wtorek, 30 lipca 2013

Wpis8



Miasto wyglądało spokojnie, jak zawsze. Idąc dalej napotkaliśmy grupkę wojowników, co biegli w kierunku bram wyjściowych. Pobiegliśmy za nimi i tam zauważyliśmy dość sporą liczbę demonów, która przedarła się przez bramy i niszczyła wszystko, co stanęło na ich drodze. Czym prędzej złapaliśmy za bronie i ruszyliśmy wyrzynać te śmieci, co do jednego. Przewaga była po naszej stronie. W końcu wytępiliśmy wspólnie zarazę i przez chwile mogliśmy świętować zwycięstwo. Chwile… ponieważ przez bramę weszła kolejna, takiej samej ilości grupa demonów. Źle się to wszystko zapowiadało. Byliśmy już wyczerpani walką, a mamy jeszcze raz… Zebraliśmy się do kupy i Aisha użyła zaklęcia regenerującego energię człowieka. Zużyła całą swoją magię dla nas, byśmy mogli odeprzeć ich atak, a ona sama usiadła zmęczona. Zabrałem ją w bezpieczne miejsce, a reszta ekipy poszła już walczyć. Położyłem ją obok ruin domu, tak by demony nie dostały się do niej.
-Idź już Elsword. Nic mi nie będzie.
-Wygramy to.
-Wiem.
Uśmiechnęła się i skierowałem się w kierunku obszaru bitwy.
-Gotowi panowie?
-Zawsze mój panie.
-W końcu się rozerwę!!! Nic z nich nie zostanie!!!
-Takie podejście mi się podoba.
Przywołałem moce Mrocznego, Cornwella i zabijałem każdego demona, co stanął mi na drodze. W pewnym momencie zaczęli nas wypychać bardziej w głąb miasta. Nie byliśmy w stanie odeprzeć ich ataki.
-Cholera co robimy? Jak tak dalej pójdzie…
-Musimy ich tu zatrzymać.
-Zostawcie to mnie. – spojrzeliśmy na Loriena, który ładował amunicję do swojego działa.
-Co zamierzasz zrobić?
-Ja? – załadował ostatnią amunicję i spojrzałem na nas z pewnością siebie. – Krótkie przedstawienie.
Aktywował tryb Berserka i użył Carpeta, następnie Dreada i patrzeliśmy jak jego pociski wybuchają i likwidują przeciwników. Gdy chmura kurzu zniknęła, dostrzegliśmy na środku swojego rozmiarów demona, który miał aktywowaną tarczę. Był dziwnie podobny do umarlaka. Szaty jak trup, do tego jego twarz. Cała jakby spalona, krwisto czerwone oczy i szyderczy uśmieszek. Był pewny siebie, nawet nie bał się śmierci. Ruszył w naszą stronę. Rozdzieliliśmy się, a ja wraz z Ravenem zablokowaliśmy atak jego kosą? Nie… to był  tasak z podwójnymi ostrzami. Choćby kształt półksiężyca. Pomimo swojego słabego ciała (z wyglądu) to jednak siły miał i to sporo. Odskoczyliśmy od niego i wbił, z wielkim hukiem, w ziemię swoją broń. Rena od razu zaczęła strzelać w jego kierunku, jednak wszystkie strzały zostały odbite przez te jego dziwną tarczę. Odporność na magiczne ataki? Rena od razu się zorientowała i podbiegła do niego atakując go swoim mieczem. Doszło do kilku wymiany ataków i wycofała się, gdy tylko użyła Fatality. Następnie Raven wbił miecz w ziemię i skierował swoją nazo - rękę w jego stronę. Zaatakował demona Hellfire, a Lorien korzystając z chwili spokoju, załadował magazynek i ponownie użył Dreada. Potem pobiegłem w jego stronę i z powietrza rzuciłem się na niego z Cornwellami, które miałem za plecami. Wszystkie miecze skierowałem prosto na niego. Pomimo tego, że oberwał z wszystkich mieczy był w stanie atakować. Unikałem jego ataków i gdy tylko nadarzyła się okazja, przywołałem trzy miecze za sobą i skierowałem w stronę demona, a on… od tak po prostu złapał za mój miecz w ręce, a pozostałe trzy przeciął swoim tasakiem. Uśmiechnął się szyderczo i swoją prawą ręką złapał za gardło i dźwignął do góry. Szlak, tak wpaść. Cornwell zniknął, jedynie moc Mrocznego otaczała moje ciało.
-Jesteś taki podobny do mojego pana chłopcze. Jesteś człowiekiem, czy może demonem?
-Stul pysk umarlaku. – zacisnął mocniej swoją rękę tak, że prawie oddychać nie mogłem.
-Będziesz tak samo pewnie krzyczeć, jak ci ukręcę kark albo zgniotę organy oddechowe?
-Victorius Sword!
Nie wiadomo skąd i jak, nastąpił blask, że nic nie było widać, dopóki o ziemię nie uderzył złotawy miecz, podobny trochę do Armageddona arcyrycerzy. Przeciął jego rękę, a ten zawył z  bólu, a ja upadłem na ziemię. Zakaszlałem kilka razy i odrzuciłem tę trupią rękę. Spojrzałem w kierunku osoby, co dzierżyła ten miecz. Była to kobieta, o czerwonych włosach, spiętych w kok z wiszącymi warkoczami. Zbroja typowa dla żołnierzy z Belder. Przyglądałem się jej przez chwilę.
-Wyrosłeś za ten czas Elsword. – ten głos… postawa… nie może być. Odwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się życzliwie.
-Ele… sis.
-Zostaw resztę mi… braciszku.
Nie mogłem w to uwierzyć. Moja siostra, stoi tuż przede mną. Po tylu latach.
Ruszyła w kierunku wroga. Atakowała go w zawrotnym tempie, aż nie wykończyła. By mieć pewność, że to brzydactwo zniknie, zaatakowała go czymś podobnego do Double Slasha. Jednak atak był szybszy od tamtego ciosu, co używają arcyrycerze.
Przyjaciele podeszli do mnie i zapytali, czy wszystko ze mną w porządku. Kiwnąłem im głową i nadal wpatrywałem się w moją siostrę. Zapytali mnie też, czy ją znam. Odpowiedziałem im, kim ona jest. Byli tak samo zszokowani jak ja. Kilka chwil potem podeszła do mnie i nachyliła się nade mną. Znowu się uśmiechnęła jak wcześniej i położyła dłoń na mojej głowie.
-Dobra robota, Elsword. – patrzałem chwilę na nią i wstałem. Podszedłem do niej i się przytuliłem. – Co ty…
-Witaj z powrotem, siostro.
Objęła mnie i przez jakiś czas tak staliśmy.

wtorek, 23 lipca 2013

Wpis7

Minął tydzień od kiedy wprowadzili mounty. Z Lorienem jak nienormalni chodziliśmy na dzienne misje byleby mieć kasę na zwierza. Drażniło mnie trochę, że podczas przechodzenia Henira ktoś inny miał Phoro, czy Mobiego. Wolny czas jaki mi pozostał po wykonywaniu misji poświęcałem Zeki. Przynajmniej można było się oderwać od zadań i innych spraw na głowie. Zeki to odpowiadało, bo z dnia na dzień była weselsza i jakby na nowo ożyła. Jednak źle się nią zajmowałem ostatnimi czasami... Cieszę się, że jakoś się ułożyło to wszystko i można znowu żyć normalnie.
Od codzienności oderwał nas koncert zespołu Crayon Pop. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji. Dużo zabaw przygotowano na ten dzień i sam koncert rewelacyjny. Cała nasza grupka świetnie się bawiła. Przy okazji spotkaliśmy też członków gildii, co akurat przebywają w Sander i wspólnie spędziliśmy czas przy świetnej muzyce.
Następnego dnia leniwie z Chungiem poszliśmy na miasto. Poszliśmy poszukać sobie mountów do kupienia. Aranka jest tylko pośredniczką w dostarczaniu informacji, więc dzięki jej pomocy udało nam się zlokalizować sprzedawców zwierzaków. Gdy dotarliśmy na miejsce przyglądaliśmy się każdemu z nich i na nowo czytaliśmy co potrafią. Trzeba teraz zdecydować co kupujemy, bo nie będzie odwrotu. Już wcześniej podjęliśmy decyzje, ale wiadomo jak to jest. Potem się okaże, że zły wybór i co wtedy? Kupiłem sobie Coco, a Lorien Mobiego. Zadowoleni wsiedliśmy na nasze mounty i zaczęliśmy na nich spacerować po mieście. Trzeba przyznać, że fajnie jest mieć coś takiego. Od razu polubiłem mojego nowego towarzysza. Lorien pojechał do Vapor uczyć się alchemii, a ja udałem się z Coco na przejażdżkę. Dotarliśmy aż do samego wzgórza, bo potem już Coco nie miał sił dalej biec. Zszedłem z niego i poszliśmy przed siebie. Słońce grzało jak nienormalne. Kurak usiadł sobie pod drzewem i odpoczywał, a ja obok niego. Po jakimś czasie usnął. Mi to tam nie przeszkadzało. Nigdzie mi się nie śpieszy. Skoro mam już mounta, to teraz zarabiać dla siebie no i na składkę w grupie. Położyłem się i starałem się o niczym nie myśleć. I wtedy przypomniało mi się wiadomości, które dostawałem od gildii i innych znajomych z Belder. Byli przyjaciele, teraz zrobią wszystko by się ciebie pozbyć i uprzykrzyć życie na maksa. Trochę drażni fakt, że takie dzieci robią z siebie takie gwiazdy, a do niczego nie doszli. Dobrze, że w Sander jestem i do Hamel ta dzieciarnia nie dostała się. Przynajmniej jest spokój. W sumie nie powinienem takimi błahostkami się przejmować. Mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż te dzieci.
Po dłuższym czasie Coco mnie szturchnął w ramię i zabraliśmy się do pałacu. Było już po zachodzie słońca. Gdy wróciliśmy Aisha oczarowana Coco zaczęła go rozpieszczać, a jemu to nie przeszkadzało. Dodałem tylko by go zbytnio nie rozpieściła i ucałowałem w policzek. Zadowolona zaczęła się bawić z Coco, a ja udałem się do jadalni. Tam w najlepsze Rena obierała sobie jabłko. Zapytałem ją jak minął dzień. Zdziwiona trochę odpowiedziała na moje pytanie i zapytała o mounta. Powiedziałem tyle, co na chwilę obecną wiedziałem. Chciała jutro pójść ze mną na Henira i zobaczyć w akcji Coco. Zgodziłem się i nagle znikąd wparzył Lorien i dodał, że też idzie, bo chce Mobiego sprawdzić. Był cały uwalony kurzem, czy bo ja wiem czym. Zapytałem, co się stało. To podrapał się po głowie i z niewinnym uśmiechem powiedział, że źle dobrał składniki i wybuchnęło mu w ręce, to nad czym pracował. Patrzałem na niego jak na jakiegoś idiotę, no ale dobra. Zna się na swojej robocie, a wpadki się zdarzają. Wieczór jak i noc spędziłem z Zeki, a rano jak zwykle ją samą zostawiłem.
