wtorek, 23 lipca 2013

Wpis7

Minął tydzień od kiedy wprowadzili mounty. Z Lorienem jak nienormalni chodziliśmy na dzienne misje byleby mieć kasę na zwierza. Drażniło mnie trochę, że podczas przechodzenia Henira ktoś inny miał Phoro, czy Mobiego. Wolny czas jaki mi pozostał po wykonywaniu misji poświęcałem Zeki. Przynajmniej można było się oderwać od zadań i innych spraw na głowie. Zeki to odpowiadało, bo z dnia na dzień była weselsza i jakby na nowo ożyła. Jednak źle się nią zajmowałem ostatnimi czasami... Cieszę się, że jakoś się ułożyło to wszystko i można znowu żyć normalnie.
Od codzienności oderwał nas koncert zespołu Crayon Pop. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji. Dużo zabaw przygotowano na ten dzień i sam koncert rewelacyjny. Cała nasza grupka świetnie się bawiła. Przy okazji spotkaliśmy też członków gildii, co akurat przebywają w Sander i wspólnie spędziliśmy czas przy świetnej muzyce.
Następnego dnia leniwie z Chungiem poszliśmy na miasto. Poszliśmy poszukać sobie mountów do kupienia. Aranka jest tylko pośredniczką w dostarczaniu informacji, więc dzięki jej pomocy udało nam się zlokalizować sprzedawców zwierzaków. Gdy dotarliśmy na miejsce przyglądaliśmy się każdemu z nich i na nowo czytaliśmy co potrafią. Trzeba teraz zdecydować co kupujemy, bo nie będzie odwrotu. Już wcześniej podjęliśmy decyzje, ale wiadomo jak to jest. Potem się okaże, że zły wybór i co wtedy? Kupiłem sobie Coco, a Lorien Mobiego. Zadowoleni wsiedliśmy na nasze mounty i zaczęliśmy na nich spacerować po mieście. Trzeba przyznać, że fajnie jest mieć coś takiego. Od razu polubiłem mojego nowego towarzysza. Lorien pojechał do Vapor uczyć się alchemii, a ja udałem się z Coco na przejażdżkę. Dotarliśmy aż do samego wzgórza, bo potem już Coco nie miał sił dalej biec. Zszedłem z niego i poszliśmy przed siebie. Słońce grzało jak nienormalne. Kurak usiadł sobie pod drzewem i odpoczywał, a ja obok niego. Po jakimś czasie usnął. Mi to tam nie przeszkadzało. Nigdzie mi się nie śpieszy. Skoro mam już mounta, to teraz zarabiać dla siebie no i na składkę w grupie. Położyłem się i starałem się o niczym nie myśleć. I wtedy przypomniało mi się wiadomości, które dostawałem od gildii i innych znajomych z Belder. Byli przyjaciele, teraz zrobią wszystko by się ciebie pozbyć i uprzykrzyć życie na maksa. Trochę drażni fakt, że takie dzieci robią z siebie takie gwiazdy, a do niczego nie doszli. Dobrze, że w Sander jestem i do Hamel ta dzieciarnia nie dostała się. Przynajmniej jest spokój. W sumie nie powinienem takimi błahostkami się przejmować. Mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż te dzieci.
Po dłuższym czasie Coco mnie szturchnął w ramię i zabraliśmy się do pałacu. Było już po zachodzie słońca. Gdy wróciliśmy Aisha oczarowana Coco zaczęła go rozpieszczać, a jemu to nie przeszkadzało. Dodałem tylko by go zbytnio nie rozpieściła i ucałowałem w policzek. Zadowolona zaczęła się bawić z Coco, a ja udałem się do jadalni. Tam w najlepsze Rena obierała sobie jabłko. Zapytałem ją jak minął dzień. Zdziwiona trochę odpowiedziała na moje pytanie i zapytała o mounta. Powiedziałem tyle, co na chwilę obecną wiedziałem. Chciała jutro pójść ze mną na Henira i zobaczyć w akcji Coco. Zgodziłem się i nagle znikąd wparzył Lorien i dodał, że też idzie, bo chce Mobiego sprawdzić. Był cały uwalony kurzem, czy bo ja wiem czym. Zapytałem, co się stało. To podrapał się po głowie i z niewinnym uśmiechem powiedział, że źle dobrał składniki i wybuchnęło mu w ręce, to nad czym pracował. Patrzałem na niego jak na jakiegoś idiotę, no ale dobra. Zna się na swojej robocie, a wpadki się zdarzają. Wieczór jak i noc spędziłem z Zeki, a rano jak zwykle ją samą zostawiłem.
