dla przyjaciół. Chwile potem zamknęły się drzwi i Maya podbiegła do mnie i przytuliła. Widać było, iż bardzo się stęskniła. Pytała mnie, co się stało i dlaczego tak mało do niej pisałem. Opowiedziałem jej wszystko, wytłumaczyłem i na koniec siedzieliśmy przez długi czas przytuleni do siebie. Na chwile moje serce znalazło ukojenie. Lisiczka też chciała się wcisnąć, co wyglądało zabawnie. Maya myślała nad jej imieniem. Ja nie miałem bladego pojęcia jak ją nazwać. W końcu rzuciła Lorienka. Spojrzałem na nią zdziwiony, a potem rozbawiona utwierdziła, iż tak będzie się zwać. Miło, że będzie mieć moje imię...
Następnego dnia Maya i reszta dziewczyn zaczęły gadać jak najęte. One zawsze znajdą ciekawe tematy do rozmów. By wyrwać się od tego, razem z Elsem wymyśliliśmy bajeczki i poszliśmy na miasto. Trochę głupio tak kłamać no ale siła wyższa. Rozmawialiśmy o gildii na spokojnie i zastanawialiśmy się jak sobie radzą. W centrum Sandri spotkaliśmy Misubi i wypytaliśmy o ważniejsze sprawy. Ulżyło nam, gdy się dowiedzieliśmy iż jest wszystko w porządku. Kilka chwil potem wspomniało nam się o turnieju. Jak idioci wybiegliśmy z centrum miasta i skierowaliśmy się do pałacu. Jak tylko włączyliśmy telewizor i zobaczyliśmy, iż jest przerwa padliśmy na kanapę. Do samej kolacji gadaliśmy jak nakręceni o tym, a gdy tak nas dziewczyny słuchały to nie wiedziały co powiedzieć.
-W ogóle, tamten gość oszukiwał.
-Jak do mnie jechał na eliksirze wytrzymałości.
-Na bank. Przecież nie możliwe stać w Storm Blade Type H i dostawać takie obrażenia, choćby nic.
-Oby Raven wygrał. - dokończyłem ostatnią kanapkę i popiłem herbatą.
-Wygra, a jak nie to będzie drugie miejsce też dobrze. Znaczy ja bym się cieszył... - wygodnie Els oparł się o krzesło i postawił nogi na stole.
-Elsword nogi ze stołu. - Rena spiorunowała go spojrzeniem, a on nic.
-Tak mamo już. - jak na złość jej założył nogę na nogę i bujał się na krześle.
-Podejdę do ciebie i ja nie żartuje.
-Weź na luz. Nie robie nic złego. - przywołał Cornwella i zaczął nim podrzucać.
-Jeśli myślisz, że wystraszę się twojego miecza to się mylisz.
-Hę? Nie przywołałem go by cię postraszyć. - wybuchnął chwile potem śmiechem i dalej bawił się mieczem. Nie wiedziałem czy się wtrącać czy nie ale Renie skoczyło ciśnienie, bo już wyłamała łyżeczkę w dłoni. - Dobraaaa, to ja idę do siebie. - odwołał miecz, zabrał nogi ze stołu i skierował się w stronę pokoi. Chwilę potem Aisha pobiegła za nim, a Maya obok mnie zaśmiała się cichutko. Spojrzałem na nią pytająco.
-Nie umieją żyć bez siebie. Ta dwójka. - no tu miała rację.
-Niech go lepiej Aisha podszlifuje, bo znowu zachowuje się jak...
-Wolisz by był przygnębiony i zamyślony jak wczoraj? Podobnie jak Chung?
Pierwszy raz publicznie głos zabrała Ara. Akurat tu miała rację po części. Elfka westchnęła tylko, pożegnała się z nami i wyszła. Chwile potem Ara, a potem ja z Mayą.
W pokoju rozmawialiśmy i bawiliśmy się z Lorienką (no jak to dziwnie brzmi pisząc jej imię). Przynajmniej dzięki nim jakoś nie miła atmosfera znikła. Przynajmniej teraz.
piątek, 15 lutego 2013
Wpis5
Wieczorem zszedłem na dół na kolacje. W sumie nie wiem po co, jak i tak
nic nie jestem w stanie przełknąć. Przy stole siedziały dziewczyny, nie
było Chunga czyli siedzi w pokoju u siebie. Panowała cisza i ciężka
atmosfera, nikomu teraz nie chciało się rozmawiać czy poprawić humor.
Siedzieliśmy tak przez jakiś czas. Aisha co jakiś czas przyglądała się
swoim paznokciom, Ara bawiła się winogronem, a Rena od czasu do czasu
stukała palcem o stół. W końcu zapytała o Chunga, powiedziałem iż pewnie
jest u siebie w pokoju. Od razu wstała i wyszła. Kilka chwil potem
przeprosiłem dziewczyny i sam wyszedłem kierując się do Emirate.
Chciałem, by powiadomił Penentia o zaistniałej sytuacji. Zrobił to, o co
go prosiłem i skierowałem się w drogę powrotną.
Gdy tak wracałem myślałem o tym wszystkim. Dlaczego zawsze to Chunga spotykają te najgorsze rzeczy? Czym on zawinił... W środku drogi zawróciłem się i pobiegłem do Aranki. Dzięki biletowi znalazłem się w Hamel. Udałem się do domu Chunga.
W salonie zobaczyłem Maye. Nic się nie zmieniła za ten czas, poza tym iż ma na sobie avatara Unicorna. Powiedziałem jej, iż z Lorienem nie jest dobrze i że jedyną osobą która teraz może mu pomóc jest ona. Była wystraszona tym wszystkim. Bez chwili zwłoki udaliśmy się z powrotem do Sandri. Podczas drogi do pałacu zobaczyłem wyprzedaż zwierzaków. Lorien zawsze sam chodził na misję bez pomocy. Zmienimy to. Udałem się do tego sklepu i kupiłem mała lisiczkę, podobną do mojej Śnieżynki, jednak bez demonicznego pochodzenia.
Weszliśmy do pałacu i skierowaliśmy się do pokoju Chunga. Zapukałem i lekko otwarłem drzwi. Siedział na sofie i z smutnym wyrazem twarzy spojrzał na mnie, a ja oparłem się o futrynę.
-Wiem, że ci ciężko Lorien, jednak nie możemy wiecznie jej opłakiwać.
-Znałem ją trochę lepiej od ciebie wiesz..
-Pewnie masz racje, jednak i tak nie lubię patrzeć na ciebie w takim stanie, więc dlatego... - otworzyłem szerzej drzwi i niepewnym krokiem mala lisiczka wychyliła główkę i spojrzała do środka. Uśmiechnąłem się do niego, a on zszokowany spojrzał na mnie, a potem na małą. Lisiczka wejrzała na mnie i zacisnęła łapki na zawiasach drzwi. - On będzie twoim panem. Idź. - odwróciła głowę w jego kierunku i pobiegła dość szybko do niego i przytuliła. Po chwili na jego twarzy zagościł uśmiech i widać było, że jest aby teraz szczęśliwy. - Nazwij ją odpowiednio. - odwróciłem się by wyjść. Maya stała cały czas z boku. Kiwnąłem do niej głową i weszła do pokoju, a ja zamknąłem za nią drzwi. Oby ona coś poradziła na to.
W swoim pokoju rozmawiałem z Śnieżynką o tym wszystkim. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż muszę napisać specjalny formularz o śmierci członka gildii. Pustka nadal po niej pozostała i pozostanie jeszcze przez jakiś czas.
Następnego dnia już ochłonąłem z tym wszystkim, co się wydarzyło. Lorien też wydaje się pogodził z tym. Emi powiadomił nas iż zabiorą ciało Shakti do Hamel i tam odbędzie się jutro pogrzeb. Podziękowałem mu i cała nasza ekipa wyszła do ogrodu i tam usiedliśmy na ławkach, znaczy dziewczyny usiadły, bo ja i Lorien opieraliśmy się o oparcie. Zaczęły znowu plotkować o tutejszej modzie o wyglądach innych. Wymieniłem spojrzenie z Lorienem i wybuchnęliśmy śmiechem. Te od razu do nas z czego się śmiejemy. By wyrwać się nagadaliśmy im, że musimy iść do kowala i inne takie bajery, które kupiły. Po drodze wspominaliśmy o Shakti i innych ludziach z gildii. Mieliśmy nadzieję, że jakoś sobie radzą. W centrum miasta spotkaliśmy Misubi i zapytaliśmy, jak gildia się ma. Odparła z uśmiechem, iż dobrze sobie radzi i coraz to nowych ludzi przybywa. Cieszy fakt, że się rozwijamy jakoś. Pożegnaliśmy się i wtedy przypomnieliśmy sobie o turnieju i Ravenie. No pięknie... W ekspresowym tempie wróciliśmy do pałacu i szybko włączyliśmy telewizor. Akurat jest przerwa tam u nich, a my jak po maratonie padnięci usiedliśmy na kanapę i westchnęliśmy. Reszta dnia spędziliśmy na oglądaniu turnieju, dyskusjach potem i dzień się skończył.
Na wieczór po kolacji, Zeki przyszła do mnie z tym misiem. No teraz to sam siebie katuje, że jej go dałem. Zaczepiała mnie i tak jakoś miałem wrażenie, iż chce sprawdzić czy radzę sobie z tym wszystkim. Gdy już się jej znudziło, wróciła do siebie albo ja ją pogoniłem, bo musiałem kilka spraw przemyśleć. Głównie zadaje sobie pytanie czy zrezygnować z tej misji by już nikt z nas nie cierpiał. Muszę z Raven pogadać, bo on ma większe doświadczenie ode mnie.
Gdy tak wracałem myślałem o tym wszystkim. Dlaczego zawsze to Chunga spotykają te najgorsze rzeczy? Czym on zawinił... W środku drogi zawróciłem się i pobiegłem do Aranki. Dzięki biletowi znalazłem się w Hamel. Udałem się do domu Chunga.
W salonie zobaczyłem Maye. Nic się nie zmieniła za ten czas, poza tym iż ma na sobie avatara Unicorna. Powiedziałem jej, iż z Lorienem nie jest dobrze i że jedyną osobą która teraz może mu pomóc jest ona. Była wystraszona tym wszystkim. Bez chwili zwłoki udaliśmy się z powrotem do Sandri. Podczas drogi do pałacu zobaczyłem wyprzedaż zwierzaków. Lorien zawsze sam chodził na misję bez pomocy. Zmienimy to. Udałem się do tego sklepu i kupiłem mała lisiczkę, podobną do mojej Śnieżynki, jednak bez demonicznego pochodzenia.
Weszliśmy do pałacu i skierowaliśmy się do pokoju Chunga. Zapukałem i lekko otwarłem drzwi. Siedział na sofie i z smutnym wyrazem twarzy spojrzał na mnie, a ja oparłem się o futrynę.
-Wiem, że ci ciężko Lorien, jednak nie możemy wiecznie jej opłakiwać.
-Znałem ją trochę lepiej od ciebie wiesz..
-Pewnie masz racje, jednak i tak nie lubię patrzeć na ciebie w takim stanie, więc dlatego... - otworzyłem szerzej drzwi i niepewnym krokiem mala lisiczka wychyliła główkę i spojrzała do środka. Uśmiechnąłem się do niego, a on zszokowany spojrzał na mnie, a potem na małą. Lisiczka wejrzała na mnie i zacisnęła łapki na zawiasach drzwi. - On będzie twoim panem. Idź. - odwróciła głowę w jego kierunku i pobiegła dość szybko do niego i przytuliła. Po chwili na jego twarzy zagościł uśmiech i widać było, że jest aby teraz szczęśliwy. - Nazwij ją odpowiednio. - odwróciłem się by wyjść. Maya stała cały czas z boku. Kiwnąłem do niej głową i weszła do pokoju, a ja zamknąłem za nią drzwi. Oby ona coś poradziła na to.
W swoim pokoju rozmawiałem z Śnieżynką o tym wszystkim. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż muszę napisać specjalny formularz o śmierci członka gildii. Pustka nadal po niej pozostała i pozostanie jeszcze przez jakiś czas.
Następnego dnia już ochłonąłem z tym wszystkim, co się wydarzyło. Lorien też wydaje się pogodził z tym. Emi powiadomił nas iż zabiorą ciało Shakti do Hamel i tam odbędzie się jutro pogrzeb. Podziękowałem mu i cała nasza ekipa wyszła do ogrodu i tam usiedliśmy na ławkach, znaczy dziewczyny usiadły, bo ja i Lorien opieraliśmy się o oparcie. Zaczęły znowu plotkować o tutejszej modzie o wyglądach innych. Wymieniłem spojrzenie z Lorienem i wybuchnęliśmy śmiechem. Te od razu do nas z czego się śmiejemy. By wyrwać się nagadaliśmy im, że musimy iść do kowala i inne takie bajery, które kupiły. Po drodze wspominaliśmy o Shakti i innych ludziach z gildii. Mieliśmy nadzieję, że jakoś sobie radzą. W centrum miasta spotkaliśmy Misubi i zapytaliśmy, jak gildia się ma. Odparła z uśmiechem, iż dobrze sobie radzi i coraz to nowych ludzi przybywa. Cieszy fakt, że się rozwijamy jakoś. Pożegnaliśmy się i wtedy przypomnieliśmy sobie o turnieju i Ravenie. No pięknie... W ekspresowym tempie wróciliśmy do pałacu i szybko włączyliśmy telewizor. Akurat jest przerwa tam u nich, a my jak po maratonie padnięci usiedliśmy na kanapę i westchnęliśmy. Reszta dnia spędziliśmy na oglądaniu turnieju, dyskusjach potem i dzień się skończył.
Na wieczór po kolacji, Zeki przyszła do mnie z tym misiem. No teraz to sam siebie katuje, że jej go dałem. Zaczepiała mnie i tak jakoś miałem wrażenie, iż chce sprawdzić czy radzę sobie z tym wszystkim. Gdy już się jej znudziło, wróciła do siebie albo ja ją pogoniłem, bo musiałem kilka spraw przemyśleć. Głównie zadaje sobie pytanie czy zrezygnować z tej misji by już nikt z nas nie cierpiał. Muszę z Raven pogadać, bo on ma większe doświadczenie ode mnie.
środa, 13 lutego 2013
Wpis4 Oczami Chunga
W nocy Sandria została zaatakowana. Wraz z przyjaciółmi szybko ruszyliśmy wytępić zamachowców, a następnie Emi wtajemniczył nas w sprawy polityczne. Potem przydzielił nam misję i tak rano wyruszyliśmy do jaskiń, gdzie mieszka klan Trock. Szybko pokonywaliśmy stawiany nam opór, aż do momentu, gdy na naszej drodze pojawił się duży pies czy cokolwiek to było. Rozbiegliśmy się i kazałem im atakować z wszystkich stron. Jak już go pokonaliśmy musieliśmy trochę odpocząć, bo padaliśmy z wyczerpania. Oczywiście Aisha marudziła, jak zwykle. Podczas dalszej drogi zostaliśmy niespodziewani zaatakowani i po pokonaniu wroga musieliśmy wrócić do miasta.
Emirate zaprowadził nas do Vapor i tam odpoczywaliśmy, a przy okazji słuchaliśmy jak alchemiczka opowiada o Chieftainie. Skupiłem się bardzo, gdy zaczęła mówić o jego stylu walki. Wypytywałem ją o najmniejsze szczegóły. Zdziwiona odpowiadała mi na wszystkie pytania. Skoro mamy z nim walczyć to potrzeba nam strategi, a w tym jestem dobry. Przynajmniej będę mógł zrobić coś więcej podczas walki...
Z samego rana kończyłem plan, który wczoraj opracowałem z Vapor. Z czasem przyszedł Elsword i zaczął o to pytać. Wyjaśniłem mu ogólnie wszystko i powiedziałem, iż Shakti oraz pewna nazoidka CN'ka idą z nami. Nie podobało mu się to, mi też w sumie ale innego sposobu nie ma. Jeśli go nie pokonamy to będzie wojna. Gdyby tylko Raven i Eve byli z nami... Gdy doszła reszta naszej grupy wyjaśniłem im co i jak, a następnie udaliśmy się do Chiefta.
Na sam początek przywitało nas kilka Trocków, których pozbyłem się Dreadem, a potem szliśmy do naszego głównego celu. Podczas skakania z platform wydarzył się mały wypadek i Rena nieźle na nas nawrzeszczała. Nasza wina, że tak się ubiera?
Dotarliśmy do naszego przeciwnika. Najpierw próbowaliśmy załatwić sprawę pokojowo, jednak Chieft nie był za tym i nas zaatakował. Wtedy rozpoczęliśmy strategię, którą opracowałem. Przeszedłem w tryb Berserka. Głównie atakowałem go z daleka, od czasu do czasu podbiegałem bliżej i wspierałem przyjaciół Fieldem oraz Markerem nałożonego na wroga. Stałem z tyłu i atakowałem z drugiej pozycji siege mode. Wszystko szło dobrze, jednak nie zakończyło się jak planowałem. Chieft zaatakował mnie demoniczną ręką i wleciałem do rzeki. Jak najszybciej starałem się z niej wygramolić, jednak jak już znalazłem się na powierzchni bezpieczny, nie miałem Berserka, a sam ledwo żyłem. Faktycznie ta rzeka odbiera energię życiowa i to w zabójczym tempie. Była przy mnie Shakti i starała się jakoś pomóc, dostrzegłem z jej strony troskę. Chwile potem podbiegł Elsword i pytał czy wszystko w porządku. Mówiłem, że tak jednak nadal się oni upierali na swoim. Prosiłem ich by wrócili do walki, bo jak teraz damy mu zyskać przewagę to nas wszystkich pozabija. Niechętnie Shakti mnie opuściła i włączyła się do walki. Z ledwością ładowałem moją broń. Traciłem powoli siły na wszystko. Jedyne, co mogłem robić to obserwować przebieg walki. Na naszą niekorzyść szaman zaatakował swoim atakiem odbierania życia i wybrał łuczniczkę z naszej gildii. Jeśli ona teraz choćby raz dostanie to będzie jej koniec. Wycofała się na bok w bezpieczne miejsce. Z minuty na minutę byłem coraz bardziej wyczerpany. Całe ciało przeszywały dreszcze. Dostrzegłem iż Chieft kieruje w moją stronę swój atak. Nawet jakbym chciał go uniknąć to na nic, nie miałem władzy nad ciałem. Teraz to patrzałem śmierci prosto w oczy, jednak... nie swojej.
Nie wiem jak do tego doszło, dlaczego to się wydarzyło. Shakti przyjęła na siebie atak, który odepchnął ją prosto w moim kierunku. Wtedy jakby wróciła mi trzeźwość umysłu. Leżała obok mnie, a ja zamarłem w bezruchu skupiając swój wzrok na niej. Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. Ostatkiem sił powiedziała, iż jest szczęśliwa, że mnie poznała, że doszła do naszej gildii oraz to, że nie mogę zginąć. Dźwignęła lekko rękę do góry, a potem opadła na ziemię, a ona sama zamknęła oczy i jej ciało leżało... martwe. Przez długi czas nie mogłem przyjąć do wiadomości, iż ona nie żyje, że poświęciła siebie by mnie ratować. Wróciły wspomnienia, gdy ją pierwszy raz poznałem i spotkałem kilka razy i rozmawiałem. Zawsze wesoła i radosna, nawet gdy umierała, za mnie, osobę co nawet dobrze nie znała. Zbliżyłem się do niej i drżącymi rękami wziąłem ją w swoje ramiona i przytuliłem do siebie. Łzy same po prostu leciały mi po twarzy. To chyba najgorsze chwile w moim życiu.
Z czasem podszedł do nas szaman, a za nim stał Elsword. Chieft skierował swoją dłoń w jej kierunku i pogłaskał po głowie, po czym powiedział przepraszam. Bolała mnie ta cała sytuacja. Pomimo, iż to on ją zabił, to jakoś nie czułem gniewu do niego, tylko do osoby co go kontrolowała. Zabije tę osobę lub kimkolwiek jest, za to co zrobiła.
Gdy tylko Aisha zebrała dość energii wróciliśmy do pałacu. Tam podeszli do nas Emi i Vapor, którzy zamarli gdy ujrzeli mnie, trzymającą Shakti na rękach. Mówili coś, jednak ja nie skupiałem na to swojej uwagi. Odparłem tylko, iż zabieram jej ciało do kostnicy i odszedłem od nich. Na miejscu, gdy odłożyłem jej ciało, po raz ostatni się jej przyglądałem, a potem rozpłakałem się tam i siedziałem tam przez jakiś czas.
Wieczorem wróciłem do swojego pokoju i tam leżałem w łóżku rozdarty od wewnątrz. Po jakimś czasie przyszła do mnie Rena i jak troskliwa matka, starała się mi pomóc z zaistniała sytuacją.
Emirate zaprowadził nas do Vapor i tam odpoczywaliśmy, a przy okazji słuchaliśmy jak alchemiczka opowiada o Chieftainie. Skupiłem się bardzo, gdy zaczęła mówić o jego stylu walki. Wypytywałem ją o najmniejsze szczegóły. Zdziwiona odpowiadała mi na wszystkie pytania. Skoro mamy z nim walczyć to potrzeba nam strategi, a w tym jestem dobry. Przynajmniej będę mógł zrobić coś więcej podczas walki...
Z samego rana kończyłem plan, który wczoraj opracowałem z Vapor. Z czasem przyszedł Elsword i zaczął o to pytać. Wyjaśniłem mu ogólnie wszystko i powiedziałem, iż Shakti oraz pewna nazoidka CN'ka idą z nami. Nie podobało mu się to, mi też w sumie ale innego sposobu nie ma. Jeśli go nie pokonamy to będzie wojna. Gdyby tylko Raven i Eve byli z nami... Gdy doszła reszta naszej grupy wyjaśniłem im co i jak, a następnie udaliśmy się do Chiefta.
Na sam początek przywitało nas kilka Trocków, których pozbyłem się Dreadem, a potem szliśmy do naszego głównego celu. Podczas skakania z platform wydarzył się mały wypadek i Rena nieźle na nas nawrzeszczała. Nasza wina, że tak się ubiera?
Dotarliśmy do naszego przeciwnika. Najpierw próbowaliśmy załatwić sprawę pokojowo, jednak Chieft nie był za tym i nas zaatakował. Wtedy rozpoczęliśmy strategię, którą opracowałem. Przeszedłem w tryb Berserka. Głównie atakowałem go z daleka, od czasu do czasu podbiegałem bliżej i wspierałem przyjaciół Fieldem oraz Markerem nałożonego na wroga. Stałem z tyłu i atakowałem z drugiej pozycji siege mode. Wszystko szło dobrze, jednak nie zakończyło się jak planowałem. Chieft zaatakował mnie demoniczną ręką i wleciałem do rzeki. Jak najszybciej starałem się z niej wygramolić, jednak jak już znalazłem się na powierzchni bezpieczny, nie miałem Berserka, a sam ledwo żyłem. Faktycznie ta rzeka odbiera energię życiowa i to w zabójczym tempie. Była przy mnie Shakti i starała się jakoś pomóc, dostrzegłem z jej strony troskę. Chwile potem podbiegł Elsword i pytał czy wszystko w porządku. Mówiłem, że tak jednak nadal się oni upierali na swoim. Prosiłem ich by wrócili do walki, bo jak teraz damy mu zyskać przewagę to nas wszystkich pozabija. Niechętnie Shakti mnie opuściła i włączyła się do walki. Z ledwością ładowałem moją broń. Traciłem powoli siły na wszystko. Jedyne, co mogłem robić to obserwować przebieg walki. Na naszą niekorzyść szaman zaatakował swoim atakiem odbierania życia i wybrał łuczniczkę z naszej gildii. Jeśli ona teraz choćby raz dostanie to będzie jej koniec. Wycofała się na bok w bezpieczne miejsce. Z minuty na minutę byłem coraz bardziej wyczerpany. Całe ciało przeszywały dreszcze. Dostrzegłem iż Chieft kieruje w moją stronę swój atak. Nawet jakbym chciał go uniknąć to na nic, nie miałem władzy nad ciałem. Teraz to patrzałem śmierci prosto w oczy, jednak... nie swojej.
Nie wiem jak do tego doszło, dlaczego to się wydarzyło. Shakti przyjęła na siebie atak, który odepchnął ją prosto w moim kierunku. Wtedy jakby wróciła mi trzeźwość umysłu. Leżała obok mnie, a ja zamarłem w bezruchu skupiając swój wzrok na niej. Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. Ostatkiem sił powiedziała, iż jest szczęśliwa, że mnie poznała, że doszła do naszej gildii oraz to, że nie mogę zginąć. Dźwignęła lekko rękę do góry, a potem opadła na ziemię, a ona sama zamknęła oczy i jej ciało leżało... martwe. Przez długi czas nie mogłem przyjąć do wiadomości, iż ona nie żyje, że poświęciła siebie by mnie ratować. Wróciły wspomnienia, gdy ją pierwszy raz poznałem i spotkałem kilka razy i rozmawiałem. Zawsze wesoła i radosna, nawet gdy umierała, za mnie, osobę co nawet dobrze nie znała. Zbliżyłem się do niej i drżącymi rękami wziąłem ją w swoje ramiona i przytuliłem do siebie. Łzy same po prostu leciały mi po twarzy. To chyba najgorsze chwile w moim życiu.
Z czasem podszedł do nas szaman, a za nim stał Elsword. Chieft skierował swoją dłoń w jej kierunku i pogłaskał po głowie, po czym powiedział przepraszam. Bolała mnie ta cała sytuacja. Pomimo, iż to on ją zabił, to jakoś nie czułem gniewu do niego, tylko do osoby co go kontrolowała. Zabije tę osobę lub kimkolwiek jest, za to co zrobiła.
Gdy tylko Aisha zebrała dość energii wróciliśmy do pałacu. Tam podeszli do nas Emi i Vapor, którzy zamarli gdy ujrzeli mnie, trzymającą Shakti na rękach. Mówili coś, jednak ja nie skupiałem na to swojej uwagi. Odparłem tylko, iż zabieram jej ciało do kostnicy i odszedłem od nich. Na miejscu, gdy odłożyłem jej ciało, po raz ostatni się jej przyglądałem, a potem rozpłakałem się tam i siedziałem tam przez jakiś czas.
Wieczorem wróciłem do swojego pokoju i tam leżałem w łóżku rozdarty od wewnątrz. Po jakimś czasie przyszła do mnie Rena i jak troskliwa matka, starała się mi pomóc z zaistniała sytuacją.
wtorek, 12 lutego 2013
Wpis3
Dla nas to był szok, to co się wydarzyło. Najbardziej chyba przeżył to Lorien, który zamarł w bezruchu i patrzył na jej martwe ciało. Chieft zamachnął się drugi raz, by zaatakować Loriena. Spojrzałem na niego i w jednej chwili przepełnił mnie gniew i nienawiść. Demoniczna ręka uniosła się, a ja wyrzuciłem Cornwella w jego stronę. Ręka zniknęła, a ja zwróciłem się do niego. Spojrzeliśmy na siebie i po chwili wyczułem strach w jego oczach. Szybko ruszyłem w niego i przebiłem przez niego Cornwellami. Potem odskoczyłem do tyłu i rzuciłem Maela. Następnie utworzyłem symbol Cornwella i przywołałem w powietrzu osiem mieczy, które jednym ruchem ręki w dół skierowały się do celu. Behlior rzucił mi w między czasie, iż to co go kontroluje, to wisiorek co ma. Odwrócił się w moją stronę, a ja skoczyłem w jego stronę i zniszczyłem wisiorek po czym czekałem, co się wydarzy. Przez jakiś czas stał w miejscu, a potem odwrócił się do mnie i spojrzał na mnie, potem rozejrzał się po miejscu. Teraz widać było, że to on. Jego wzrok zatrzymał się na Lorienie, który trzymał w swoich ramionach Shakti. Podszedł tam do nich, a ja za nim na wszelki wypadek. Kucnął przy nich i łagodnym ruchem ręki pogłaskał ją po głowie, po czym powiedział przepraszam i wycofał. Odszedł kawałek dalej od nich, po czym zapytał mnie czy mogę mu opowiedzieć, co się wydarzyło. Powiedziałem mu o całej akcji z atakiem na Sandrie i o walce tutaj z nim. Dostrzegłem, iż bardzo wini siebie za to, co się wydarzyło. Nie potrafił pogodzić się z tym, że uśmiercił naszą towarzyszkę. Dowiedziałem się również, o całej sprawie z górami Paguro, ich pierwotnego domu. Wioska Calluso broni tego miejsca i nikt nie ma tam wstępu, ze względu na uśpionego tam lorda Behemotha. To wiele wyjaśnia, całe zajście, spiski Karis. Jeszcze raz nas przeprosił za wszystko i zniknął w swoim domu.
Behlior wrócił do siebie i cała mroczna moc mnie opuściła. Spojrzałem na Aishe, która zajmowała się Arą, która dochodziła do siebie, Rene, która rozmawiała o czymś z CN'ką, a potem na Chunga, który opłakiwał śmierć Shakti. Gdy tak patrzałem na nich łza z oka mi poleciała. To nie była zwykła GA, ona była członkiem naszej gildii. Może i od niedawna i nie miałem zbytnio czasu by ją lepiej poznać, to jednak śmierć kogoś z gildi,bliskiego jest nie do zniesienia. Szarpały mną przeróżne uczucia. Usiadłem na schodach i starałem jakoś się z tym wszystkim, co się wydarzyło pogodzić... na próżno. Z czasem podeszła do mnie Zeki i położyła rękę na ramieniu.
-Elsword, nie jesteśmy w stanie wszystkich obronić.
-Wiem, ale... - spojrzałem na nią. - Mogliśmy tego uniknąć.
Ona też przeżywała śmierć łuczniczki. Koniec końców podeszliśmy wszyscy do nich i Aisha prze teleportowała nas do pałacu.
Tam przywitał nas Emi wraz z Vapor. Na początku współczuli nam, to co się stało. Lorien odrzekł, iż zabierze ją do kostnicy. Patrzałem tylko jak odchodzi, odchodzi z naszą byłą towarzyszką. Nie mogąc znieść tego wszystkiego, emocji, które w sobie tłumiłem skierowałem się bez słowa do swojego pokoju by tam w ciszy i spokoju opłakiwać jej śmierć.
Wpis2
Wieczorem wróciliśmy do Sandri. Gdy Emirate zobaczył w jakim jesteśmy
stanie zaniepokoił się i zaprowadził nas do Vapor. Początkowo zrobiła
awanturę, że się do niej dobijamy ale później, ze względu na nas
wpuściła do środka. Zaprowadziła nas do jakiegoś pomieszczenia pełen
łóżek, choćby w szpitalu. Kazała nam usiąść i powiedzieć, co się
wydarzyło. Za ten czas robiła jakieś mikstury. Gdy jej to wszystko
powiedzieliśmy rozdała nam po szklance tego płynu i kazała wypić.
Uprzedzała, że w smaku dobre nie jest i miała racje. Wiele rzeczy już
piłem ale to jest ohydne. Usiadła na krześle i zaczęła mówić o
Chieftain'ie, o jego mocy i sposobie walki. Gdy tak ją słuchałem to
dziękowałem Stworzycielowi, że tam nie poszliśmy. Gość jest mocny, skoro
potrafi wysysać ludzkie życia. Raz ktoś wpadnie to ma śmierć
gwarantowaną, nie dziwię się, że nikt z nimi nie zadziera. Podczas
opowiadania panny alchemiczki zauważyłem, iż Chung był strasznie
skupiony i było widać jak myśli nad czymś. Pod koniec omawiania postaci
Chiefa dorzuciła, iż jego miejsce pobytu jest otoczone skażoną wodą,
która odbiera energię, a nawet jak się w niej za długo będzie stać to
ginie na miejscu. Nie brzmi to ciekawie. Jak mamy się do niego zbliżyć w
takim razie? To jest pokręcone. Wtedy Chung zaczął dokładniej wypytywać
Vapor o różne szczegóły. Patrzeliśmy na niego jakby nie był sobą.
Zapytałem go, po co się pyta o to wszystko. Odpowiedział z uśmiechem, iż
jak mamy się przygotować to potrzebna jest strategia, a żeby mieć
strategię trzeba znać wszystkie szczegóły. Nie pytałem już o nic tylko
wróciłem do pałacu wraz z dziewczynami, a Lorien wraz z Vapor
dyskutowali jeszcze o klanie Trock.
Podczas drogi myśleliśmy czy aby nie powiadomić Ravena czy Penentia by kogoś dał nam do pomocy, bo sami nie damy rady pokonać wroga. Byliśmy w kropce i nie podobało mi się to. Przez chwilę przeszła mi myśl o moich demonach, jednak szybko odrzuciłem ten pomysł bo by prawda wyszła na jaw.
Była późna godzina. Leżałem w łóżku i rozmyślałem nad kilkoma sprawami, a dokładniej o Behliorze, Anudran i Chieftie. Nie sądziłem, iż spawy tu będą tak skomplikowane oraz trudne. Demony nie są tu takie słabe jak te z Hamel, tu jest zupełnie inna liga. Coś czuję iż ciężko będzie walczyć, ciężej niż zwykle. Ciekawiło mnie dlaczego Karis zależało na kłótni pomiędzy tymi dwoma klanami, jakie ona ma plany i czy jest związana z Ranem w jakiś sposób. Priorytetem jest odnaleźć Anudran, jeśli to nawalimy to będą kłopoty.
Rano zszedłem na dół i zobaczyłem Chunga siedzącego przy książkach, z kartkami papieru. Zapytałem go, jak mu idzie. Odparł, iż wszystko jest gotowe oraz to, że będą nam towarzyszyć Shakti oraz pewna CN'ka. Spojrzałem na niego zdziwiony. Wyjaśnił mi wszystko po czym i tak dodałem, że to nie jest dobry pomysł. On zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa walki z Chiftem, jednak innego wyboru nie miał, a sami rady nie damy. Poczekaliśmy na resztę aż przyszła i wtedy Lorien przedstawił cały plan działania. Plan doskonały można by rzecz, zobaczymy jak pójdzie w praktyce.
Cała nasza ekipa dotarła do miejsca, w którym zakończyliśmy nasze zmagania. Pobiegliśmy dalej i już czekała na nas grupa Trocków. Lorien wypuścił Dreada i szliśmy dalej. Uważaliśmy by czasem nie wpaść do rzeki. Nie dość, że woda zatruta, to jest jakieś platformy wiszące. Przeskakiwaliśmy z jednej na drugą. Pierwsza szła Ara, za nią CN'ka, Rena, potem Aisha, ja i Lorien na tyłach. Skacząc platforma za platformą na jednej Rena ujechała. Szybko rzuciłem Harsha, złapałem ją i przyciągnąłem do siebie, jednak ciężar jej ciała i odleglość spowodowały, że sam poleciałem przed siebie. W ostatniej chwili Chung mnie, nas złapał i jak kołki wisieliśmy nad rzeką, jeszcze Rena się na nas wydzierała, bo była w spódniczce... Gdy już Rena i ja byliśmy bezpieczni ruszyliśmy dalej.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Chieft stał nad stołem jakimś i się modlił, chyba tak to określę. Zbliżyliśmy się kawałek i Ara pierwsza zapytała go, czemu zaatakował miasto. Odwrócił się do nas i mierzył swoim spojrzeniem. Wtedy dostrzegłem w jego oczach dziwne spojrzenie, jakby to nie on na nas patrzał, tylko osoba trzecia. Chwile później Behlior rzucił iż jest kontrolowany, a zaraz potem Chietf zaatakował nas. Krzyknąłem reszcie, iż on jest kontrolowany przez kogoś. Rzucił się na Arę, która błyskawicznie odskoczyła do tyłu. Lorien przeszedł w tryb Berserka i powiedział, iż czas rozpocząć nasz plan. Zeki użyła Makeupa i atakowała go z każdej strony star ball'ami, Rena i Shakti dobrze się zgadały i nie zaprzestawały go ostrzeliwać. Dodatkowo raz na jakiś czas Shakti go zamroziła, a Rena używała Fatality. Gdy walka już stała się napięta CN'ka użyła Atomic Shileda i zredukowaliśmy jego obrażenia. Ja jak zwykle, przywołałem moce Behliora oraz Phantoma i atakowałem go wszystkim, co miałem. Wraz z Arą zadawaliśmy mu duże obrażenia, tylko czekać aż w końcu padnie. Lorien wspierał nas Fieldem, jednak sam trzymał się z dala i atakował go z dystansu. Wszystko szło dobrze do czasu, gdy Chieft zorientował się, iż największym zagrożeniem są ci, co walczą na odległość. Nie wiadomo skąd nagle demoniczna ręka, prawie taka sama jak ta od Rana, utworzona dzięki magii odepchnęła Chunga i wrzuciła do wody. Zaniepokoiliśmy się tym faktem i zostaliśmy wytrąceni z równowagi. Shakti pobiegła w stronę Loriena. Chietf już chciał ją złapać, jednak Ara szybko wyskoczyła w górę i ruchem włóczni zmusiła go by się wycofał. Zapłaciła potem za to jego uderzeniem i wylądowała na ziemi uderzając głową o skałę tracąc przytomność. Szukałem wzrokiem Aishy, która klęczała na ziemi i starała się wykrzesać jakieś resztki swojej energii. Przeciwnik nie tracąc czasu zaatakował mnie, jednak ja zablokowałem jego atak. Chwile potem CN'ka zaatakowała go Atomic Blasterem. Wykorzystałem okazję i przywołałem Cornwelle, które rozbiły się o niego. Kazałem naszej towarzyszce zająć się nim i pobiegłem w stronę, gdzie Lorien został zaatakowany. Wraz z Shakti klęczeli na platformie. Nie wyglądał za dobrze, jednak zapewniał, iż nic mu nie jest. Tryb Berserka miał wyłączony, więc jednak dobrze z nim nie jest. Kazał nam iść pomóc wykończyć go, bo jeśli teraz pozwaliśmy mu by się do nas dobrał to koniec. Zostawiliśmy go jak chciał i skierowaliśmy się w stronę Chiefta. CN'ka dobrze sobie radziła, gdy tylko włączyliśmy się do walki zaczęliśmy na nowo zyskiwać przewagę. Rena wraz ze mną i nazoidem atakowaliśmy z bliska, natomiast Shakti zasypywała go strzałami z każdej strony. Wtedy to małe coś, co było koło niego powiększyło się i zaatakował, jednak nie zadał nam obrażeń tylko sparaliżował. Cholera, wyssanie życia. Skierował swoją rękę w stronę Shakti i zaczął powoli jej odbierać życie. Próbowaliśmy to przerwać jednak nic nie pomagało. Nawet Aisha ostatkiem sił prze teleportowała się do nas i użyła Spurta. Chwile potem wytworzył wokół siebie tarczę i uniósł się do góry. Żadne ataki na niego nie działały i przywołał kilka potworów, z którymi wcześniej walczyliśmy. Shakti wraz z Aishą nie wyglądały za dobrze. Rena zabrała Aishę do Ary, a Shakti sama odsunęła się na bok. Jeden atak w nią i będzie martwa, nie możemy sobie na to pozwolić. Jak pokonaliśmy przywołane potwory zleciał na dół i zasypywaliśmy go wszystkimi możliwymi atakami. Odepchnął nas wszystkich demoniczną ręką i zamachnął się na Loriena, który ledwo się trzymał. Już kierowaliśmy się do niego, gdy wtedy Shakti wyskoczyła i przyjęła na siebie atak. Nie wiedzieliśmy, co zrobić, co się stało. Wszystko jakby się zatrzymało. Ciało łuczniczki poleciało do tyłu i wylądowało tuż przy Chungu. Dźwignęła lekko rękę do góry, a potem bezwładnie opadła, jak i całe ciało leżało w bezruchu.
Podczas drogi myśleliśmy czy aby nie powiadomić Ravena czy Penentia by kogoś dał nam do pomocy, bo sami nie damy rady pokonać wroga. Byliśmy w kropce i nie podobało mi się to. Przez chwilę przeszła mi myśl o moich demonach, jednak szybko odrzuciłem ten pomysł bo by prawda wyszła na jaw.
Była późna godzina. Leżałem w łóżku i rozmyślałem nad kilkoma sprawami, a dokładniej o Behliorze, Anudran i Chieftie. Nie sądziłem, iż spawy tu będą tak skomplikowane oraz trudne. Demony nie są tu takie słabe jak te z Hamel, tu jest zupełnie inna liga. Coś czuję iż ciężko będzie walczyć, ciężej niż zwykle. Ciekawiło mnie dlaczego Karis zależało na kłótni pomiędzy tymi dwoma klanami, jakie ona ma plany i czy jest związana z Ranem w jakiś sposób. Priorytetem jest odnaleźć Anudran, jeśli to nawalimy to będą kłopoty.
Rano zszedłem na dół i zobaczyłem Chunga siedzącego przy książkach, z kartkami papieru. Zapytałem go, jak mu idzie. Odparł, iż wszystko jest gotowe oraz to, że będą nam towarzyszyć Shakti oraz pewna CN'ka. Spojrzałem na niego zdziwiony. Wyjaśnił mi wszystko po czym i tak dodałem, że to nie jest dobry pomysł. On zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa walki z Chiftem, jednak innego wyboru nie miał, a sami rady nie damy. Poczekaliśmy na resztę aż przyszła i wtedy Lorien przedstawił cały plan działania. Plan doskonały można by rzecz, zobaczymy jak pójdzie w praktyce.
Cała nasza ekipa dotarła do miejsca, w którym zakończyliśmy nasze zmagania. Pobiegliśmy dalej i już czekała na nas grupa Trocków. Lorien wypuścił Dreada i szliśmy dalej. Uważaliśmy by czasem nie wpaść do rzeki. Nie dość, że woda zatruta, to jest jakieś platformy wiszące. Przeskakiwaliśmy z jednej na drugą. Pierwsza szła Ara, za nią CN'ka, Rena, potem Aisha, ja i Lorien na tyłach. Skacząc platforma za platformą na jednej Rena ujechała. Szybko rzuciłem Harsha, złapałem ją i przyciągnąłem do siebie, jednak ciężar jej ciała i odleglość spowodowały, że sam poleciałem przed siebie. W ostatniej chwili Chung mnie, nas złapał i jak kołki wisieliśmy nad rzeką, jeszcze Rena się na nas wydzierała, bo była w spódniczce... Gdy już Rena i ja byliśmy bezpieczni ruszyliśmy dalej.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Chieft stał nad stołem jakimś i się modlił, chyba tak to określę. Zbliżyliśmy się kawałek i Ara pierwsza zapytała go, czemu zaatakował miasto. Odwrócił się do nas i mierzył swoim spojrzeniem. Wtedy dostrzegłem w jego oczach dziwne spojrzenie, jakby to nie on na nas patrzał, tylko osoba trzecia. Chwile później Behlior rzucił iż jest kontrolowany, a zaraz potem Chietf zaatakował nas. Krzyknąłem reszcie, iż on jest kontrolowany przez kogoś. Rzucił się na Arę, która błyskawicznie odskoczyła do tyłu. Lorien przeszedł w tryb Berserka i powiedział, iż czas rozpocząć nasz plan. Zeki użyła Makeupa i atakowała go z każdej strony star ball'ami, Rena i Shakti dobrze się zgadały i nie zaprzestawały go ostrzeliwać. Dodatkowo raz na jakiś czas Shakti go zamroziła, a Rena używała Fatality. Gdy walka już stała się napięta CN'ka użyła Atomic Shileda i zredukowaliśmy jego obrażenia. Ja jak zwykle, przywołałem moce Behliora oraz Phantoma i atakowałem go wszystkim, co miałem. Wraz z Arą zadawaliśmy mu duże obrażenia, tylko czekać aż w końcu padnie. Lorien wspierał nas Fieldem, jednak sam trzymał się z dala i atakował go z dystansu. Wszystko szło dobrze do czasu, gdy Chieft zorientował się, iż największym zagrożeniem są ci, co walczą na odległość. Nie wiadomo skąd nagle demoniczna ręka, prawie taka sama jak ta od Rana, utworzona dzięki magii odepchnęła Chunga i wrzuciła do wody. Zaniepokoiliśmy się tym faktem i zostaliśmy wytrąceni z równowagi. Shakti pobiegła w stronę Loriena. Chietf już chciał ją złapać, jednak Ara szybko wyskoczyła w górę i ruchem włóczni zmusiła go by się wycofał. Zapłaciła potem za to jego uderzeniem i wylądowała na ziemi uderzając głową o skałę tracąc przytomność. Szukałem wzrokiem Aishy, która klęczała na ziemi i starała się wykrzesać jakieś resztki swojej energii. Przeciwnik nie tracąc czasu zaatakował mnie, jednak ja zablokowałem jego atak. Chwile potem CN'ka zaatakowała go Atomic Blasterem. Wykorzystałem okazję i przywołałem Cornwelle, które rozbiły się o niego. Kazałem naszej towarzyszce zająć się nim i pobiegłem w stronę, gdzie Lorien został zaatakowany. Wraz z Shakti klęczeli na platformie. Nie wyglądał za dobrze, jednak zapewniał, iż nic mu nie jest. Tryb Berserka miał wyłączony, więc jednak dobrze z nim nie jest. Kazał nam iść pomóc wykończyć go, bo jeśli teraz pozwaliśmy mu by się do nas dobrał to koniec. Zostawiliśmy go jak chciał i skierowaliśmy się w stronę Chiefta. CN'ka dobrze sobie radziła, gdy tylko włączyliśmy się do walki zaczęliśmy na nowo zyskiwać przewagę. Rena wraz ze mną i nazoidem atakowaliśmy z bliska, natomiast Shakti zasypywała go strzałami z każdej strony. Wtedy to małe coś, co było koło niego powiększyło się i zaatakował, jednak nie zadał nam obrażeń tylko sparaliżował. Cholera, wyssanie życia. Skierował swoją rękę w stronę Shakti i zaczął powoli jej odbierać życie. Próbowaliśmy to przerwać jednak nic nie pomagało. Nawet Aisha ostatkiem sił prze teleportowała się do nas i użyła Spurta. Chwile potem wytworzył wokół siebie tarczę i uniósł się do góry. Żadne ataki na niego nie działały i przywołał kilka potworów, z którymi wcześniej walczyliśmy. Shakti wraz z Aishą nie wyglądały za dobrze. Rena zabrała Aishę do Ary, a Shakti sama odsunęła się na bok. Jeden atak w nią i będzie martwa, nie możemy sobie na to pozwolić. Jak pokonaliśmy przywołane potwory zleciał na dół i zasypywaliśmy go wszystkimi możliwymi atakami. Odepchnął nas wszystkich demoniczną ręką i zamachnął się na Loriena, który ledwo się trzymał. Już kierowaliśmy się do niego, gdy wtedy Shakti wyskoczyła i przyjęła na siebie atak. Nie wiedzieliśmy, co zrobić, co się stało. Wszystko jakby się zatrzymało. Ciało łuczniczki poleciało do tyłu i wylądowało tuż przy Chungu. Dźwignęła lekko rękę do góry, a potem bezwładnie opadła, jak i całe ciało leżało w bezruchu.
niedziela, 10 lutego 2013
Rozdział XV Niespodziewany atak. Wpis1
Była koło 3 w nocy, gdy rozległ się hałas na zewnątrz. Śnieżynka podeszła do okna i sprawdziła, co się dzieje, bo mi jakoś nie paliło się by wstawać, jednak gdy wykrzyknęła iż demony atakują Sandrie to jak oparzony wstałem, ubrałem się i wraz z nią wybiegliśmy na zewnątrz. Na korytarzu spotkałem resztę. Wybiegliśmy z pałacu i kierowaliśmy w stronę palących się domów. Rozdzieliliśmy się i zabijaliśmy wszystko, co stanowiło zagrożenie. Oczywiście wojownicy stąd też nam pomagali i w niecałe dwie godziny udało nam się wytępić te zarazę z miasta i ugasić pożary.
Po tej akcji zaczynałem myśleć czy aby tu jesteśmy bezpieczni. Udaliśmy się do Emirate, który teraz miał dużo spraw na głowie ale znalazł czas dla nas. Weszliśmy do jego domu i tam Emi powiedział nam, iż ci co nas zaatakowali to człekopodobni ludzie z klanu Trock i zawsze byli przyjaźni nastawieni do Sandri, jednakże od pewnego czasu to się zmieniło. Dowódca wtajemniczył nas bardziej w sprawy tego miasta. Księżniczka, kapłanka wietrznego Eldrytu, Anudran pochodzi z miasta położonego w powietrzu, który utrzymuje się przy pomocy El. Ona wraz z wojownikami stamtąd z klanu Calluso miała prowadzić konferencje pokojową z klanem Trock za to, iż zostali wykopani z gór Parugo i musieli znaleźć inne miejsce do życia, jednakże nie dotarła na spotkanie, bo została porwana przez demony. Przy okazji dowiedział się iż diablica zwie się Karis. To przynajmniej teraz wiem jak ta mała dziwka się zwie. Powiedział nam też, iż nie rozumie dlaczego przywódca klanu Trock - Chieftain Trockta zaatakował miasto. Przeczuwał, iż za tym stoi jakaś inna sprawa i poprosił nas byśmy to zbadali i dowiedzieli się czemu to zrobili. Zgodziliśmy się i tak powoli zaczęliśmy szykować się do podróży do jaskiń, w których mieszka klan Trock.
Tym razem poszliśmy wszyscy, ze względu na to iż nie ma Ravena, a Eve nas opuścił to zbyt ryzykowne by było bym ja i Chung poszli tam sami. Zanim wyruszyliśmy Vapor dała nam mapę byśmy się nie zgubili. Wyruszyliśmy przed siebie przemierzając pustynie przez długi czas. W końcu dostrzegliśmy zarys ich siedziby, że tak to nazwę. Zbiegliśmy na dół i kierowaliśmy prosto do samego środka by dowiedzieć się więcej o przeprowadzonym zamachu na Sandrie. Podczas wędrówki na drodze stawało nam dużo przeciwników, jednak bez problemu ich pokonywaliśmy i biegliśmy dalej przed siebie. Z przywołanym Phantomem, strzałami Reny, Carpetem i Dreadem Chunga, supernovą Aishy oraz Shadow Knotem Ary bez problemu przedzieraliśmy się przez nich.
W końcu udało nam się zbiec na dół i jeszcze kawałek drogi przed nami został. Idąc dalej i pokonując przeciwników na naszej drodze stanął wielkich rozmiarów zmutowany kundel. Nie podobało mi się to i musieliśmy trochę zmienić taktykę by go się pozbyć. Jedno uderzenie z tej łapy mogło by połamać człowieka na pół. Dzięki Lorienowi szybko zaszliśmy go z wszystkich stron i wykończyliśmy. Usiedliśmy na chwile i odpoczywaliśmy. Pierwszy raz tak się zmachałem. W cholerę ich dużo i na dodatek są wytrzymali.
-Padam z nóg, może jutro tu wrócimy co? - odparła zdyszana Aisha, która leżała na ziemi i nie wyglądało na to by poszła dalej.
-Im dłużej będziemy zwlekać tym bardziej miasto będzie zagrożone.
-Jeden atak im nie wypalił, wybiliśmy chyba z połowę tego czegoś, więc wątpię by powtórzyli atak.
-Umiesz robić coś poza marudzeniem na misji? - zmierzyłem ją chłodnym spojrzeniem. Zaraz się dźwignęła obrażona i poszła przed siebie.
-Aisha nie oddalaj się za bardzo. - powiedział do niej Chung jednak ona miała go gdzieś i szła dalej.
Przed nami był dziwny krajobraz, jakby tu żerowały mrówki wielkości dwóch metrów albo kto wie... Strasznie cicho się zrobiło. Śnieżynka wyczuwała dużą ilość wrogów, jednak nie było ich widać. Wstałem i razem z resztą poszliśmy tam gdzie Zeki. Podeszliśmy do niej i przez chwile bacznie obserwowaliśmy skały przed nami.
-Też macie wrażenie, że jesteśmy obserwowani? - zapytała cicho Aisha i spojrzała na nas.
Kiwnęliśmy zgodnie głowami i powolnym krokiem szliśmy dalej. Gdy byliśmy prawie u zbiegu na dół by dostać się do Chieftain'a za nami, z skał wyskoczyło stado przeróżnych Trocków. Szybko skupiliśmy na nich uwagę i tak przez kilka najbliższych godzin, bo nie wiem ile dokładniej to trwało walczyliśmy przeciwko nim. Czasem odnosiłem wrażenie, że ich w ogóle nie ubywa, Nawet używając tych najsilniejszych umiejętności, gdy tylko pozbyliśmy się ich przyłaziło coraz to więcej.
Gdy zapadł zmrok uporaliśmy się z nimi i ledwo żywi siedzieliśmy na ziemi. Każdy z nas był u skraju wyczerpania, nie ma szans by iść do Chiefta i porozmawiać o tym, co się wydarzyło, bo gdyby doszło do walki zabiłby nas bez problemu. Zgodnie stwierdziliśmy iż wracamy do Sandri i tam pomyślimy nad strategią.
Po tej akcji zaczynałem myśleć czy aby tu jesteśmy bezpieczni. Udaliśmy się do Emirate, który teraz miał dużo spraw na głowie ale znalazł czas dla nas. Weszliśmy do jego domu i tam Emi powiedział nam, iż ci co nas zaatakowali to człekopodobni ludzie z klanu Trock i zawsze byli przyjaźni nastawieni do Sandri, jednakże od pewnego czasu to się zmieniło. Dowódca wtajemniczył nas bardziej w sprawy tego miasta. Księżniczka, kapłanka wietrznego Eldrytu, Anudran pochodzi z miasta położonego w powietrzu, który utrzymuje się przy pomocy El. Ona wraz z wojownikami stamtąd z klanu Calluso miała prowadzić konferencje pokojową z klanem Trock za to, iż zostali wykopani z gór Parugo i musieli znaleźć inne miejsce do życia, jednakże nie dotarła na spotkanie, bo została porwana przez demony. Przy okazji dowiedział się iż diablica zwie się Karis. To przynajmniej teraz wiem jak ta mała dziwka się zwie. Powiedział nam też, iż nie rozumie dlaczego przywódca klanu Trock - Chieftain Trockta zaatakował miasto. Przeczuwał, iż za tym stoi jakaś inna sprawa i poprosił nas byśmy to zbadali i dowiedzieli się czemu to zrobili. Zgodziliśmy się i tak powoli zaczęliśmy szykować się do podróży do jaskiń, w których mieszka klan Trock.
Tym razem poszliśmy wszyscy, ze względu na to iż nie ma Ravena, a Eve nas opuścił to zbyt ryzykowne by było bym ja i Chung poszli tam sami. Zanim wyruszyliśmy Vapor dała nam mapę byśmy się nie zgubili. Wyruszyliśmy przed siebie przemierzając pustynie przez długi czas. W końcu dostrzegliśmy zarys ich siedziby, że tak to nazwę. Zbiegliśmy na dół i kierowaliśmy prosto do samego środka by dowiedzieć się więcej o przeprowadzonym zamachu na Sandrie. Podczas wędrówki na drodze stawało nam dużo przeciwników, jednak bez problemu ich pokonywaliśmy i biegliśmy dalej przed siebie. Z przywołanym Phantomem, strzałami Reny, Carpetem i Dreadem Chunga, supernovą Aishy oraz Shadow Knotem Ary bez problemu przedzieraliśmy się przez nich.
W końcu udało nam się zbiec na dół i jeszcze kawałek drogi przed nami został. Idąc dalej i pokonując przeciwników na naszej drodze stanął wielkich rozmiarów zmutowany kundel. Nie podobało mi się to i musieliśmy trochę zmienić taktykę by go się pozbyć. Jedno uderzenie z tej łapy mogło by połamać człowieka na pół. Dzięki Lorienowi szybko zaszliśmy go z wszystkich stron i wykończyliśmy. Usiedliśmy na chwile i odpoczywaliśmy. Pierwszy raz tak się zmachałem. W cholerę ich dużo i na dodatek są wytrzymali.
-Padam z nóg, może jutro tu wrócimy co? - odparła zdyszana Aisha, która leżała na ziemi i nie wyglądało na to by poszła dalej.
-Im dłużej będziemy zwlekać tym bardziej miasto będzie zagrożone.
-Jeden atak im nie wypalił, wybiliśmy chyba z połowę tego czegoś, więc wątpię by powtórzyli atak.
-Umiesz robić coś poza marudzeniem na misji? - zmierzyłem ją chłodnym spojrzeniem. Zaraz się dźwignęła obrażona i poszła przed siebie.
-Aisha nie oddalaj się za bardzo. - powiedział do niej Chung jednak ona miała go gdzieś i szła dalej.
Przed nami był dziwny krajobraz, jakby tu żerowały mrówki wielkości dwóch metrów albo kto wie... Strasznie cicho się zrobiło. Śnieżynka wyczuwała dużą ilość wrogów, jednak nie było ich widać. Wstałem i razem z resztą poszliśmy tam gdzie Zeki. Podeszliśmy do niej i przez chwile bacznie obserwowaliśmy skały przed nami.
-Też macie wrażenie, że jesteśmy obserwowani? - zapytała cicho Aisha i spojrzała na nas.
Kiwnęliśmy zgodnie głowami i powolnym krokiem szliśmy dalej. Gdy byliśmy prawie u zbiegu na dół by dostać się do Chieftain'a za nami, z skał wyskoczyło stado przeróżnych Trocków. Szybko skupiliśmy na nich uwagę i tak przez kilka najbliższych godzin, bo nie wiem ile dokładniej to trwało walczyliśmy przeciwko nim. Czasem odnosiłem wrażenie, że ich w ogóle nie ubywa, Nawet używając tych najsilniejszych umiejętności, gdy tylko pozbyliśmy się ich przyłaziło coraz to więcej.
Gdy zapadł zmrok uporaliśmy się z nimi i ledwo żywi siedzieliśmy na ziemi. Każdy z nas był u skraju wyczerpania, nie ma szans by iść do Chiefta i porozmawiać o tym, co się wydarzyło, bo gdyby doszło do walki zabiłby nas bez problemu. Zgodnie stwierdziliśmy iż wracamy do Sandri i tam pomyślimy nad strategią.
sobota, 9 lutego 2013
Wpis8 Oczami Chunga
W końcu nadszedł dzień gdy Ammo się obudził. Cieszyłem się, że już wszystko w porządku. Jeszcze tylko rozmowa z nim i innymi o naszych zdolnościach i będzie spokój.
Podczas kolacji powiadomiłem go o nowej członkini gildii oraz to, że chce się z nim zobaczyć.
Ten dzień mijał prawie tak samo jak poprzednie, więc pisać nie ma co.
Rankiem każdy rozszedł się po Sandri. Tylko Raven chciał zostać. Może chciał pogadać z Elswordem na osobności o zajściu w grocie... Skierowałem się do Dafarra zapytać go czy ma amunicje, robione takie jak w Hamel. Na szczęście zostały mu ostatnie paczki amunicji. Poprosiłem go, by specjalnie dla mnie sprowadził i nadmienił w przesyłce iż to moja prośba. Trochę był zdziwiony. Powiedziałem mu kim jestem i od razu poszedł składać zamówienie, a ja udałem się na arenę pvp pooglądać wojowników.
Wszystkie walki były bardzo ciekawe, podobał mi się styl niektórych, jednak potem doszło do walki między Sylphem, a Zeki i już tak kolorowo nie było. Myślałem, że będzie to walka na poziomie i w ogóle, a on ją normalnie poniżał przy wszystkich i bawił się. Była całkowicie bezbronna przeciw niemu. Nie podobało mi się to. Wybiegłem z areny i ruszyłem w kierunku pałacu. Na szczęście po drodze spotkałem Elsworda i na szybko wydusiłem co i jak. Wróciliśmy na arenę i Els siła zakończył walkę, bo Camilla tego zrobić nie chciała. Podbiegliśmy do Zeki. Nie wyglądała najlepiej. Dostrzegłem, iż Eve kieruje się do wyjścia. Powiedziałem Ammo, że idę za nim i pobiegłem za nim. Wyróżnia się spośród wszystkich, więc bez problemu go znajdę. Wybiegłem z areny, rozejrzałem się i gdy tylko poznałem jego zarys w oddali pobiegłem tam. Jak na nazoida to się strasznie szybko porusza. Wybiegłem z nim poza miasto, na pustynie. Załadowałem działo i krzyknąłem do niego by się zatrzymał, bo użyje siły. Jakby mnie posłuchał i zatrzymał się. Odwrócił się tylko do mnie i wystrzelił wiązki lasera. Odskoczyłem w bok i wymierzyłem w niego działo. Chciałem użyć Dreada jednak był już zbyt wysoko i daleko ode mnie. Cholera no. Co mu strzeliło do głowy albo raczej procesora.
Zdenerwowany wróciłem do Elsworda i powiedziałem iż Sylph mi uciekł. Nie gniewał się zbytnio na mnie o to, teraz był całkowicie skupiony na Zeki. Kto jak kto, ale jeśli komuś z nas stanie się krzywda to Elsword naprawdę martwi się i stara pomóc tej osobie, prawie jak Rena. Nie będę mu tego mówić, bo jeszcze mnie opierdzieli, że jestem niepoważny.
Wieczorem Ammo wraz z Zeki wrócili. Wcześniej powiedziałem wszystkim, co się wydarzyło. Byli równie zdziwieni, jak ja wcześniej. Rena zajęła się Zeki, a ja wraz z Ravenem, Elsem i Arą usiedliśmy przy stole. Zaczęliśmy dyskutować o tym, a potem rozmowa przeniosła się na Arę czemu nie udała się na trening. Odparła nieśmiało, że chce poczekać na inne rodzaje treningów i wtedy zdecydować jaką drogę wybierze. Ah, pamiętam dzień, gdy wybierałem swoją profesję. Zresztą co ja piszę, to nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją *przekreśla*. Rozmowę o naszych umiejętnościach też przełożyliśmy, bo w sumie mi też nie chciałoby się tego opowiadać.
Nie wiem czemu ale mam przeczucie, że Ammo tego tak nie zostawi i nie przebaczy Sylphowi tego, co zrobił.
Kolejnego dnia, gdy zjedliśmy śniadanie z nudów, wraz z Ravenem rozegraliśmy partyjkę szachów. Podczas gry w najlepsze sobie rozmawialiśmy, a ja przy okazji ćwiczyłem swój zmysł taktyczny. Z jednej strony cieszę się z profesji, co mam ale z drugiej strony jest na prawdę ciężko, bo czasem ode mnie będą liczyły się losy walki. Z czasem zeszli na dól nasza para zakochanych, którzy na samym starcie zostali rozdzieleni przez Renę, która wzięła pod swoje skrzydła Aishe, a Elsword przysiadł się do nas. Nie wiem czemu ale zazdroszczę mu, tylko czego? Eh, nieważne*przekreśla*. Raven zaproponował nam wypad na arenę pvp. Wymieniłem spojrzenia z Elsem i zgodziliśmy się. z Ravenem zawsze fajnie idzie spędzić czas, a na arenie to już w ogóle. Jest najlepszy, jego refleks i trzeźwość umysłu podczas walk robią wrażenie oraz ten stoicki spokój. Zachowuje się czasem tak jakby nie posiadał uczuć, jednak dzięki wynikom niektórych sytuacji można dostrzec w nim troskliwego człowieka.
Na arenie w szoku i z śmiechem patrzeliśmy jak Raven ogrywa każdego po kolei. Normalnie jak robot. Najśmieszniej było po walkach jak je komentowaliśmy. Z czasem zaproponowałem Elswordowi by też się rozerwał, bo przeczuwałem iż też chce się rozerwać. Raven też był za tym i z czasem wylądował na arenie wraz z jakaś łuczniczką. Gdy tak oglądaliśmy jego walkę, wraz z Raven doszliśmy do wniosku iż 1v1 nie ma sobie równych oraz to, że jak daje możliwość wyjścia bez poważniejszych szkód to ludzie upierają się na swoim a potem kończy się to płaczem. Co zrobić, mówił trza było słuchać i odpowiedzieć, a nie potem wydzierać się. Niektórzy są przezabawni.
Z czasem wróciliśmy do pałacu. Podczas drogi rozmawialiśmy o naszych nowych zdolnościach po awansie na drugą klasę. Gdy tak słuchałem z Ravem o mocy Elsa, to razem zgodnie powiedzieliśmy, że to jest dziwnie. Jednak Zeki miała rację, lepiej nie wiedzieć o tym. Rany, jak on się tego nauczył wszystkiego? Nie sądziłem,, że on... To zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Po drodze spotkaliśmy Shakti. Przywitałem się z nią i zapytałem co u niej, a chłopaki patrzeli na mnie, nas w niemym szoku. Przedstawiłem ich sobie, a potem Shakti już się umówiła na prywatną rozmowę. Mogłem to przewiedzieć. Oby tylko nie miał problemów z Zeki znowu...
To była zarówna dobra wiadomość jak i zła. Raven został wezwany do drugiej tury Dungeona Mastera. Wszystko fajnie pomijając fakt, iż teraz będzie nas pięciu. Właśnie, wtedy przypomniało mi się by zapytać Emi czy powiadomił Penentia o Eve. Gdy tylko pożegnaliśmy się z Ravenem udałem się do Emi i tam zapytałem go o to. Powiedział, iż list dotarł już do niego i nawet dostał odpowiedzieć iż został wykluczony z misji i ludzie stamtąd rozpoczną poszukiwania. Chociaż tyle..
Razem z Elsem w ogrodzie gadaliśmy o czym się dało, aż potem udaliśmy się na arenę pvp. Jedyne miejsce gdzie jestem w swoim żywiole. No powiedzmy... Podobnie jak Elsword trafiałem na takich wojowników, że szkoda gadać. Ciekawe czy tak samo będą walczyć przeciw demonom, bo jak tak to czarno to widzę. Mało tego, po walkach jakaś czarodziejka zaczęła robić mi awantury iż na używkach jadę i wygrywam walki. Nie wiedziałem co jej zrobić, jednak dzięki pomocy przyjaciół, których sobie tu znalazłem szybko udało się ją pozbyć.
Resztę dnia spędziłem u Vapor ucząc się alchemii. Tak, Ekko mnie tym zaraziła i jakoś zaciekawiła mnie ta dziedzina nauki.
Wstałem później niż zwykle i pierwsze, co mnie zaciekawiło to to iż będzie na żywo transmisja z turnieju. Szczęśliwy byłem iż będę mógł zobaczyć jak sobie radzi Raven oraz inni. Razem z dziewczynami usiedliśmy przed wielkim ekranem i patrzeliśmy od początku na wszystko. Ciekawiło mnie tylko, gdzie jest Elsword. Podczas przerw dziewczyny szły po coś do jedzenia i uzupełniały puste naczynia nowymi smakołykami. Gdy już miała przyjść kolej na Ravena, w pałacu pojawił się Ammo. Zaciągnąłem go szybko do salonu i tam wszyscy razem oglądaliśmy jak sobie radzi nasz przyjaciel. Nie było źle, nawet można powiedzieć iż najpłynniej i w pięknym stylu przeszedł Laboratorium Robo. Pomimo tego zajął drugie miejsce. Do wieczora rozmawialiśmy o turnieju, a potem wróciłem do siebie myśląc, co jeszcze mnie tu spotka.
Podczas kolacji powiadomiłem go o nowej członkini gildii oraz to, że chce się z nim zobaczyć.
Ten dzień mijał prawie tak samo jak poprzednie, więc pisać nie ma co.
Rankiem każdy rozszedł się po Sandri. Tylko Raven chciał zostać. Może chciał pogadać z Elswordem na osobności o zajściu w grocie... Skierowałem się do Dafarra zapytać go czy ma amunicje, robione takie jak w Hamel. Na szczęście zostały mu ostatnie paczki amunicji. Poprosiłem go, by specjalnie dla mnie sprowadził i nadmienił w przesyłce iż to moja prośba. Trochę był zdziwiony. Powiedziałem mu kim jestem i od razu poszedł składać zamówienie, a ja udałem się na arenę pvp pooglądać wojowników.
Wszystkie walki były bardzo ciekawe, podobał mi się styl niektórych, jednak potem doszło do walki między Sylphem, a Zeki i już tak kolorowo nie było. Myślałem, że będzie to walka na poziomie i w ogóle, a on ją normalnie poniżał przy wszystkich i bawił się. Była całkowicie bezbronna przeciw niemu. Nie podobało mi się to. Wybiegłem z areny i ruszyłem w kierunku pałacu. Na szczęście po drodze spotkałem Elsworda i na szybko wydusiłem co i jak. Wróciliśmy na arenę i Els siła zakończył walkę, bo Camilla tego zrobić nie chciała. Podbiegliśmy do Zeki. Nie wyglądała najlepiej. Dostrzegłem, iż Eve kieruje się do wyjścia. Powiedziałem Ammo, że idę za nim i pobiegłem za nim. Wyróżnia się spośród wszystkich, więc bez problemu go znajdę. Wybiegłem z areny, rozejrzałem się i gdy tylko poznałem jego zarys w oddali pobiegłem tam. Jak na nazoida to się strasznie szybko porusza. Wybiegłem z nim poza miasto, na pustynie. Załadowałem działo i krzyknąłem do niego by się zatrzymał, bo użyje siły. Jakby mnie posłuchał i zatrzymał się. Odwrócił się tylko do mnie i wystrzelił wiązki lasera. Odskoczyłem w bok i wymierzyłem w niego działo. Chciałem użyć Dreada jednak był już zbyt wysoko i daleko ode mnie. Cholera no. Co mu strzeliło do głowy albo raczej procesora.
Zdenerwowany wróciłem do Elsworda i powiedziałem iż Sylph mi uciekł. Nie gniewał się zbytnio na mnie o to, teraz był całkowicie skupiony na Zeki. Kto jak kto, ale jeśli komuś z nas stanie się krzywda to Elsword naprawdę martwi się i stara pomóc tej osobie, prawie jak Rena. Nie będę mu tego mówić, bo jeszcze mnie opierdzieli, że jestem niepoważny.
Wieczorem Ammo wraz z Zeki wrócili. Wcześniej powiedziałem wszystkim, co się wydarzyło. Byli równie zdziwieni, jak ja wcześniej. Rena zajęła się Zeki, a ja wraz z Ravenem, Elsem i Arą usiedliśmy przy stole. Zaczęliśmy dyskutować o tym, a potem rozmowa przeniosła się na Arę czemu nie udała się na trening. Odparła nieśmiało, że chce poczekać na inne rodzaje treningów i wtedy zdecydować jaką drogę wybierze. Ah, pamiętam dzień, gdy wybierałem swoją profesję. Zresztą co ja piszę, to nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją *przekreśla*. Rozmowę o naszych umiejętnościach też przełożyliśmy, bo w sumie mi też nie chciałoby się tego opowiadać.
Nie wiem czemu ale mam przeczucie, że Ammo tego tak nie zostawi i nie przebaczy Sylphowi tego, co zrobił.
Kolejnego dnia, gdy zjedliśmy śniadanie z nudów, wraz z Ravenem rozegraliśmy partyjkę szachów. Podczas gry w najlepsze sobie rozmawialiśmy, a ja przy okazji ćwiczyłem swój zmysł taktyczny. Z jednej strony cieszę się z profesji, co mam ale z drugiej strony jest na prawdę ciężko, bo czasem ode mnie będą liczyły się losy walki. Z czasem zeszli na dól nasza para zakochanych, którzy na samym starcie zostali rozdzieleni przez Renę, która wzięła pod swoje skrzydła Aishe, a Elsword przysiadł się do nas. Nie wiem czemu ale zazdroszczę mu, tylko czego? Eh, nieważne*przekreśla*. Raven zaproponował nam wypad na arenę pvp. Wymieniłem spojrzenia z Elsem i zgodziliśmy się. z Ravenem zawsze fajnie idzie spędzić czas, a na arenie to już w ogóle. Jest najlepszy, jego refleks i trzeźwość umysłu podczas walk robią wrażenie oraz ten stoicki spokój. Zachowuje się czasem tak jakby nie posiadał uczuć, jednak dzięki wynikom niektórych sytuacji można dostrzec w nim troskliwego człowieka.
Na arenie w szoku i z śmiechem patrzeliśmy jak Raven ogrywa każdego po kolei. Normalnie jak robot. Najśmieszniej było po walkach jak je komentowaliśmy. Z czasem zaproponowałem Elswordowi by też się rozerwał, bo przeczuwałem iż też chce się rozerwać. Raven też był za tym i z czasem wylądował na arenie wraz z jakaś łuczniczką. Gdy tak oglądaliśmy jego walkę, wraz z Raven doszliśmy do wniosku iż 1v1 nie ma sobie równych oraz to, że jak daje możliwość wyjścia bez poważniejszych szkód to ludzie upierają się na swoim a potem kończy się to płaczem. Co zrobić, mówił trza było słuchać i odpowiedzieć, a nie potem wydzierać się. Niektórzy są przezabawni.
Z czasem wróciliśmy do pałacu. Podczas drogi rozmawialiśmy o naszych nowych zdolnościach po awansie na drugą klasę. Gdy tak słuchałem z Ravem o mocy Elsa, to razem zgodnie powiedzieliśmy, że to jest dziwnie. Jednak Zeki miała rację, lepiej nie wiedzieć o tym. Rany, jak on się tego nauczył wszystkiego? Nie sądziłem,, że on... To zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Po drodze spotkaliśmy Shakti. Przywitałem się z nią i zapytałem co u niej, a chłopaki patrzeli na mnie, nas w niemym szoku. Przedstawiłem ich sobie, a potem Shakti już się umówiła na prywatną rozmowę. Mogłem to przewiedzieć. Oby tylko nie miał problemów z Zeki znowu...
To była zarówna dobra wiadomość jak i zła. Raven został wezwany do drugiej tury Dungeona Mastera. Wszystko fajnie pomijając fakt, iż teraz będzie nas pięciu. Właśnie, wtedy przypomniało mi się by zapytać Emi czy powiadomił Penentia o Eve. Gdy tylko pożegnaliśmy się z Ravenem udałem się do Emi i tam zapytałem go o to. Powiedział, iż list dotarł już do niego i nawet dostał odpowiedzieć iż został wykluczony z misji i ludzie stamtąd rozpoczną poszukiwania. Chociaż tyle..
Razem z Elsem w ogrodzie gadaliśmy o czym się dało, aż potem udaliśmy się na arenę pvp. Jedyne miejsce gdzie jestem w swoim żywiole. No powiedzmy... Podobnie jak Elsword trafiałem na takich wojowników, że szkoda gadać. Ciekawe czy tak samo będą walczyć przeciw demonom, bo jak tak to czarno to widzę. Mało tego, po walkach jakaś czarodziejka zaczęła robić mi awantury iż na używkach jadę i wygrywam walki. Nie wiedziałem co jej zrobić, jednak dzięki pomocy przyjaciół, których sobie tu znalazłem szybko udało się ją pozbyć.
Resztę dnia spędziłem u Vapor ucząc się alchemii. Tak, Ekko mnie tym zaraziła i jakoś zaciekawiła mnie ta dziedzina nauki.
Wstałem później niż zwykle i pierwsze, co mnie zaciekawiło to to iż będzie na żywo transmisja z turnieju. Szczęśliwy byłem iż będę mógł zobaczyć jak sobie radzi Raven oraz inni. Razem z dziewczynami usiedliśmy przed wielkim ekranem i patrzeliśmy od początku na wszystko. Ciekawiło mnie tylko, gdzie jest Elsword. Podczas przerw dziewczyny szły po coś do jedzenia i uzupełniały puste naczynia nowymi smakołykami. Gdy już miała przyjść kolej na Ravena, w pałacu pojawił się Ammo. Zaciągnąłem go szybko do salonu i tam wszyscy razem oglądaliśmy jak sobie radzi nasz przyjaciel. Nie było źle, nawet można powiedzieć iż najpłynniej i w pięknym stylu przeszedł Laboratorium Robo. Pomimo tego zajął drugie miejsce. Do wieczora rozmawialiśmy o turnieju, a potem wróciłem do siebie myśląc, co jeszcze mnie tu spotka.
piątek, 8 lutego 2013
środa, 6 lutego 2013
Wpis7
Korciło mnie iść zobaczyć, jak Raven sobie radzi na turnieju, jednak z
drugiej strony jak ulotnie się z Sandri to będę mieć problemy i to nie
małe. Drażniłem się z Śnieżynką w swoim pokoju, aż mi się znudziło.
Wyłożyłem się na łóżku i nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Miało być
tyle akcji i w ogóle, a tu jedna wielka kicha. Wyrocznia usiadła obok i
zaczęła klepać mnie po głowie pocieszając, iż mogło być gorzej. Z czasem
do pokoju wparzyła Zeki i zaczęła opowiadać, co jej się przydarzyło.
Najpierw patrzałem na nią jak na idiotkę i nie wiedziałem, co
powiedzieć. Spiorunowała wtedy mnie wzrokiem i przeszła do sedna sprawy.
Gdy wychodziła rano na miasto, razem z Arą udały się na rynek. Jak już zwiedziły i kupiły co chciały, skierowały się do Emirate. Tam spotkała w jego domu owce, która gadała. Była tym tak podekscytowana, że sam nie wiedziałem czy się z niej śmiać czy jak to potraktować. Położyłem się znowu i myślałem, co by tu robić. Może Henir? Pvp? Rynek? Trening? Odwiedzić świat demonów? Albo najlepiej leżeć i mieć wszystko gdzieś? Zeki usiadła obok mnie i zaczęła wpatrywać się w przestrzeń pokoju. Gdy tak leżałem przypomniało mi się coś. Powiedziałem Aishy, że coś znalazłem kilka dni temu. Wyrwała się z zamysłu i zapytała zaciekawiona. Wstałem i skierowałem się do szafy. Wyciągnąłem z niej białego pluszaka, nie wiem czyj on jest, ani, co robił w moim pokoju. Porostu go znalazłem kilka dni temu i wcisnąłem do szafy, bo zawadzał. Pisnęła z radości i podbiegła do mnie o mało nie wyrywając misia. Zabrałem go i postawiłem na górze szafy, tak że nie mogła go dosięgnąć.
-No ejjj!
-Jak ci go dam to mnie zostawisz. - wzruszyłem ramionami. - Chciałem ci tylko pokazać, co znalazłem.
-No wiesz co, wredny jesteś jak zawsze. - odeszła zrezygnowana i usiadła na kanapie.
-Chciałabyś go mieć, prawda. - wziąłem go i zacząłem poprawiać jego niebieską kamizelkę, opierając się o szafę. Spojrzałem na Zeki, która kiwnęła głową i wpatrywała się we mnie. - Tylko czy to będzie dobra decyzja...
-Matko, o co ci chodzi, przecież to tylko pluszak. - odparła zakładając nogę na nogę.
-Właśnie! Więc czemu go tak bardzo chcesz?
-No bo... bo no, wiesz... - spojrzałem na nią rozbawiony, a potem na zabawkę. Podszedłem do niej i postawiłem misia na jej kolanach. Spojrzała zdziwiona i podejrzliwie.
-I tak nie mam, co z nim zrobić. - odrzekłem i podszedłem do szafy z avatarami broni.
-Czekaj, bo cię zostawię dla niego. - przytuliła się do misia, a ja wyciągnąłem z szafy avatar broni Glaciala.
-No tylko spróbujesz, to pożegnasz się z nim w dwie sekundy. - założyłem avatar na swój miecz i spojrzałem na nią. - Wiesz, mnie to tak nigdy jeszcze nie przytuliłaś. Jesteś podła. - założyłem miecz u boku i pogoniłem Śnieżynkę, iż czas coś porobić pożytecznego.
-Zazdrosny jesteś. - odwróciła się do mnie i spojrzała wrednie, nadal tuląc misia do siebie.
-Weź się z nim nie pokazuj w mojej obecności, bo idzie czegoś dostać.
Wyszedłem z pokoju i udałem się poszukać Glave.
Poszukać Glave tak, jak go nie było w Sandri. Olać, kostki później wymienię. W końcu od niepamiętnych czasów mogłem się rozerwać na wyzwaniach. Przy okazji mogłem stopniowo regulować i przyzwyczajać się do większej ilości Cornwelli podczas ataków.
Po kilku godzinach poszedłem się przejść na miasto. W centrum spotkałem znajomą z gildii, która pełni rolę zarządcy. Zapytałem, co słychać u nich. Bez problemów i grzecznie wykonują swoje zadania. Czyli nimi nie ma co się przejmować. Kilka minut później doszła do nas Shakti i wraz z Misubi poszły wykonywać misję, a ja wróciłem do siebie.
W pałacu Lorien wrzeszczał na mnie, gdzie się włóczyłem i inne. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Szarpnął mnie za ramię i ciągnął za sobą do salonu. Powiedział, że w telewizji jest transmisja turnieju, a ja zamiast czekać i patrzeć jak kolega sobie radzi to włóczę się po kątach. No to miło, że ktoś mnie powiadomił wcześniej.
Cała nasza ekipa siedziała i patrzała na ogromny ekran. Czułem się jakbym poszedł na seans do kina. Oczywiście dziewczyny wszystko przygotowały, picie, popcorn i inne. Teraz turniej obejmował cały kontynent, czyli po jednym uczestniku z każdego miasta, który wcześniej wygrał. Cały turniej zaczął się już o dziesiątej rano, jednak wojownicy z dalszych to miast walczyli później, więc jakby miałem szczęście. Koło piętnastej przyszła kolej na Ravena i wtedy zapadła cisza i każdy w skupieniu patrzył jak sobie radzi. Gdy skończył od razu wszyscy zaczęli komentować. Czas miał niezły, znikome obrażenia. Teraz tylko czekać na ogłoszenie wyników.
Po długiej przerwie w końcu Camilla ogłaszała wyniki. Raven zajął drugie miejsce, więc nie jest źle. Jak tylko podała wyniki od razu rozległy się burzliwe dyskusje odnośnie turnieju.
Wieczorem, po kolacji wróciłem do swojego pokoju i tam Śnieżynka zaczęła mnie męczyć, że chce się bawić. Powiedziałem jej, że jak chce się bawić to niech idzie gdzie indziej albo poszuka kogo innego. Zezłoszczona na cały świat usiadła na poduszce i krótko mówiąc zachowywała się jak rozkapryszone dziecko. Z czasem przyszła Zeki, przytulając do siebie misia. Kazałem jej wyjść i zostawić go w pokoju, bo u mnie nie chce go widzieć. Zaśmiała się tylko i zadowolona z życia podeszła do mnie i usiadła. Teraz ta zaczynała się drażnić, aż potem Śnieżynka dorwała się do pluszaka i zabrała go, a Aishy się to nie spodobało.
-Powiedz jej, żeby go oddała.
-Nie, chyba bym musiał być nienormalny. - uderzyła mnie w ramię z wyraźnym kaprysem na twarzy.
-I tak jesteś nienormalny, więc co za różnica.
-Dzięki... - odwróciłem się i wyłożyłem na kapanie. Zeki przybliżyła się do mnie i zaczęła delikatnym ruchem ręki poprawiać grzywkę. Spojrzałem chwile na nią i odwróciłem głowę.
-Przepraszam, wiesz że nie to miałam na myśli.
-Oczywiście. - odparłem z nuta sarkazmu.
Położyła się obok i z czasem przeszło mi, to co powiedziała. Gdy już się nią zajęłam położyłem się spać.
Gdy wychodziła rano na miasto, razem z Arą udały się na rynek. Jak już zwiedziły i kupiły co chciały, skierowały się do Emirate. Tam spotkała w jego domu owce, która gadała. Była tym tak podekscytowana, że sam nie wiedziałem czy się z niej śmiać czy jak to potraktować. Położyłem się znowu i myślałem, co by tu robić. Może Henir? Pvp? Rynek? Trening? Odwiedzić świat demonów? Albo najlepiej leżeć i mieć wszystko gdzieś? Zeki usiadła obok mnie i zaczęła wpatrywać się w przestrzeń pokoju. Gdy tak leżałem przypomniało mi się coś. Powiedziałem Aishy, że coś znalazłem kilka dni temu. Wyrwała się z zamysłu i zapytała zaciekawiona. Wstałem i skierowałem się do szafy. Wyciągnąłem z niej białego pluszaka, nie wiem czyj on jest, ani, co robił w moim pokoju. Porostu go znalazłem kilka dni temu i wcisnąłem do szafy, bo zawadzał. Pisnęła z radości i podbiegła do mnie o mało nie wyrywając misia. Zabrałem go i postawiłem na górze szafy, tak że nie mogła go dosięgnąć.
-No ejjj!
-Jak ci go dam to mnie zostawisz. - wzruszyłem ramionami. - Chciałem ci tylko pokazać, co znalazłem.
-No wiesz co, wredny jesteś jak zawsze. - odeszła zrezygnowana i usiadła na kanapie.
-Chciałabyś go mieć, prawda. - wziąłem go i zacząłem poprawiać jego niebieską kamizelkę, opierając się o szafę. Spojrzałem na Zeki, która kiwnęła głową i wpatrywała się we mnie. - Tylko czy to będzie dobra decyzja...
-Matko, o co ci chodzi, przecież to tylko pluszak. - odparła zakładając nogę na nogę.
-Właśnie! Więc czemu go tak bardzo chcesz?
-No bo... bo no, wiesz... - spojrzałem na nią rozbawiony, a potem na zabawkę. Podszedłem do niej i postawiłem misia na jej kolanach. Spojrzała zdziwiona i podejrzliwie.
-I tak nie mam, co z nim zrobić. - odrzekłem i podszedłem do szafy z avatarami broni.
-Czekaj, bo cię zostawię dla niego. - przytuliła się do misia, a ja wyciągnąłem z szafy avatar broni Glaciala.
-No tylko spróbujesz, to pożegnasz się z nim w dwie sekundy. - założyłem avatar na swój miecz i spojrzałem na nią. - Wiesz, mnie to tak nigdy jeszcze nie przytuliłaś. Jesteś podła. - założyłem miecz u boku i pogoniłem Śnieżynkę, iż czas coś porobić pożytecznego.
-Zazdrosny jesteś. - odwróciła się do mnie i spojrzała wrednie, nadal tuląc misia do siebie.
-Weź się z nim nie pokazuj w mojej obecności, bo idzie czegoś dostać.
Wyszedłem z pokoju i udałem się poszukać Glave.
Poszukać Glave tak, jak go nie było w Sandri. Olać, kostki później wymienię. W końcu od niepamiętnych czasów mogłem się rozerwać na wyzwaniach. Przy okazji mogłem stopniowo regulować i przyzwyczajać się do większej ilości Cornwelli podczas ataków.
Po kilku godzinach poszedłem się przejść na miasto. W centrum spotkałem znajomą z gildii, która pełni rolę zarządcy. Zapytałem, co słychać u nich. Bez problemów i grzecznie wykonują swoje zadania. Czyli nimi nie ma co się przejmować. Kilka minut później doszła do nas Shakti i wraz z Misubi poszły wykonywać misję, a ja wróciłem do siebie.
W pałacu Lorien wrzeszczał na mnie, gdzie się włóczyłem i inne. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Szarpnął mnie za ramię i ciągnął za sobą do salonu. Powiedział, że w telewizji jest transmisja turnieju, a ja zamiast czekać i patrzeć jak kolega sobie radzi to włóczę się po kątach. No to miło, że ktoś mnie powiadomił wcześniej.
Cała nasza ekipa siedziała i patrzała na ogromny ekran. Czułem się jakbym poszedł na seans do kina. Oczywiście dziewczyny wszystko przygotowały, picie, popcorn i inne. Teraz turniej obejmował cały kontynent, czyli po jednym uczestniku z każdego miasta, który wcześniej wygrał. Cały turniej zaczął się już o dziesiątej rano, jednak wojownicy z dalszych to miast walczyli później, więc jakby miałem szczęście. Koło piętnastej przyszła kolej na Ravena i wtedy zapadła cisza i każdy w skupieniu patrzył jak sobie radzi. Gdy skończył od razu wszyscy zaczęli komentować. Czas miał niezły, znikome obrażenia. Teraz tylko czekać na ogłoszenie wyników.
Po długiej przerwie w końcu Camilla ogłaszała wyniki. Raven zajął drugie miejsce, więc nie jest źle. Jak tylko podała wyniki od razu rozległy się burzliwe dyskusje odnośnie turnieju.
Wieczorem, po kolacji wróciłem do swojego pokoju i tam Śnieżynka zaczęła mnie męczyć, że chce się bawić. Powiedziałem jej, że jak chce się bawić to niech idzie gdzie indziej albo poszuka kogo innego. Zezłoszczona na cały świat usiadła na poduszce i krótko mówiąc zachowywała się jak rozkapryszone dziecko. Z czasem przyszła Zeki, przytulając do siebie misia. Kazałem jej wyjść i zostawić go w pokoju, bo u mnie nie chce go widzieć. Zaśmiała się tylko i zadowolona z życia podeszła do mnie i usiadła. Teraz ta zaczynała się drażnić, aż potem Śnieżynka dorwała się do pluszaka i zabrała go, a Aishy się to nie spodobało.
-Powiedz jej, żeby go oddała.
-Nie, chyba bym musiał być nienormalny. - uderzyła mnie w ramię z wyraźnym kaprysem na twarzy.
-I tak jesteś nienormalny, więc co za różnica.
-Dzięki... - odwróciłem się i wyłożyłem na kapanie. Zeki przybliżyła się do mnie i zaczęła delikatnym ruchem ręki poprawiać grzywkę. Spojrzałem chwile na nią i odwróciłem głowę.
-Przepraszam, wiesz że nie to miałam na myśli.
-Oczywiście. - odparłem z nuta sarkazmu.
Położyła się obok i z czasem przeszło mi, to co powiedziała. Gdy już się nią zajęłam położyłem się spać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)