Gdy doprowadziłem się do porządku zszedłem na dół. Tam siedzieli już Lorien i Rena. Zjedliśmy i wyruszyliśmy z mountami na podbój Henira. Z nimi o wiele szybciej szło jak samemu. Będę musiał trochę z Coco potrenować, by tak szybko nie tracił sił. Przyjemnie minął poranek wraz z Reną. Cholera nie wiedziałem, że ona serio chciała zobaczyć mounty w akcji. Myślałem, że nas ochrzani za opieprzanie się, czy coś podczas Henira. Zaraz potem udaliśmy się na do Camilli. Tam cała nasza trójka dostała listy od Penentia. Był to list na obowiązkowe wstawienie się i wyrażenie zgody na nauki nowych umiejętności. Wtedy w mojej głowie odezwał się Cornwell i powiedział, że mam załatwić, bym sam mógł się uczyć z nim nowych technik. Camilla poprosiła nas byśmy dali reszcie te listy. Zabraliśmy je i wróciliśmy do pałacu. Raven i Ara byli na dziedzińcu więc się im przekazało listy. Została Aisha. Z nią problemu nie będzie. Odprowadziłem Coco do jego nowego domu (pokoju) i sam wróciłem do swojego. Śnieżynka z łzami i radością rzuciła się mi na szyje (choćby Aisha) i tuliła się niemiłosiernie. Jej znowu coś odbiło? Gdy tylko udało mi się ją zdjąć z siebie powiedziała, że cieszy się z mojego powrotu. Serio odbija jej. Pozwoliłem jej wyjść i trochę się dotlenić, bo martwiłem się, że znowu coś odpali. Wyłożyłem się na łóżku i zastanawiałem się co będę robić przez resztę dnia. PvP? Pogadać z Cornwellem? Zająć się Coco? A może Aishą? Albo pieprzyc wszystko i dzień wolny? Chyba to będzie najlepsze opcja.
Kilka godzin miałem spokój, dopóty nie wpadła do pokoju Zeki i usiadła na mnie. Przez chwile niedobrze mi się zrobiło, ale z czasem minęło.
-Odbiło ci? Nie jestem maskotką żadną.
-E tam, sprawdzam twoją wytrzymałość.
-Wytrzymałość powiadasz? - szarpnąłem ją za rękę i położyłem obok siebie, trzymając za obie ręce i częściowo leżąc na niej. - To teraz sprawdzimy twoją wytrzymałość. - spojrzałem w jej oczy i przez 3 min była w stanie patrzeć prosto na mnie, jednak potem już nie dała rady. Jak zawsze.
-Znęcasz się znowu nade mną. Dobrze wiesz, że...
-Tak, wiem. Nadal nie umiesz panować nad swoimi emocjami moja droga. - musnąłem wargami jej szyję i lekko westchnęła. - Zeki dobrze wiesz jak to na mnie działa.
-Co ja na to poradzę! Skończ te gierki! - powoli zaczynała się szarpać. Położyłem się całkowcie na niej i dotknąłem ustami jej warg.
-Gdzie ci tak śpieszno moja księżniczko? - nie odpowiedziała nic tylko odwróciła wzrok. Była lekko zarumieniona i jakby obecna sytuacja wprawiła ją w zakłopotanie. - Taka mi się podobasz wiesz. - spojrzała lekko zdziwiona, a ja się do nie uśmiechnąłem. - Niewinna i urocza. 
Nie zauważyłem kiedy, a zaczęliśmy całować się zachłannie i namiętnie. Dziwne, że akurat teraz przyszło takie pożądanie. Wszystko było dobrze dopóki... 
-Elsword!!! Ma... - chwila ciszy i co się dzieje? Lorien energicznie otworzył drzwi i wpadł do pokoju rycząc moje imię i uciął w połowie kolejnego słowa. - Wow. - spojrzeliśmy na niego. Byłem trochę wkurzony, bo akurat teraz sobie wybrał moment wejścia do mojego pokoju. Zaśmiał się, założył ręce i oparł o drzwi. - Heee mielibyście problem gdybym was zobaczył jak..
-Stul się. - ponowie zaśmiał się i spojrzał na nas. Tym razem już poważnie.
-Demony atakują Belder. Natychmiast mamy się tam wstawić.
Belder? Skąd tam demony się wzięły. Od razu zaczęliśmy szykować się do pójscia Belder. Zebraliśmy się na dole i wyruszyliśmy do Belder za pomocą biletów Aranki.

sobota, 6 lipca 2013

Wpis6

Niby zwykły dzień, monotonny jak zawsze, jednak nie dziś. Całe miasto było niezwykle pobudzone. Ciekawiło mnie czym… Długo czekać nie musiałem. Gdy tylko zszedłem do przyjaciół powiedzieli mi, iż na sprzedaż zostają wprowadzone mounty. Zaciekawiło mnie, jakie mounty i czym one w ogóle są. Wraz z Śnieżynką i całą ekipą udaliśmy się na miasto. Podczas drogi spotykaliśmy różnych ludzi z różnymi nowymi towarzyszami. Trzeba przyznać, że są duże i różnorodne. Jak nie coś podobnego do Kuraka, to nazoidy lub Buras. Zastanawiałem się do czego one są zdolne i w sumie chciałem się czegoś o nich samych dowiedzieć. Skierowaliśmy się do Aranki i tam nam wszystko wyjaśniła. Kurak zwie się Cockatrice, nazoid w postaci modułu, nie wiem wyścigówki to MobiRT, Buras to Buras i drugi z nazoidów skorpion Type-R. Opisała nam pokrótce, co każdy z mountów potrafi. Brzmi ciekawie. Zapytałem ile kosztują. Odparła z uśmiechem 170kk do 300kk. Wszystkim mina zrzedła. Jednak taki mount to spory wydatek. Mniejsza, nieważne ile kosztuje i tak będę mieć któregoś z nich. Wymieniłem spojrzenie z Lorienem. Zostawiliśmy resztę i udaliśmy się zarabiać kasę. Zapytałem go, którego kupuje. Odparł krótko, że ma na oku Mobiego. Nie wiem czemu, ale jakoś chce mieć Coco (tak będzie się nazywać). To mam teraz spore zajęcie na przyszłe dni.
Najpierw Heniry, a zaraz potem inne dzienne misje i dodatkowo wpadliśmy na PvP. Bądź co bądź, jednak poprzez walki też idzie zarabiać. Zależało mi na tym mouncie. Im szybciej go będę mieć tym lepiej. Przechodząc po mieście spotykaliśmy innych jak trenowali z swoimi nowymi towarzyszami. Zaskoczyło mnie, że coś takiego pojawo się na sprzedaż.
Cały dzień szybko zleciał. Nim się obejrzeliśmy zbliżał się wieczór. Wróciwszy do pałacu, udaliśmy się do pokoju gościnnego i tam rozwaliliśmy się z Lorienem na sofach. Dyskutowaliśmy ciągle o tych zwierzakach, a nasze małe pupile bawiły się w różne rzeczy. Gdy tak sobie odpoczywaliśmy w najlepsze, do pokoju wpadły dziewczyny rozgadane na całego. Na nasz widok trochę się zdziwiły i zapytały, co tu robimy.
-Odpoczywamy nie widać? – rzucił obojętnie Lorien.
-W przeciwieństwie do was coś robimy.
-Odezwali się wielcy panowie wiecznie zapracowani… - prychnęła Aisha i założyła ręce.
-Ktoś musi zarabiać na utrzymanie was i spełnianie zachcianek nie sądzisz? – dogryzłem jej i rzuciłem drwiący uśmieszek.
-Dobra dziewczyny chodźmy do innego pokoju. – skierowały się do wyjścia.
-Zekira znowu focha strzeliła huhu… Elsword za mało jej czasu poświęcasz.
-Wydaje ci się. - zaśmialiśmy się i znowu zostaliśmy sami.
-Jak ty z nią wytrzymujesz?
-Nie pytaj. Sam zadaje sobie czasem te pytanie.
-Albo jest rozpieszczona albo taka jest.
-Wiesz wydaje mi się, że to i to. Taka jest, po prostu.
-Nieważne nie moja sprawa. Idę do siebie. Muszę coś przeczytać.
Pożegnaliśmy się i zostałem jeszcze chwile w pokoju gościnnym. Pomimo wszystko trochę się martwię o Aishę. Albo jestem zbyt zapracowany albo sam już nie wiem. Muszę ostrożnie z nią się obchodzić, jak kiedyś…

Kolejnego dnia z samego rana, wraz z Lorienem wykonywaliśmy dzienne misję i rozmawialiśmy z Kakazu o stanie gildii. Nie ma źle, jakoś wszystko się trzyma, pomimo wszystkich akcji. Po zakończeniu misji udaliśmy się z Lorienem do kawiarni. Tam na spokojnie czytał sobie książkę, a ja przeglądałem papiery gildii. Gdy już odpoczęliśmy wróciliśmy do pałacu. Oddałem Lorienowi papiery i poprosiłem by je włożył do teczki i odstawił na miejsce. Zabrał wszystko i udał się do siebie, a ja na dziedziniec. Zauważyłem Rene i Ravena, co razem siedzieli i o czymś dyskutowali. Przeszedłem koło nich udając, że nic nie widzę i nie słyszę. Idąc dalej w kierunku ogrodów dostrzegłem Aishe, która siedziała na ławce i przeglądała coś. Usiadłem obok niej i zapytałem co tam ma. Od razu zamknęła książkę i powiedziała, że to nie moja sprawa.
-Odgrywasz się za wczoraj co?
-Nie odgrywam. Zresztą… - już chciała iść, jednak nie chciałem by na tym rozmowa się skończyła. Złapałem ją za rękę. Spojrzała na mnie, westchnęła i usiadła z powrotem. – O co chodzi?
-O to samo mógłbym zapytać. Słuchaj Zeki popełniam błędy jak każdy, ale ty wiesz jaki jestem.
-Teraz zachciało ci się na takie rozmowy…
-Kiedyś trzeba. Powiedz mi Zeki, kochasz mnie jeszcze jak kiedyś?
-Jesteś głupi czy co? Nie zmieniam swoich uczuć do kogoś od tak. – przytuliła się i przez chwile trwała cisza. – Zawsze będę cię kochać i nie pytaj więcej o to.
-Skoro tak chcesz.
Siedzieliśmy jeszcze przez jakiś czas, a potem poszliśmy się przejść po mieście. Wieczorem wróciliśmy i do późnej godziny poświęciłem jej czas, jak kiedyś.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Wpis5

Dziś nadszedł czas pozbycia się tego śmiesznego kompletu MK-2. Wczesnym porankiem (5rano) zapukałem do drzwi Loriena. Ten jakby nigdy nic otworzył i zapytał, czego chce od niego. Chwila, co on o 5 rano na nogach robi? W sumie miałem ważniejsze rzeczy na głowie, więc powiedziałem mu, że muszę pozbyć się nowego kompletu Aishy. Weszliśmy do środka pokoju i tam wytłumaczyłem mu cały plan działania. Podczas niego Chung pokazał mi jakąś ulotkę, na której było napisane, że można zmienić MK-2 komplet na inny, ładniejszy. No trzeba przyznać, że ten jest o wiele lepszy. Więc po wprowadzeniu małych zmian w planie czekaliśmy, aż Aisha wstanie.

Podczas śniadania zachowywaliśmy się normalnie, w ciszy jedliśmy posiłek. W pewnym momencie Aisha zaczęła podejrzliwie patrzeć na mnie, tak jakby przeczuwała, że coś się święci. Kątem oka na nią spojrzałem i się uśmiechnąłem, a ona od razu pokręciła głową i skierowała się do wyjścia. Wtedy kiwnąłem głowę w stronę Loriena i zapytał, czy pójdzie z nim pospacerować po mieście. Rena od razu zapytała, czy by zrobili zakupy przy okazji. Jest jeszcze lepiej niż myślałem. Aisha się zgodziła, Chung też i tak zaczynamy nasz plan. Zanim wyszli na miasto pożegnałem się z Zeki i dodałem by uważała na siebie. Teraz tym bardziej coś jej nie pasowało i zapytała, czemu dziś taki miły jestem. No co za babsko. Nie dość, że człowiek się stara to jeszcze się doczepi. Dałem jej pstryczek w czoło i rzuciłem, że za dużo myśli. Trochę naburmuszona opuściła pałac, a ja skierowałem się do jej pokoju.

Wszystko fajnie, tylko cholera jasna, gdzie ona schowała ten durny komplet nazoida?! Wywróciłem pokój do góry nogami i nic zero śladu. Nie jest dobrze... Zszedłem na dół i Rena zapytała mnie, czy przejdę się pralni odebrać jej ciuchy. O! To będzie to. Zgodziłem się i skierowałem się do danego miejsca.
Na miejscu poprosiłem tamtejszą obsługę o ubrania Reny i Aishy. Jak strzał w dziesiątkę. Gdy je dostałem skierowałem się do wyjścia i cholera na przeciwko mnie spacerowali Lorien i Zeki. Gdy go zobaczyłem, a on mnie od razu serce zaczęło szybciej bić. Aisha już się obracała, ja szybko za drzwi się schowałem i kątem oka zobaczyłem jak Lorien odciąga ją od tego miejsca. Gdy teren był bezpieczny odsapnąłem i udałem się do Aranki.
Zapytałem ją ile kosztuje wymiana starego MK-2 na nowy. Odparła, że kilka groszy (ta kilka groszy... każda część 5milionów). Zgodziłem się no. Dla mnie to majątek nie jest, ale jednak trochę szkoda kasy.
Wracając do pałacu znowu trafiliśmy na siebie. Tym razem było to na rynku. Od razu się obróciłem w stronę jakiegoś stoiska, za jakimiś ludźmi by mnie czasem nie zobaczyła. Chung i Aisha przeszli koło mnie i szli dalej, a ja znowu odetchnąłem z ulgą.

W pałacu oddałem Renie jej ubrania, a w pokoju Aishy zostawiłem jej nowy komplet MK-2. Przynajmniej będzie jak człowiek wyglądać... Następnie udałem się na dzienne misje, a potem trening.
Podczas niego Cornwell chciał, ze mną pomówić. Trochę mnie to zaskoczyło, bo już trochę minęło od naszej ostatniej rozmowy.
-Elsword twoja siła jest już na wysokim poziomie.
-Ta dzieciaku, stałeś się silniejszy niż przypuszczałem. - prychnął Mroczny i zastanawiał się nad kolejnym ruchem w partyjce szachów z staruszkiem. Rozwaliłem się wygodnie na kanapie i zapytałem ich, po co mnie tu ściągnęli.
-Postanowiliśmy nauczyć cię kilku nowych umiejętności które przydadzą ci się w przyszłych walkach.
-Jakich umiejętności? - zaciekawiło mnie to. Nowe umiejętności Cornwella? Czyli to co umiem, to nie wszystko?
-Z czasem się dowiesz. Cierpliwości chłopcze.
Po tej rozmowie, jakoś szczęśliwy byłem, że w najbliższym czasie będę potrafił coś nowego, innego.

Wieczorem, gdy wróciłem, skierowałem się do jadalni. Tam Aisha rzuciła się na szyję i znowu chciała mnie udusić. Dziękowała, za prezent (prezent jaaasne) i w skowronkach biegała po jadalni, a Rena pod nosem się śmiała. Lorien podpierał się jedną ręką i przeglądał jakąś książkę. Czyli nasz plan wypalił.