poniedziałek, 1 września 2014

Wpis1 MM

Jak wcześniej pisałem, gdy skończyliśmy naszą pracę w terenie wróciliśmy do Peity. Ledwo weszliśmy do miasta i Alvar podbiegł do nas z pilnym listem, z Belder. Odebrałem go i przeczytałem. Po chwili zaśmiałem się i oddałem list w ręce Nydio.
- Za tydzień idziemy na wojnę. Mam nadzieję, że się cieszycie - oznajmiłem.
- Wojna? Ha, ha. Ale będzie ubaw - roześmiał się Innoke.
- To wracamy do Belder, ta? - zapytał znudzony Kelenthi.
Odwróciłem się w jego stronę i przytaknąłem. W skrócie zdałem raport Alvarowi o udanej misji i wróciliśmy do naszego byłego, rodzinnego (o ile mogę go tak nazwać) miasta.
Spokojnym korkiem kierowaliśmy się do siedziby belderskich wojowników. Gdy już weszliśmy zastaliśmy tłumy ludzi. Vanessa chyba wszystkich zmobilizowała. W ogóle nawet nie wiem, z kim ta pieprzona wojna jest. Weszliśmy na pierwsze piętro. Budynek jest dwupiętrowy o dużej przestrzeni. W środku śmiało można urządzać sobie walki, przynajmniej dla tych co walczą w zwarciu. Ochrona też jest tu na wysokim poziomie, chociaż zależy dla kogo, hah. Kazałem reszcie zaczekać, a sam z tutejszą strażą udaliśmy się do gabinetu pani dowódcy. Wpuścili mnie do środka i zamknęli za mną drzwi.
- Cieszę się, że już jesteś, Aldeger - odparła i wertowała w jakiś dokumentach.
- W końcu to było pilne wezwanie moja droga Vanesso. Nie mogłem tego zignorować - odparłem z nutką sarkazmu. Usiadłem wygodnie na fotelu i spoglądałem na kobietę. - Tak właściwie to z kim będzie wojna?
- Z Hamel. Myślałam, że napisałam o tym w liście.
Spojrzała na mnie zdenerwowana, a ja się zastanawiałem, czy faktycznie tam to było napisane. W sumie przeczytałem tylko początek, że jest wezwanie do wojska z powodu wojny, a dalsza część już mnie gówno obchodziła.
- Możliwe... wiesz, czytałem to zaraz po wykonaniu zadania w Peicie i mogło mi to umknąć.
- Stawiasz się do wojska, a  nawet nie wiesz z kim wojna się odbywa. Naprawdę jesteś gorszy od Adda. Przynajmniej on czytał do końca moje listy z zadaniami.
- Add? - Na samą wzmiankę o nim przeszedł mnie dreszcz. Podszedłem do Vanessy i oparłem się rękoma o jej biurko. - Będzie też walczyć?
- Tak.
Przez chwilę mi się przyglądała po czym zaśmiała się.
- Coś się tak zainteresował? Wyglądasz jakbyś dowiedział się o czymś bardzo ważnym.
- W rzeczy samej. Widzę nie wspominał ci o mnie i jeszcze jednym przyjacielu - odparłem i uśmiechnąłem się. Kobieta spojrzała na mnie i założyła ręce.
- Interesujące. Więc może opowiesz mi, kim on dla ciebie jest?
- Czy ja wiem... - odwróciłem się i oparłem o fotel, po czym dodałem: - Może sama go o to zapytaj jak już tu będzie.
Na tym temat rozmowy się zakończył i przeszliśmy do dyskusji odnośnie gwałtownego pogorszenia stosunków z Hamel.

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział XXIV Pojawienie się Masterminda; Ereda Island

Z strony MM

Po pomyślnie zakończonej misji udaliśmy się na spoczynek. Czemu pisze w liczbie mnogiej? Ponieważ nie podróżuje sam, tylko z moimi towarzyszami albo raczej ludźmi, którzy uważają mnie za swojego zbawcę. Cieszę się, że tak mnie postrzegają, jednak nie zasłużyłem sobie na ten tytuł.  Nim rozpocznę pisać o obecnych wydarzeniach powinienem wrócić do czasów, gdy wszystko się zaczęło i jak poznałam moich kompanów.


Pomimo wszystko pochodzę z szlacheckiej rodziny. Zajmujemy się głównie badaniami i eksperymentami, czyli jesteśmy naukowcami. 

Dwadzieścia lat temu moja rodzina prowadziła badania nad nazoidami. Nie tylko my się tym zajmowaliśmy. Chcieliśmy dowiedzieć się wszystkiego na ich temat. Pierwszej rodzinie, której udało się poznać sekret nazoidów należała do mojego przyjaciela - Adda. Gdy tylko informacja się rozpowszechniła, władcy naszego kraju postanowili się ich pozbyć. Powodem była zazdrość o wiedzę, która mogła im zagrozić. Podczas zabójstwa Add zaginął. Dodam również, iż byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Zawsze wygłupialiśmy się razem i przysparzaliśmy kłopoty dorosłym. Strasznie przeżyłem jego zaginięcie. Moja rodzina w tajemnicy prowadziła poszukiwana chłopaka, jednak nie udało się go odnaleźć. Postanowiłem wtedy całkowicie skupić się na nauce i pokazać, że wiedza jest najpotężniejszym wrogiem człowieka. 

Kilka lat po tych wydarzeniach zmarła moja matka i z ojcem przeprowadziliśmy się do Belder. Miałem dziesięć lat i właśnie wtedy poznałem mojego pierwszego współtowarzysza - Nydio. Był wojownikiem, który doznał poważnych obrażeń podczas walki. Nad życie własne cenił miasto i ich mieszkańców. Podczas ostatniej bitwy stracił lewę ramię i całe ciało miał pokiereszowane. Podczas badań wynikło, iż nie będzie mógł już walczyć. Nie chciał się z tym pogodzić i błagał lekarzy, by znaleźli jakiś sposób, by mógł ponownie wrócić na pole walki. Niestety odmówili mu i mężczyzna popadł w depresję. 
Dzięki wpływom ojca, udało mu się 'dorwać' Nydio i tym samym zyskał szansę na przeprowadzenie pierwszego eksperymentu z przyczepieniem zmechanizowanej ręki i zsynchronizowaniem jej z ciałem. Oczywiście zabieg się powiódł i Nydio mógł ponownie walczyć. Chciał się odwdzięczyć w jakiś sposób, więc papa przedstawił mu formę zapłaty - zostań towarzyszem mojego syna i wiernie mi służ. Mężczyzna się zgodził, jednak nie był do końca zdecydowany. Do dziś pamiętam, gdy go poznałem. Krótko cięte, czarne włosy, blizny na twarzy i ciele. Lewe ramię zmechanizowane, a w drugiej dzierżył swój miecz. Wysoki i dobrze zbudowany. W jego oczach skrywał się gniew, jak i opanowanie oraz wątpliwości co do mojej osoby. Wtedy jedyne co mogłem zrobić to to, czego nauczyła mnie moja matka - gdy poznasz nową osobę, powinieneś się z nią przywitać i uśmiechnąć od serca. Tak właśnie zrobiłem i potem Nydio się zmienił. Został dosłownie moim sługą, ochroniarzem, przyjacielem, doradcą - wszystko w jednej osobie. Chciał mnie chronić - mnie i moje życzliwe serce. Jednak przeczuwał, iż za powłoką życzliwej duszy kryje się coś jeszcze. Tak, moja druga strona, której nie lubię pokazywać.