Gdy doprowadziłem się do porządku zszedłem na dół. Tam siedzieli już Lorien i Rena. Zjedliśmy i wyruszyliśmy z mountami na podbój Henira. Z nimi o wiele szybciej szło jak samemu. Będę musiał trochę z Coco potrenować, by tak szybko nie tracił sił. Przyjemnie minął poranek wraz z Reną. Cholera nie wiedziałem, że ona serio chciała zobaczyć mounty w akcji. Myślałem, że nas ochrzani za opieprzanie się, czy coś podczas Henira. Zaraz potem udaliśmy się na do Camilli. Tam cała nasza trójka dostała listy od Penentia. Był to list na obowiązkowe wstawienie się i wyrażenie zgody na nauki nowych umiejętności. Wtedy w mojej głowie odezwał się Cornwell i powiedział, że mam załatwić, bym sam mógł się uczyć z nim nowych technik. Camilla poprosiła nas byśmy dali reszcie te listy. Zabraliśmy je i wróciliśmy do pałacu. Raven i Ara byli na dziedzińcu więc się im przekazało listy. Została Aisha. Z nią problemu nie będzie. Odprowadziłem Coco do jego nowego domu (pokoju) i sam wróciłem do swojego. Śnieżynka z łzami i radością rzuciła się mi na szyje (choćby Aisha) i tuliła się niemiłosiernie. Jej znowu coś odbiło? Gdy tylko udało mi się ją zdjąć z siebie powiedziała, że cieszy się z mojego powrotu. Serio odbija jej. Pozwoliłem jej wyjść i trochę się dotlenić, bo martwiłem się, że znowu coś odpali. Wyłożyłem się na łóżku i zastanawiałem się co będę robić przez resztę dnia. PvP? Pogadać z Cornwellem? Zająć się Coco? A może Aishą? Albo pieprzyc wszystko i dzień wolny? Chyba to będzie najlepsze opcja.
Kilka godzin miałem spokój, dopóty nie wpadła do pokoju Zeki i usiadła na mnie. Przez chwile niedobrze mi się zrobiło, ale z czasem minęło.
-Odbiło ci? Nie jestem maskotką żadną.
-E tam, sprawdzam twoją wytrzymałość.
-Wytrzymałość powiadasz? - szarpnąłem ją za rękę i położyłem obok siebie, trzymając za obie ręce i częściowo leżąc na niej. - To teraz sprawdzimy twoją wytrzymałość. - spojrzałem w jej oczy i przez 3 min była w stanie patrzeć prosto na mnie, jednak potem już nie dała rady. Jak zawsze.
-Znęcasz się znowu nade mną. Dobrze wiesz, że...
-Tak, wiem. Nadal nie umiesz panować nad swoimi emocjami moja droga. - musnąłem wargami jej szyję i lekko westchnęła. - Zeki dobrze wiesz jak to na mnie działa.
-Co ja na to poradzę! Skończ te gierki! - powoli zaczynała się szarpać. Położyłem się całkowcie na niej i dotknąłem ustami jej warg.
-Gdzie ci tak śpieszno moja księżniczko? - nie odpowiedziała nic tylko odwróciła wzrok. Była lekko zarumieniona i jakby obecna sytuacja wprawiła ją w zakłopotanie. - Taka mi się podobasz wiesz. - spojrzała lekko zdziwiona, a ja się do nie uśmiechnąłem. - Niewinna i urocza. 
Nie zauważyłem kiedy, a zaczęliśmy całować się zachłannie i namiętnie. Dziwne, że akurat teraz przyszło takie pożądanie. Wszystko było dobrze dopóki... 
-Elsword!!! Ma... - chwila ciszy i co się dzieje? Lorien energicznie otworzył drzwi i wpadł do pokoju rycząc moje imię i uciął w połowie kolejnego słowa. - Wow. - spojrzeliśmy na niego. Byłem trochę wkurzony, bo akurat teraz sobie wybrał moment wejścia do mojego pokoju. Zaśmiał się, założył ręce i oparł o drzwi. - Heee mielibyście problem gdybym was zobaczył jak..
-Stul się. - ponowie zaśmiał się i spojrzał na nas. Tym razem już poważnie.
-Demony atakują Belder. Natychmiast mamy się tam wstawić.
Belder? Skąd tam demony się wzięły. Od razu zaczęliśmy szykować się do pójscia Belder. Zebraliśmy się na dole i wyruszyliśmy do Belder za pomocą biletów Aranki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz