Miasto wyglądało spokojnie, jak zawsze. Idąc dalej
napotkaliśmy grupkę wojowników, co biegli w kierunku bram wyjściowych.
Pobiegliśmy za nimi i tam zauważyliśmy dość sporą liczbę demonów, która przedarła
się przez bramy i niszczyła wszystko, co stanęło na ich drodze. Czym prędzej
złapaliśmy za bronie i ruszyliśmy wyrzynać te śmieci, co do jednego. Przewaga
była po naszej stronie. W końcu wytępiliśmy wspólnie zarazę i przez chwile
mogliśmy świętować zwycięstwo. Chwile… ponieważ przez bramę weszła kolejna,
takiej samej ilości grupa demonów. Źle się to wszystko zapowiadało. Byliśmy już
wyczerpani walką, a mamy jeszcze raz… Zebraliśmy się do kupy i Aisha użyła
zaklęcia regenerującego energię człowieka. Zużyła całą swoją magię dla nas, byśmy
mogli odeprzeć ich atak, a ona sama usiadła zmęczona. Zabrałem ją w
bezpieczne miejsce, a reszta ekipy poszła już walczyć. Położyłem ją obok ruin
domu, tak by demony nie dostały się do niej.
-Idź już Elsword. Nic mi nie będzie.
-Wygramy to.
-Wiem.
Uśmiechnęła się i skierowałem się w kierunku obszaru
bitwy.
-Gotowi panowie?
-Zawsze mój panie.
-W końcu się rozerwę!!! Nic z nich nie zostanie!!!
-Takie podejście mi się podoba.
Przywołałem moce Mrocznego, Cornwella i zabijałem każdego
demona, co stanął mi na drodze. W pewnym momencie zaczęli nas wypychać bardziej
w głąb miasta. Nie byliśmy w stanie odeprzeć ich ataki.
-Cholera co robimy? Jak tak dalej pójdzie…
-Musimy ich tu zatrzymać.
-Zostawcie to mnie. – spojrzeliśmy na Loriena, który
ładował amunicję do swojego działa.
-Co zamierzasz zrobić?
-Ja? – załadował ostatnią amunicję i spojrzałem na nas z
pewnością siebie. – Krótkie przedstawienie.
Aktywował tryb Berserka i użył Carpeta, następnie Dreada
i patrzeliśmy jak jego pociski wybuchają i likwidują przeciwników. Gdy chmura
kurzu zniknęła, dostrzegliśmy na środku swojego rozmiarów demona, który miał
aktywowaną tarczę. Był dziwnie podobny do umarlaka. Szaty jak trup, do tego
jego twarz. Cała jakby spalona, krwisto czerwone oczy i szyderczy uśmieszek.
Był pewny siebie, nawet nie bał się śmierci. Ruszył w naszą stronę. Rozdzieliliśmy
się, a ja wraz z Ravenem zablokowaliśmy atak jego kosą? Nie… to był tasak z podwójnymi ostrzami. Choćby kształt
półksiężyca. Pomimo swojego słabego ciała (z wyglądu) to jednak siły miał i to
sporo. Odskoczyliśmy od niego i wbił, z wielkim hukiem, w ziemię swoją broń.
Rena od razu zaczęła strzelać w jego kierunku, jednak wszystkie strzały zostały
odbite przez te jego dziwną tarczę. Odporność na magiczne ataki? Rena od razu
się zorientowała i podbiegła do niego atakując go swoim mieczem. Doszło do kilku
wymiany ataków i wycofała się, gdy tylko użyła Fatality. Następnie Raven wbił
miecz w ziemię i skierował swoją nazo - rękę w jego stronę. Zaatakował demona Hellfire,
a Lorien korzystając z chwili spokoju, załadował magazynek i ponownie użył
Dreada. Potem pobiegłem w jego stronę i z powietrza rzuciłem się na niego z
Cornwellami, które miałem za plecami. Wszystkie miecze skierowałem prosto na
niego. Pomimo tego, że oberwał z wszystkich mieczy był w stanie atakować.
Unikałem jego ataków i gdy tylko nadarzyła się okazja, przywołałem trzy miecze
za sobą i skierowałem w stronę demona, a on… od tak po prostu złapał za mój
miecz w ręce, a pozostałe trzy przeciął swoim tasakiem. Uśmiechnął się
szyderczo i swoją prawą ręką złapał za gardło i dźwignął do góry. Szlak, tak
wpaść. Cornwell zniknął, jedynie moc Mrocznego otaczała moje ciało.
-Jesteś taki podobny do mojego pana chłopcze. Jesteś
człowiekiem, czy może demonem?
-Stul pysk umarlaku. – zacisnął mocniej swoją rękę tak,
że prawie oddychać nie mogłem.
-Będziesz tak samo pewnie krzyczeć, jak ci ukręcę kark
albo zgniotę organy oddechowe?
-Victorius Sword!
Nie wiadomo skąd i jak, nastąpił blask, że nic nie było
widać, dopóki o ziemię nie uderzył złotawy miecz, podobny trochę do Armageddona
arcyrycerzy. Przeciął jego rękę, a ten zawył z
bólu, a ja upadłem na ziemię. Zakaszlałem kilka razy i odrzuciłem tę
trupią rękę. Spojrzałem w kierunku osoby, co dzierżyła ten miecz. Była to
kobieta, o czerwonych włosach, spiętych w kok z wiszącymi warkoczami. Zbroja typowa dla żołnierzy z Belder.
Przyglądałem się jej przez chwilę.
-Wyrosłeś za ten czas Elsword. – ten głos… postawa… nie
może być. Odwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się życzliwie.
-Ele… sis.
-Zostaw resztę mi… braciszku.
Nie mogłem w to uwierzyć. Moja siostra, stoi tuż przede
mną. Po tylu latach.
Ruszyła w kierunku wroga. Atakowała go w zawrotnym tempie,
aż nie wykończyła. By mieć pewność, że to brzydactwo zniknie, zaatakowała go czymś
podobnego do Double Slasha. Jednak atak był szybszy od tamtego ciosu, co
używają arcyrycerze.
Przyjaciele podeszli do mnie i zapytali, czy wszystko ze
mną w porządku. Kiwnąłem im głową i nadal wpatrywałem się w moją siostrę.
Zapytali mnie też, czy ją znam. Odpowiedziałem im, kim ona jest. Byli tak samo
zszokowani jak ja. Kilka chwil potem podeszła do mnie i nachyliła się nade mną.
Znowu się uśmiechnęła jak wcześniej i położyła dłoń na mojej głowie.
-Dobra robota, Elsword. – patrzałem chwilę na nią i
wstałem. Podszedłem do niej i się przytuliłem. – Co ty…
-Witaj z powrotem, siostro.
Objęła mnie i przez jakiś czas tak staliśmy.