Pięć lat później wraz z Nydio udaliśmy się w podróż. Wtedy, w Elder spotkałem wojownika o imieniu Kelenthi. Oczywiście nasze spotkanie nie było przypadkowe. Właśnie po niego i kilku innych ludzi wyruszyłem w wędrówkę.

Na świecie jest kilka podziałów wśród ludzi. Mnie nie interesowali książęta. księżniczki, szlachta i tym podobnych. Zależało mi na osobach z marginesu społecznego, tych, których zwą psychopatami. Właśnie takich ludzi szukałem. Potrzebowałem ich do swoich celów. 
Kelenthi był dużo starszy ode mnie. Podobnie jak Nydio był dobrze zbudowany, jak na wojownika przystało. Posługiwał się oburęcznym mieczem, jednak on bez problemu władał nim w jednej dłoni. Średniego wzrostu, o rudych, krótkich włosach i czerwonych oczach. Zwykle nosił na sobie imperialną zbroję. Na czym polegał problem z Kelenthim?
Podczas walk wpadał w szał i euforię. Świetnie się bawił na polu walki. Tak bardzo, że zabijał swoich towarzyszy. Za to został skazany na resztę życia w celi. Prywatnie jest spokojnym człowiekiem, który woli rozwiązywać problemy słowami, nie czynami. Zamknięcie go wstrząsnęło wszystkimi jak i jego samego. Nie chciał tak skończyć. Dlatego ja wkroczyłem na scenę. Poprosiłem o rozmowę z wojownikiem. Straż jednak wyśmiała mnie i tym samym nagrabili sobie u Nydio. Dopiero, gdy powtórzył moja prośbę pozwolili mi się spotkać z więźniem. Podziękowałem im i skierowałem się na spotkanie z moim nowym przyjacielem.
Był zaskoczony moją osobą. Początkowo nie mógł uwierzyć, że jakiś dzieciak do niego przyszedł. Opowiedziałem mu o jego przeszłości i zaproponowałem mu wspólne podróże i walki. Nie wiedział jaką podjąć decyzję. Nie umiał pojąć, że takie dzieci jak ja jeszcze się rodzą na tym świecie. Podobnie jak Nydio wyczuwał płynący ode mnie mrok, pomimo tego, że byłem życzliwy i przyjaźnie nastawiony. Wtedy powiedział, iż w moim spojrzeniu dostrzega pustkę i obojętność, i tym samym chce mnie lepiej poznać. Przystał na moją propozycję i tak było nas już trzech. Jeszcze brakuje dwóch ludzi.

Dwa lata później udaliśmy się do Peity. Przebywała tam czarodziejka, która zwie się Anemeka. Ostatnio zaczęły być z nią problemy i zabijała wszystkich na swojej drodze. Gardzi wszystkimi i chce się zemścić za to, co zrobili jej ludzie, jak i demony. Problem tkwił w tym, iż włada żywiołami, więc tym bardziej nie umieli jej powstrzymać.

Przybyliśmy do miasta i rozeznałem się w sytuacji. Ostatnio Anemeka opuściła Peite i zamieszkuje ruiny, które są kilka kilometrów dalej. Strażnicy, którzy udzielili mi informacji pytali, dlaczego o nią pytam. Ostrzegli, iż nie powinienem się do niej zbliżać. Nazwali głupcem, że tak młodo chcę umrzeć. Zapewniałem ich, że wiem co robię i nie muszą się o mnie martwić.
Wieczorem z Nydio i Kelenthim udaliśmy się do ruin. Podczas drogi pytali, dlaczego po nią idziemy. Nie miałem ochoty, ani czasu na tłumaczenie tego. W skrócie im odpowiedziałem na ich pytanie.
Gdy dotarliśmy na miejsce zostaliśmy czule przez nią przywitani. Czule, czyli zaatakowała nas swoją magią. Patrzyła na nas błędnym spojrzeniem i szyderczym uśmiechem. Jest z nią gorzej niż sądziłem, ale byłem też szczęśliwy. Przyglądałem się jej bacznie z spokojem i życzliwym uśmiechem. Moja postawa tylko bardziej ją irytowała. Starała się mnie sprowokować, jednak nie ustępowałem. Z śmiechem wykrzyczała, iż własnoręcznie mnie zabije. Magia coraz bardziej się wzmagała i nasilała się siła wiatru. Ciężko było zachować równowagę, a co dopiero walczyć, czy rozmawiać.

Anemeka wcześniej taka nie była. Dokładnie studiowałem jej przeszłość. Zwykła czarodziejka, która uczyła się panować nad żywiołami. Wrażliwa i uczuciowa. Posiadała szczęśliwą rodzinę, jednak zostali zabici na jej oczach. Ten obraz wyrył jej się w sercu i całkowicie zniszczył psychikę. Popadła w obłęd i winiła wszystkich innych za jej tragedię. Z czasem zagubiła się i została nieobliczalną morderczynią. 
Każdy normalny człowiek powie, iż jestem szaleńcem, że chce ją mieć po swojej stronie. Jednak ja wiem, czego ona najbardziej pragnie i pozwoli ją ujarzmić.
Skierowała się w moją stronę, a dookoła otaczał ją ogień. Śmiała się ciągle i powtarzała, że zabije mnie własnymi rękami. Obserwowałem uważnie jej postawę i spojrzenie. Gdy stanęła naprzeciwko mnie szykowała się do ataku. Zza plecami moi towarzysze kazali mi się wycofać i chcieli się tym zajmą. Na to nie mogłem pozwolić. Jeśli dojdzie do walki to już jej nie zdobędę.
- Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Czym zawiniłam? Moi rodzice byli dobrymi ludźmi, więc dlaczego?
Gdy wypowiedziałem te słowa, jej wyraz twarzy się zmienił. Stała w osłupieniu i magia traciła na sile. Z czasem jej ręka zaczęła się trząść.
- Kim ty... jesteś? - zapytała wściekle.
- Tym, który da ci to na czym ci najbardziej zależy.
Wpatrywała się we mnie z zdziwieniem. Ogień, który ją otaczał zniknął, a wiatr ustał. Z oczu spłynęły łzy i wyglądała jak zepsuta lalka. Wyciągnąłem do niej dłoń i czule na nią spojrzałem. Ona sama musiała wyczuć, iż różnię się reszty, że nie gardzę nią i nie chce skrzywdzić.
- Chodź do mnie.
Na te słowa chwyciła za moją dłoń, a ja ją przytuliłem do siebie. Wtuliła się i rozpłakała. Pogłaskałem ją po głowie i wyszeptałem, iż od dziś jej serce i moc należą do mnie. Nie miała nic przeciwko. Osoba, która straciła wszystko, a teraz dostaje okazję by ponownie dostać to, co odebrano, nie sprzeciwi się i wypełni wszystkie moje rozkazy. Jest też kobietą, więc tym bardziej mi ulegnie.

Skąd wiedziałem, że się tak zachowa? Lata nauki o człowieku w końcu procentuje. Nie uczyłem się tylko o nazoidach i technologii. Skoro mam dostęp do książek na każdy temat, to dlaczego by z nich nie skorzystać? Człowiek jak bardzo kruchą istotą.


Po tych wydarzeniach wróciliśmy do Peity. Mieszkańcy nadal się jej obawiali i z pogardą na nią spoglądali. Prosiłem ją, by to zignorowała. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. Zwykła, nieśmiała i zagubiona dziewczyna. 

Kilka miesięcy zajęło nam, by nie popadała w szał podczas walki. Jednak najbardziej cieszyłem się z tego, iż dobrze się dogadywaliśmy. Z czasem dostrzegłem, iż ma słabość do mojej osoby i cieszy się za każdym razem, gdy trzymam ją w swoich ramionach. Teraz brakuje tylko jednej osoby - Innoke.  Z nim będą kłopoty.

Minął rok od wydarzeń z Anemeką. Skierowaliśmy się do Hamel, by tam ujarzmić bestię. Martwię się, że nawet ja nie dam rady ogarnąć tego psychopatę. Kto normalny znęca się nad ciałami swoich towarzyszy i kąpie się w krwi wrogów? 

Z Innoke zawsze były kłopoty. Zarówno w domu jak i w szkole. Nie słuchał się i robił co mu się żywnie podobało. Od małego znęcał się nad zwierzętami, a z czasem nad ludźmi. Aż dziw, że go przyjęli do armii hamelowskiej. Pomimo jego charakteru i sposobu bycia był niezawodnym strzelcem. Szybko dokonywał analizy sytuacji i opracowywał strategię. Zawsze dziwnie się zachowywał podczas walk. Gdy komuś złamał rękę, czy nogę to wybuchał śmiechem i znęcał się nad tą osobą  na różne sposoby. Ostatnio władze Hamel nie wytrzymały i zamknęli go w izolatce.
Gdy powiedziałem swoim towarzyszom, ze po niego idziemy to mieli spore wątpliwości. Uspokoiłem ich i zapewniłem, iż przekonam go na nasza stronę i wtedy będziemy mogli zacząć działać.
Dzięki prośbie ojca udało mu się wywalczyć spotkanie z nim i wypuszczenie jeśli będzie dobrze się sprawował. Mam nadzieję, że nie będę musiał się do tego uciec...
Wpuścili mnie do pomieszczenia w którym znajdował się Innoke. Siedział rozwalony na łóżku. Spojrzał na mnie z wstrętem i zapytał po co do niego przylazłem.
- Porozmawiać i wyciągnąć cię stąd na pewnych warunkach. - Moja postawa była taka sama jak zwykle, przynajmniej na razie. Artylerzysta spojrzał krzywo i wybuchł śmiechem.
- Wyciągnąć? Mnie? Ha ha ha. To mnie rozbawiłeś. - Wstał i podszedł do mnie z głupkowatym uśmieszkiem. - Ktoś ty tak w ogóle?
- Aldeger.
- Hooo, to ty ujarzmiłeś bestię Peity. Ha ha - odwrócił się i zaczął spacerować po pomieszczeniu. - Słyszałem o tobie wiele rzeczy. Jak również o Kelenthio. Masz dziwny gust wiesz, wha ha ha.
- Potrzebuje konkretnych ludzi, a nie żałosnych śmieci. Zapewne wiesz o co mi chodzi.
Ponownie się głośno zaśmiał i spojrzał na mnie.
- Wiem, doskonale wiem. - Zapadła chwila ciszy. Innoke usiadł i rozglądał po wnętrzu. Wygląda na to, że się uspokoił na chwilę. - To przyszedłeś mnie stąd zabrać, ta?
- Dokładnie tak.
Założył nogę na nogę i nad czymś myślał.
- Do czego ci dokładniej jestem potrzebny, lalusiu?
Nie mogłem się powstrzymać od zaśmiania się. Jest pierwszą osobą, która mnie tak nazwała. Rany, rany. Nie sądziłem, że ktoś tak mnie rozbawi.
- Do odwalania brudnej roboty. Wiesz, nie lubię sobie brudzić rąk w sensie dosłownym i metaforycznym.
Spoglądał na mnie z zaciekawieniem i uśmiechem.
- Czyli będę mógł walczyć i czerpać z tego radość?
- Oczywiście. Wszystko będzie dozwolone w pewnych granicach.
- Zgoda! - wykrzyknął i wstał. Podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu. - Jeśli dasz mi możliwość walki i wpatrywania się w trupy to ci pomogę.
Och, poszło szybciej niż sądziłem. Odetchnąłem z ulgą. Nim wyszliśmy przedstawiłem mu warunki, do których ma się stosować. Wszystko zaakceptował i skierowaliśmy się do wyjścia. Strażnicy krzywo na nas patrzyli, a Innoke jeszcze im dogadywał.
Na zewnątrz spotkaliśmy się z pozostałymi. Wbrew wszystkiemu szybko znaleźli wspólny język. Tym sposobem mam ludzi, na których mi zależało. Czas wprowadzić moje plany w życie.

Pomimo skompletowania ekipy to ich praca zespołowa leżała i kwiczała. Nie wspominając o charakterze Innokiego. Znalazł sobie hobby, którym było dokuczaniem Anemece. Ona sama też nie ustępowała i wiecznie się kłócili o wszystko. Artylerzysta z czasem zauważył, iż jestem ważny dla tej dziewczyny, więc gdy poruszał ten temat było bardzo ciekawie. Ostatnio zniszczyli karczmę w Elder oraz spalili połowę lasu. Obrywało mi się od Nydio, że nie umiem ich kontrolować i powinienem się za nich wziąć.
- Ale Nydio, ja nie jestem dobry w takich sprawach - zacząłem nieśmiało i wymusiłem, by łzy spłynęły po policzku. Spojrzałem na niego błagalnie. - Mógłbyś coś nimi zrobić, byśmy nie mieli kłopotów?
- Zapomnij! Naucz się odpowiedzialności! - krzyknął i patrzył swoim przeszywającym wzrokiem.
- Ale ja tak ładnie proszę... - zacząłem udawać niewinne dziecko.
Wtedy Kelenthi uderzył Nydio w plecy i się zaśmiał.
- Jesteśmy tu najstarsi, więc zajmijmy się tymi dzieciakami. Nie zaszkodzi nam odrobina zabawy. - Kelenthi uśmiechnął się, a Nydio niechętnie się zgodził.
- Dzię - ku - je! - odparłem i się zaśmiałem.
Po chwili poszli po tamtych, a ja rozbawiony spoglądałem przed siebie. Odrobina luzu nie zaszkodzi, jednak wkrótce przestanie być tak wesoło. Powiadomiłem ojca, że osiągnąłem jeden z swoich celów i wkrótce wrócę do Belder.


Po kilku tygodniach dotarliśmy do miasta. Bez chwili zwłoki udaliśmy się do mojego domu. Wewnątrz niego kazałem reszcie się zadomowić a sam udałem się do laboratorium ojca. Miałem przeczucie, że tam będzie i nie myliłem się. Jak zwykle był zapracowany, ale znalazł chwilę by ze mną porozmawiać. Opowiedziałem mu pokrótce co się wydarzyło. Nie pytał o żadne szczegóły i to w nim lubiłem najbardziej. Na koniec rozmowy poprosiłem go, by poszukał dla mnie kompletów zbroi: Dark Shadow na czarodziejki, Imperial dla rycerzy, Dragon Knight ver. blue na artylerzystów, Oficera dla wojowników z zmechanizowanymi częściami ciała oraz coś, co by mi pasowało. Zanotował wszystko i oznajmił, że jak coś będzie wiedzieć to da mi znać. Podziękowałem mu i wróciłem do reszty.

Aż dziw, że niczego nie zdemolowali. Zbliżał się powoli wieczór. Współtowarzysze udali się do pokoi, które im wcześniej pokazałem, a sam skierowałem się do swoich czterech ścian. Pierwsze co zrobiłem to otworzyłem szafę i szukałem ubrań, które by mi teraz pasowały. Do czasu póki papa nic mi nie znajdzie muszę w czymś łazić i nie wyglądać jak sierota. Po jakimś czasie zdecydowałem się co założę. Biały płaszcz z kapturem, w tym samym kolorze koszula, spodnie, buty i rękawiczki oraz fioletowa kamizelka. Przez jakiś czas będę się tak prezentować, jednak mam nadzieję, że z czasem otrzymam konkretną zbroję.
Przez kilka kolejnych dni pomagaliśmy Vanessie z rabusiami czy też demonami, które nie wiedziały gdzie się podziać. W wolnym czasie trenowaliśmy i spacerowaliśmy po mieście. Nasze błogie życie nie trwało długo. Ojciec oznajmił nam, że wyprowadzamy się do Hamel i tam będziemy mieszkać. Jakoś nie widziało mi się życie w tamtym mieście ze wzgląd na Innokiego. Myślałem, że będą trudności z tym związane, ale artylerzysta miał gdzieś swój były dom. Na koniec papa dodał, że to właśnie ludzie z Hamel przygotowali dla nas ekwipunek do przyszłych walk. Czyli koniec końców nie zabawimy tam długo i udamy się w podróż.

Jakiś czas później zadomowiliśmy się w mieście. Długo tam nie zostaliśmy. Zabraliśmy wszystko co potrzebne do wyruszenia w dalszą drogę i pożegnaliśmy się. Tak jak chciałem towarzysze otrzymali zbroję, a sam dostałem Dragon Knighta. Nie spodziewałem się tego, ale jak już jest to niech będzie. Papa zapewnił mnie, że jak na rynku pojawi się coś lepszego to mi podeśle. I tak w końcu wyruszyliśmy w drogę.

W wolnej chwili wytłumaczyłem moim ludziom, jaki jest nasz cel. Najpierw wyrobienie opinii, zyskanie większych wpływów, dostęp do wszelakich informacji, poszukiwanie mojego przyjaciela i na samym końcu stworzenie miejsca, w którym będę mógł przeprowadzać wszystkie eksperymenty legalnie w tym te na ludziach.
Różne misje i przygody nam się trafiały. Dzięki nim mogliśmy się lepiej rozumieć podczas walk i nie przeszkadzać sobie nawzajem. Wiele się wydarzyło i z czasem zmieniły się nasze stosunki do siebie. Nie byliśmy już dla siebie obcy tylko byliśmy mała grupką zaufanych ludzi. Byłem spokojniejszy gdy już wszyscy się zaklimatyzowali i przestali mieć wątpliwości względem siebie. Podczas walk nie brałem czynnego udziału, bo nie chciałem by przez przypadek moja druga strona się pokazała. To byłoby żenujące gdyby się dowiedzieli, że jestem taki sam jak oni. Przez moje nastawieni do walk obrywało mi się od innych, że nie umiem walczyć. Robiłem zwykle za wsparcie albo wykończenie celu. Podczas tego czasu ciągle doskonaliłem swoje Drony oraz Apokalipsę. Nie lubię brudzić sobie rąk, więc moje narzędzia do walk dystansowych muszą być perfekcyjne.
Kilka lat później doszło do czegoś czego nie planowałem. W sumie mogłem to przewidzieć, ale i tak byłem zaskoczony. Zawsze starłem się robić wrażenie osoby wychowanej i tolerancyjnej, jednak im częściej słodziłem Anemece tym było gorzej. Koniec końców zakochała się we mnie i musiałem jakoś to odwzajemnić by ją nie zranić lub co gorsza, by nie odeszła. Nie planowałem tego, a sobie dziewczynę znalazłem. Lepiej żeby jej kiedyś nie odbiło i nie chciała... Ech, wole o tym nie myśleć.
Z czasem udało nam się osiągnąć wyznaczone cele. Wiedziałem już gdzie znajduje się Add i co porabia oraz natrafiłem się na ciekawe informację. Podobno jeden z nazoidów modelu Apple i Proto jest w starożytnym grobowcu nazoidów. Ta wersja posiada kod Battle Seraph i jest niezwykle rzadki. Add pewnie już szuka wskazówek na jej temat. Nie będę mu przeszkadzać. Z czasem się spotkamy i mam nadzieję, że zaskoczy mnie swoim wynalazkiem i odkryciem. Co jakiś czas odwiedzaliśmy Hameli mojego ojca. Jego wynalazki i badania dały mu jeszcze większą chwałę i popularność. Udało mu się sprzymierzyć z kilkoma wpływowymi miastami, dzięki czemu ma dostęp do wszystkiego, w tym także ja. Nasza grupka została nazwana zabójcami na zlecenie. Byliśmy w stanie wykonać każde zlecenie, misję za niewielką opłatę. Przy okazji podczas ostatnich odwiedzin ojca dostałem w prezencie komplet zbroi Devila. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem. W nowym wizerunku udaliśmy się do Peity posprzątać niedobitki demonów by potem... wyruszyć na wojnę.

środa, 25 czerwca 2014

Wpis8 Oczami Adda

Jakiś czas później wróciłem do pałacu. Gdy przechodziłem przez korytarz Rena zapytała mnie, czy nie wiem czasem, co się stało Arze. Zgrywałem głupka i udawałem, że nic nie wiem.
- Martwię się o nią. Wyglądała strasznie - odparła z niepokojem elfka.
- A co mnie to obchodzi?
- Jesteście przyjaciółmi, prawda? To pomyślałam, że możesz coś wiedzieć... - odparła i po chwili zamilkła.
Minąłem ją bez słowa i wszedłem do swojego pokoju. Przez jakiś czas będę mieć spokój. Wątpię, że Ara powie innym, co tak naprawdę się wydarzyło, biorąc pod uwagę jej uczucia. Tak łatwo zostać zniewolonym.

Wieczorem zostałem zmuszony do zjedzenia wspólnej kolacji. Jeśli o mnie chodzi to wole jeść na mieście lub w pokoju, ewentualnie laboratorium. Tym razem przy stole panowała cisza. Z czasem wyczułem na sobie wzrok tego wojownika. Kątem oka spojrzałem na niego, a on nadal obserwował mnie swoim gniewnym spojrzeniem.
- Ciekawe co z Arą... - zaczęła Rena.
- To przez niego i dobrze o tym wiesz - syknął z pogardą czerwonowłosy.

- Elsword! - Aisha wrzasnęła i energicznie wstała z krzesła. - Zachowaj swoje zbędne uwagi dla siebie!
Wojownik nic sobie z tego nie robił i nadal trzymał swoją wrogą postawę w stosunku do mnie. Nie przejmowałem się tym, bo takie kurduple zawsze najwięcej szczekają. Gdy ja kończyłem jeść, on dalej z dziewczynami się kłócił. Nie zwracałem na nich uwagi. Odszedłem od stołu i skierowałem się do wyjścia.
- Nie masz nic do powiedzenia, Add? - zapytał z wściekłością.
Zatrzymałem się na chwilę i spojrzałem w jego stronę.
- Z takimi gówniarzami nie mam ochoty rozmawiać.
Machnąłem ręką i wyszedłem. Gdy wychodziłem usłyszałem szuranie krzesłem i szybkie kroki w kierunku wyjścia. Zakładam, że to młody nie wytrzymał i poderwał się do działań. Ledwo doszedłem do centrum dziedzińca pałacu, a wojownik zamachnął się na mnie mieczem. Odskoczyłem w bok i odwróciłem się do niego. W gorącej wodzie kąpany on czy co? Nieważne. Czas dać mu lekcję. Właściwie, to od tamtej walki nie było okazji ponownie skrzyżować broni. Zobaczymy, jak bardzo zmieniła się nasza różnica w sile.
- Coś jej zrobił? - zapytał i przyjął postawę do walki.
Zaśmiałem się i z wyższością na niego spojrzałem.
- Chciałbyś wiedzieć, co?
Jego wzrok był... fascynujący. Dawno nikt nie spoglądał na mnie z taką nienawiścią. Niesamowite uczucie...

Zaraz po aktywacji Dynamo Point Systemu wojownik przeszedł do ofensywy. Zaatakował z wyskoku swoim mieczem. Wyciągnąłem przed siebie rękę i złapałem ostrze w dłoń. Oczywiście nie obyło się bez okaleczenia. Stróżka krwi spłynęła po nadgarstku. Elsword był zdezorientowany, wykorzystałem to i mocniej złapałem za ostrze. Odrzuciłem miecz wraz z jego właścicielem w bok i przeszedłem do kontrataku. Chłopak nie zdołał złapać równowagi i tym samym nie był w stanie zablokować mojego ataku. Zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem go w brzuch na tyle mocno, że zgiął się w połowę wypluwając przy tym krew. Dawno nie walczyłem przeciwko człowiekowi. Widok krwi dodawał mi więcej satysfakcji z walki.
Nie zamierzam mu dawać żadnych taryf ulgowych. Gdy tylko wojownik złapał się wolną ręką za brzuch, ponownie go zaatakowałem z pięści, a następnie z tradycyjnego buta. Podczas kopnięcia usłyszałem pęknięcie i chwile potem krzyk. Chyba biedakowi rękę złamałem. Jaka szkoda. Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. I pomyśleć, że to on dowodzi tą zgrają. Elsword skulony leżał na ziemi i wrzeszczał wniebogłosy. Miałem tego dość. Podszedłem do niego i złapałem za włosy. Chwilę wpatrywałem się w jego żałosny wyraz twarzy, by zaraz potem uderzyć jego głową o betonowe kafelki. Właśnie w tym momencie usłyszałem krzyk Aishy i Reny. Czarodziejka zaczęła prosić i błagać bym go zostawił. Nie, jeszcze nie teraz. To nie jest to co chciałem. On nie walczy na poważnie. Dokładnie pamiętam, że wtedy emanowała od niego ciemna aura, a teraz jej nie ma.
Poczekałem jeszcze chwilę. Chłopak dalej leżał i nie dawał oznak życia. Chyba zbytnio się pośpieszyłem albo nie chce walczyć na poważnie. Szkoda, a tak się napaliłem. Wstałem i skierowałem się w stronę schodów prowadzących do naszych pokoi.

Następnego dnia poszedłem wykonywać dzienne misję. Tym razem bez towarzystwa Ary. Podczas poruszania się po pałacu, każdy z jego mieszkańców trzymał się z dala ode mnie. Nawet wygadana Aisha nie była w stanie mi nic powiedzieć. Jedyna osoba, która podjęła się próby nawiązania ze mną kontaktu był Raven. Zwykle nie miesza się w sprawy innych i zachowuje się jak bierny obserwator. Długo nie rozmawialiśmy. Poinformował mnie tylko, że Elsword leży w szpitalu z złamaną ręką, żebrami i szczęką oraz że wczorajszą walką straciłem zaufanie wśród reszty. Smutne, naprawdę bardzo smutne. Chyba się rozpłaczę.
- Nic do ciebie nie mam Add, ale jeśli ponownie skrzywdzisz kogoś z nas to nie będę stać z założonym rękami.
- Mało mnie to obchodzi. Poza tym naprawdę myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? - zapytałem go z pewnością siebie.
- Nie nie doceniaj swoich towarzyszy - odparł spokojnie i położył rękę na moim ramieniu, po czym odszedł.
Lepiej żeby Vanessa się o tym nie dowiedziała, bo będą kłopoty.

Kolejny dzień był tym na który wszyscy czekali. Dzień zakochanych, aż mdli od samej nazwy. Ledwo wyszedłem na miasto i miałem ochotę wrócić. Rzygać się chce od tego wszystkiego. Nawet misje były jakimś utrapieniem. Co chwile jakieś niepotrzebne gesty i czułe słówka. W pewnym momencie nie wytrzymałem i spojrzałem z wściekłością na parkę zakochanych. Wystarczyło tylko ich upomnieć, by ruszyli swoje zady i zajęli się misją, a nie sobą nawzajem. Oczywiście chwilę potem za plecami słyszałem zbędne uwagi odnośnie mojej osoby.
Pomimo tego, że tak bardzo mnie to irytowało, to jednak bolało mnie, że... nigdy nie dowiem się jak to jest. Odrzuciłem Arę, a myślę, że tylko ona byłaby w stanie mi pokazać jak to jest. Spoglądając na tych wszystkich ludzi, pierwszy raz... byłem zazdrosny. Nie potrafię tego pojąć, po prostu jest to zbyt skomplikowane i myślę, że nie po to się narodziłem.

Gdy wróciłem do pałacu udałem się do laboratorium. Muszę się czymś zająć. Zdecydowałem wprowadzić niewielkie zmiany w Dynamo i systemie. Nie zwróciłem uwagi, że minęło kilka godzin. Dopiero, gdy Aisha przyszła i zapytała, ile zamierzam tu siedzieć, zorientowałem się, że już słońce zachodzi. Jeszcze jej mi tu brakowało, ale fakt faktem straciłem poczucie czasu.
- Po coś przylazła? - odparłem i powoli zamykałem system.
- W takie dni nie siedzi się samemu. Poza tym... dostałeś kilka listów, które leżą w twoim pokoju - odparła i założyła ręce.
Listy? Od kogo niby? Jakoś wierzyć mi się nie chce. Zresztą... co ona tu robi po tym, jak potraktowałem jej chłopaka?
- Zamiast sterczeć tu jak kołek, idź dotrzymać towarzystwa Elswordowi - wstałem i wyszedłem z pokoju mijając ją. Ona zaraz za mną wyszła i kierowaliśmy się do pałacu.
- Ammo ma się dobrze. Wypisali go ze szpitala.
Spojrzałem na nią pytająco, a ona pewnie się uśmiechnęła.
- Wystarczyło odrobinę magii i po wszystkim.
- Ach, tak...
Nie, to już przechodzi ludzkie pojęcie. Jak można rozmawiać z kimś, kto o mało nie zabił jej bliskiej osoby?

Skierowaliśmy się do swoich pokoi. Na górze, pod drzwiami mojego apartamentu stał Elsword. Gdy nas zobaczył podszedł do nas. Zmierzyłem go z góry na dół. Faktycznie, nie było śladu po walce. Wyciągnął do mnie rękę i od niechcenia wydusił z siebie przepraszam. Przeprasza? Za co niby? Dodał również, iż lepiej jeśli pozostaniemy w neutralnych stosunkach aniżeli wrogami, skoro mamy wspólnie działać. Przystałem na to, bo innego wyjścia nie miałem. Zaraz potem z Aishą odeszli, a ja wykończonym dzisiejszym dniem wszedłem do pokoju. Niektóre postawy naprawdę mnie zadziwiają.
Chwilę później zauważyłem na stoliku kilka listów. Jednak Zekira nie kłamała. Podszedłem i otworzyłem je. Jeden z nich należał do Vanessy. W sumie mogłem to przewidzieć... Kolejne dwa były od nazoidek i Ary. To jest jakieś zboczenie. Nazoidki jeszcze ujdą, bo się przyjaźnimy... chyba..., ale, że Ara? Po tym wszystkim... Nie mówcie mi, że ona dalej chce się produkować przy mnie... Byłem zmieszany całą tą sytuacją. Pierwszy raz miałem problemy z swoimi uczuciami. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić... Będę musiał to przemyśleć i podjąć decyzję.


                                                           W tym samym czasie                                   
Peita

Ciemny las odgradzał miasto od demonów. Wewnątrz lasu znajdowało się kilka osób, które miały za zadanie pozbyć się zagrożenia, w postaci demonów. Na jednym z pniu siedział młody chłopak, przyodziany w czarną, niczym mrok zbroję. Przed sobą miał kilka otwartych monitorów na których szybko klikał przyciski. Kawałek dalej, za drzewem stał wojownik, z dużym imperialnym mieczem. Obok niego, z przygotowanymi pistoletami siedział artylerzysta w czarnej zbroi i niebiesko-czarnym płaszczu. Chwilę później rozległ się szmer z oddali.
- Do wszystkich. Za dziesięć sekund pojawi się nasz cel.
- Zrozumiałem.
- Przyjąłem.
Chłopak, co siedział na pniu uśmiechnął się i spoglądał przed siebie. Tak jak mówił, za dziesięć sekund pojawił się ich cel - demon średnich rozmiarów, który za wszelką cenę chciał uciec. Wtedy zza drzewa wyskoczył wojownik z swoim mieczem i zamachnął się na przeciwnika. Potwór wykonał unik i wtedy znalazł się na celowniku artylerzysty, który z psychopatycznym uśmiechem i spojrzeniem celował w jego stronę. Rozległo się kilka strzałów. Postrzelony demon chciał uciec, jednak na jego drodze stanął 'mózg' całej operacji, a za nim rosły mężczyzna z zmodyfikowanym lewym ramieniem. Chłopak w czarnej zbroi uśmiechnął się przyjaźnie.
- Na tym koniec twojej podroży, demonie.
Pstryknął palcami i mężczyzna za nim ruszył na przeciwnika, rozdzierając go na strzępy swoją zmechanizowaną dłonią. Chwilę potem rozległy się oklaski od przywódcy.
- Dobra robota - oznajmił i przeciągnął się.
- Nudy. Mogliście mi coś zostawić, a nie... - Znad przeciwka kierowała się do chłopaków dziewczyna w szarej zbroi, z odcieniami pomarańczu.
- Miałaś robić tylko za wabika. I tak nie sądziłem, że ci się uda, ha ha - zaśmiał się ironicznie artylerzysta. Dziewczyna krzywo na niego spojrzała.
- Nie pozwalaj sobie Innoke, bo przestaniesz się tak głupkowato uśmiechać.
- W takim razie dajesz, Anemeka! Pokaż mi swoją złość! Ha ha ha!
- Nie prowokuj jej, bo wole patrzeć na jej spokojny wyraz twarzy - odparł z naturalnym spokojem i przyjaznym tonem chłopak w czarnej zbroi. Innoke spojrzał na niego i zawiedziony usiadł na swoim dziale, natomiast Anemeka swoją naburmuszoną minę skierowała w stronę lidera.
- Aldeger, czas wracać. Później poromansujesz z czarodziejką - odrzekł mężczyzna z nazo ramieniem. Aldeger się zaśmiał i machnął ręką.
- Daj spokój, Nydio. Powtarzałem ci, że się przyjaźnimy.
Chłopak skierował się do miasta, a za nim cała jego ekipa.

środa, 18 czerwca 2014

Wpis7 Oczami Adda

Ara coraz bardziej mnie irytowała. Wcześniej znosiłem jej zachowanie, ale teraz już naprawdę działa mi na nerwy.
Zaczęło się od powrotu do Sander. Dzienne misje to zwyczaj i norma, jednak za każdym razem towarzyszyło w nich coś dziwnego. Ara zawsze próbowała nawiązać jakikolwiek kontakt ze mną. Nawet wtedy, gdy jestem zajęty pozbywaniem się tych śmiesznych przeciwników. Zazwyczaj przytakiwałem na wszystko byleby mieć święty spokój, jednak pewnego dnia wręcz nawrzeszczała na mnie, czemu tak się zachowuje względem niej. Na szczęście wydłużenie swojej wypowiedzi o parę słów wystarczyło, by się uspokoiła. 
Chodząc po mieście była zawsze blisko mnie i czasem trzymała za ramię, jakby się bała, że ją zostawię czy coś. Jak wyżej pisałem, do pewnego momentu nie przeszkadzało mi to, ale teraz jest to strasznie denerwujące. Najbardziej dziwi mnie jej reakcja, gdy ktoś sugeruje, że jesteśmy parą. 

Właśnie, parą. Psychopata wypuszczony na świat i zwykła dziewczyna, która straciła wszystko, a jej brat jest naszym przeciwnikiem. Rzecz jasna, Ara za każdym razem na takie typu uwagi reagowała bardzo gwałtownie. Wrażliwa? Chyba tak się nazywa takich ludzi. Podobno takich ludzi łatwo idzie złamać i zniechęcić do siebie. Może czas to sprawdzić, bo po podsumowaniu tego wszystkiego wychodzi, że jednak jej zależy na czymś więcej niż przyjaźń. 

Zastanawiam się tylko, dlaczego ona tego chce. Sama dobrze wie jaki jestem, a pomimo to... Ktoś taki jak ja nigdy nie zrozumie tego uczucia. Jest za późno dla mnie w tej kwestii.

Było koło południa. Nim wróciliśmy do pałacu, Ara chciała kupić coś z sklepu. Nie miałem nic przeciwko. Kilka minut dłużej. Weszliśmy do sklepu z akcesoriami i innymi dodatkami. Dziewczyna chciała kupić kilka spinek i innych pierdołek. Gdy już je kupiła skierowaliśmy się do wyjścia. Wtedy pomyślałem, że to będzie dobra okazja by uświadomić jej kilka rzeczy. Wole zrobić to bez obecności jej przyjaciół. Zapytałem ją, czy chciałaby jeszcze pospacerować po mieście. Była lekko zdziwiona, w sumie nie ma co się dziwić. Po chwili namysłu z uśmiechem odparła, że nie ma nic przeciwko. Ara, czy dalej będziesz się do mnie tak uśmiechać po tym co ci dzisiaj zrobię?
Przeliśmy przez rynek, centrum, park i znaleźliśmy się na obrzeżach miasta. Żeby jakiś debil co to czyta nie pomyślał, że na jakimś zadupiu. Nie, obrzeża miasta w większości są zaopatrzone w gamę różnych roślinności, co w połączeniu daje niesamowity krajobraz.
Zatrzymaliśmy się na chwilę. Kątem oka spojrzałem na nią. Widać, że była szczęśliwa, jednak ja...
- Ara, wiesz czemu cię tu przyprowadziłem?
- Zgaduję, że chcesz mi coś powiedzieć - odparła i spojrzała w moją stronę.
- Dokładnie tak... - skierowałem wzrok przed siebie i dodałem: - Naprawdę myślałaś, że nie zauważę, co chcesz osiągnąć?
- O co ci chodzi? - Jej głos lekko drżał, nawet nie musiałem na nią patrzeć by wyczuć, że jest zdenerwowana.
- Nie udawaj głupiej chyba, że taka jesteś. Chociaż możliwe, że jest w tym ziarenko prawdy - zaśmiałem się i spojrzałem na nią. - Naprawdę myślałaś, że zainteresuję się taką wieśniacką dziewuchą jak ty? Sądziłaś, że uda ci się do mnie dotrzeć przez zbliżenie się do mnie? Jesteś idiotką, czy co? Ha ha, ale wiesz przynajmniej dobrze się bawiłem przez ten czas i dając ci złudne... marzenia.
Jej reakcja była jednoznaczna - zdziwienie i strach. Tak, strach jest największym wrogiem człowieka, gdy wie, że jest w niebezpieczeństwie i to co ukrywał wyszło na jaw. Tak, Ara, przekonasz się jak to jest w żyć w strachu przed osobą mojego pokroju. Nie trzeba było długo czekać, aż w końcu rozpłakała się.
- Więc ty... przez ten cały czas... - Ledwo słowa umiała z siebie wydusić. Żałosne, ale na tym nie zaprzestanę.
- Dokładnie tak moja droga. Bawiłem się tobą i tymi twoimi nędznymi uczuciami, ha ha. Ludzie, którzy je posiadają są tacy słabi, a ty jesteś tego idealnym przykładem. - Rozbawiony całą sytuacją przyglądałem się jej z wrednym uśmieszkiem, którego nie potrafiła znieść i próbowała uciec stąd. Tak, w końcu odsunęła się ode mnie i uciekła z płaczem i przerażeniem. Zaśmiałem się tylko i krzyknąłem do niej, że już ode mnie nigdy nie ucieknie.

Tak właśnie jest z ludźmi, którzy są wrażliwi. Wystarczy zranić ich delikatne uczucia i popadają w rozpacz. Przez jakiś czas będę musiał podtrzymać jej strach względem mnie. Potem już będzie z płatka.

wtorek, 27 maja 2014

Aktualka

Obecnie jest pisany jeden z One Shotów - Widziałam anioła..., więc póki co wpisy z diary zostaną zawieszone. Jak niektórzy zauważyli cześć one shotów jest nieskończona, cóż... myślę, że kiedyś je dokończę. Zapewne brak dalszej weny na rozwinięcie i zakończenie daje się w znaki, jednak gdy tylko zostaną dokończone zostanie to napisane.

poniedziałek, 19 maja 2014

Wpis6 Oczami Adda

Powoli się ściemniało. Udaliśmy się do centrum Altery, by tam się bawić. Bawić, co... Kompletnie na głowę upadłem. Od kiedy to ja się takimi rzeczami zajmuje? Nie planowałem brać czynnego udziału. Zależało im tylko na mojej obecności, więc niech będzie. Przy okazji miałem trochę czasu przemyśleć kilka spraw i poznać mieszkańców. Nie przypuszczałem, że Pongosy są takie towarzyskie i skore do zabaw. Do tego mogłem poznać moich 'przyjaciół' od drugiej strony. Wiedziałem, że Aisha to typ imprezowicza, ale reszta mnie zaskoczyła. Najbardziej chyba nazoidki. Gdyby nie wiedza, iż są robotami to bym je pomylił z człowiekiem. Proto sama mówiła, że ich nie znam. Chyba miała racje. Co ja tak właściwie o nich wiem, skoro ciągle jestem zaskoczony ich zachowaniem? Czym one tak właściwie są? Wewnętrzna powłoka wskazuje na nazoida, ale na zewnątrz tego nie widać. Chociaż... z zgromadzonych informacji wiem, że są zbudowane i wewnątrz posiadają procesory, kable i inne. Skoro posiadają procesor to czemu reagują emocjonalnie i zachowują się tak samo w różnych sytuacjach? To jest właśnie to co jest zapisane na ich kodach, coś czego chce się dowiedzieć - sens i źródło ich życia. Jednak, dlaczego teraz nie potrafię bezlitośnie im zabrać to czego potrzebuje? Wcześniej dały mi część swoich kodów, ale to były kody odpowiedzialne za stan bojowy, nie emocjonalny. Może jeśli uda mi się zyskać większe zaufanie...
- Add - Z zamyśleń wyciągnęła mnie Apple, która usiadła obok mnie. Nawet się nie zorientowałem... - Nie chcesz dołączyć do reszty?
- Upadłaś na głowę? Nie bawią mnie takie rzeczy.
- To w takim razie co cię bawi?
Trafiła w sedno sprawy. Co mnie bawi? Poza zabijaniem i euforią podczas walki to chyba nic.
- Przeprowadzanie eksperymentów i badania. - Musiałem coś wymyślić, bo by mi spokoju nie dała.
- Ciekawe - odparła i po chwili namysłu dodała: - Przejdziemy się? Pokaże ci coś.
Spojrzałem na nią i niechętnie przystałem na jej propozycję. Oddaliliśmy się od reszty i szliśmy przez tutejsze lasy i fabryki. Nawet z takiej odległości było słychać muzykę, która z czasem ucichła i tylko powiew wiatru przerywał głuchą, wieczorną ciszę. Weszliśmy na wzgórze i wyżej po schodach, aż w końcu znaleźliśmy się na podeście, który był najwyżej położonym punktem w Alterze. Apple podeszła do samego końca, a ja za nią.
- Spójrz, stąd widać całe miasto.
Miała rację. Z tego miejsca było widać całą wyspę. Stąd oświetlone miasto wydawało się takie malutkie. Będę tu musiał przyjść kiedyś z rana i zobaczyć, jak wtedy wygląda krajobraz.
- I jak, podoba się? - spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.
- Taa. Nie wiedziałem, że są tu takie miejsca.
- Lubię tu czasem przychodzić i rozmyślać - odparła i usiadła. - Jak ci się z nimi układa?
- Jakoś, nie narzekam.
- Ostatnio zauważyłam, że zaprzyjaźniłeś się z Arą.
- No jasne - usiadłem obok niej i spojrzałem w niebo. - Zawraca tylko głowę głupotami.
- Ale ją lubisz, prawda? - zapytała i się zaśmiała.
- Co cię tak bawi?
- Jestem zaskoczona, że dopuściłeś kogoś do siebie.
Dlaczego mam wrażenie, że zachowuje się jakby mnie znała lepiej niż ktokolwiek inny? Chyba, że czegoś chce ode mnie.
- Apple, pamiętasz jak wtedy do was przyszedłem w sprawię waszych skuterów? - Po tych słowach jej dobry humor minął i spuściła głowę. Spodziewałem się takiej reakcji, ale jeśli teraz jej nie przeproszę, to przez resztę życia będzie mnie to dręczyło. - Przepraszam... za to co wtedy powiedziałem.
Chwilę potem nazoidka spojrzała na mnie i delikatnie się uśmiechnęła. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę i wróciliśmy do miasta.
Gdy tylko przyszliśmy Proto z pretensjami do mnie, gdzie się z Apple włóczyłem. No co za bezczelna nazoidka. Kiedyś ją utemperuje.
- Wydaje mi się, że jesteś zazdrosna, iż wole spędzać czas z Apple, a nie z tobą - odparłem i przytuliłem Apple do siebie, a ona była lekko zdenerwowana.
- Co ty sobie... WYOBRAŻASZ?! - krzyknęła Proto. Tak jak myślałem, zdenerwowana do maksymalnego stopnia. - Natychmiast ją puść!
- A co jeśli tego nie zrobię? Chociaż wiesz, myślałem, żeby ją bliżej poznać. - Uśmiechnąłem się wrednie do Proto, która kipiała z wściekłości. Dobrze, że reszta była zajęta tańczeniem, a nie przyglądaniem się sytuacji.
- Ty... zabiję cię, gdy tylko będę mieć okazję - syknęła i skierowała się w stronę Serca. Odsunąłem się od Apple i poprosiłem by porozmawiała z Proto. Nie chce mieć jej za wroga, ale ona robi wszystko żebym ją tak traktował. Cesarzowa zapewniała, że Nemesis mnie lubi, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć. 

Tydzień później zakończył się czas trwania święta i ludzie teraz przygotowali się do innego święta - walentynki. Najbardziej idiotyczny dzień w całym roku. Wystarczy, że w grupie Elsworda biegają zakochani to jeszcze muszę w tym uczestniczyć. Mam nadzieję, że czarodziejka niczego nie wymyśli albo Ara. Można powiedzieć, że wszystko było normalne poza zachowaniem czarnowłosej.

piątek, 9 maja 2014

Wpis5 Oczami Adda

Altera podobnie jak inne miasta była wystrojona na czas trwania święta koegzystencji. Skierowaliśmy się od razu do miejsca pobytu nazoidek. Gdy dotarliśmy na miejsce, strażnicy Serca eskortowali nas do głównego pomieszczenia. Byłem tu już kilka razy, więc żadnego wrażenia na mnie nie robi wnętrze budynku, ale oni to zupełnie inna bajka. Rozglądali się i podziwiali wszystko co wpadło im w oko. Co chwile jakieś wzdychania, okrzyki, śmiechy. Najgorsze w tym wszystkim, że Ara cały czas znęcała się nad moim ramieniem. Nie wiem co ona sobie myśli, ale jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie ja sprowadzić na ziemię.

Dotarliśmy do głównej sali, w której nazoidki nas przywitały. Były zdziwione moją obecnością i Rena szybko wytłumaczyła, dlaczego z nimi jestem. Proto krzywo spojrzała i przeszła do omawiania tego, czego chciały nam pokazać. Nasod Core - tak nazywa się ich nowa zabawka. Prowadząc nas dalej nazoidka zapoznawała nas z nowym urządzeniem i możliwościami. Przeszliśmy do osobnego pomieszczenia, w którym znajdował się rdzeń. Apple wzięła ze sobą przedmiot i zademonstrowała nam do czego jest zdolny. Proto tylko dopowiadała, dlaczego właśnie skupiły się na defensywie. Głównie do tego jest przeznaczony, ale laser przy atakach nazoidek do słabych nie należy. Dobrym pomysłem było wprowadzenie tarczy. Co prawda ich rasa należy do wytrzymałych, ale one mają już swoje lata, haha. Przy większej bitwie się rozlecą jeśli nie wykonywały konserwacji.

Gdy skończyły nam przedstawiać Nasod Core, Apple spojrzała w naszą stronę i zapytała:
- Może wybierzemy się na obchody święta koegzystencji?
- Z chęcią się przejdziemy - wyskoczyła Rena klaszcząc w dłonie. Spojrzała na nas z uśmiechem i dodała: - W końcu wybierzemy się tam wszyscy razem.
Nie interesowało mnie to i najlepiej będzie szybko się stąd ulotnić, ale zanim to...
- To my pójdziemy się przebrać i możemy iść.
Oznajmiła Apple i razem z Proto skierowały się do wyjścia. Nim wyszły zapytałem Proto, czy mogę przejrzeć pliki ich nowej zabawki.
- Jest na tym drugim komputerze. Tylko niczego nie wgrywaj! - Ostrzegła mnie po czym zmierzyła lodowatym spojrzeniem i wyszły z Apple.

Co za zbuntowany nazoid. Nim podszedłem do komputera Ara ponownie się przykleiła i pytała co zamierzam zrobić. Pytała o to, czy pójdę razem z nimi. Nie odpowiedziałem nic tylko zabrałem się za przeglądanie plików z Core. Od razu się zorientowałem, że nie ma wgranego systemu zabezpieczeń. One są głupie czy co? Pierwszy lepszy informatyk wykradnie im wszystkie dane. Pozwoliłem sobie zainstalować zabezpieczenia, których sam używam. Oczywiście w złym momencie wróciły nazoidki, bo jeszcze nie skończył instalować. Proto od razu się zorientowała, że coś grzebie w systemie i od razu z krzykiem, co ja wyprawiam. Na szczęście w momencie gdy do mnie podeszła system zabezpieczeń się odezwał, iż został pomyślenie zainstalowany. Zmierzyłem ją wzrokiem. Miała na sobie te wieśniackie ciuchy, które się dostawało. Chyba wybuchnę śmiechem, bo jej mina do tego tworzyły niezapomniany widok. Na wolnej kartce zapisałem im hasło i oparłem się o stół.
- Apple, mówiłaś, że zainstalujesz system zabezpieczeń. Gdzie on był? - Jej słowa były przepełnione złością i rozwścieczeniem. Przez chwilę myślałem, że zaraz wszystkich tu pozabija. Cesarzowa była w niezręcznej sytuacji i tylko pokornie spuściła głowę.
- Zapomniałam o nim. Przepraszam Proto. - Cichy i drżący głosik. Nie wiedziałem, że to Proto jest tu liderem, ale cóż silna osobowość zawsze nadaje się na takie stanowisko, a jej tego nie brakuje.
- Zacznij w końcu skupiać się na swojej pracy! - krzyknęła do niej i z złością skierowała się do reszty zostawiając Apple samą. To był pierwszy i pewnie ostatni raz, gdy widziałem ją w tak lichym stanie. Wyglądała jak człowiek, który odniósł porażkę.
- To do ciebie niepodobne Apple. Co się z tobą dzieje? - zapytałem i podszedłem do niej. Prawą dłonią złapała swoje lewe ramię i starała się powstrzymywać od płaczu. Przynajmniej tak mi się wydawało.
- Jestem chyba już zbyt stara.
- Swoje lata to ty pewnie już masz, ale przynajmniej zachowuj się jak kiedyś, bo zaczynam się zastanawiać, jakim prawem zwą cię cesarzową, jak tak wrażliwie reagujesz na słowa innych. - Apple westchnęła i spojrzała na mnie.
- Jestem zbyt miła dla innych i nie chce by cierpieli, dlatego widok osób, które cierpią mnie boli. Proto miała rację i jej zachowanie pokazuje jej troskę o mnie.
- Ach tak? - rzuciłem obojętnie i skierowałem się w stronę reszty. Chwilę potem, razem z Apple szliśmy do reszty.
- Kiedyś zrozumiesz - odpowiedziała i się uśmiechnęła.
Raczej w to wątpię, ale niech jej będzie.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wpis4 Oczami Adda

Pierwsze dni wspominam jako koszmar. Zaczęło się od załatwiania formalności, czyli łażenie z jednego miejsca do drugiego po całym mieście. Dobrze, że mam skuter, bo bym nie miał sił chodzić ciągle po tym zadupiu. Drugim irytującym problemem okazało się dopasowanie do norm i zwyczajów młodzików. Mają wyznaczone godziny spożywania posiłków, treningów, misji i inne pierdoły. Kolejną przeszkodą okazała się współpraca z nimi oraz innymi przypadkowymi wojownikami. Przywykłem do tego, że walczę sam, a jak już ktoś jest obok mnie to go ignoruje i nie polegam na nim. Podczas pierwszej współpracy o mało nie wysłałem jednego gościa do szpitala. Podczas walki z purchatelawką Typu-H co chwilę wpieprzał się w paradę i gdy miałem użyć Conquera to on prowokował przeciwnika i atakował Storm Bladem. To był pierwszy raz, gdy zostałem poważnie poraniony podczas wykonywania dziennych misji.
Obecnie to leże w pokoju i z niego nie wychodzę. Rany okazały się poważniejsze niż przypuszczałem. Nawet nie mogę iść do laboratorium by popracować nad czymkolwiek. Elfka uparła się, że będę mieszkać w pałacu, a do laboratorium będę chodzić tylko wtedy, gdy będę czegoś potrzebować. Co kilka godzin przychodzi i sprawdza mój stan zdrowia. No cholery można dostać przy niej. Rozumiem martwić się, ale żeby przychodzić co trzy godziny? Gdyby była moją matką to bym nie wytrzymał. W Belder miałem więcej swobody. Chyba zaczynam tęsknić za tym miastem.

Powoli zaczyna mnie męczyć mieszkanie z nimi. Gdy tylko mój stan zdrowia się polepszył udałem się do laboratorium wykonać kilka analiz i poprawek do Nasod Armor. Ostatnio zaczął się psuć. Irytujące jest, że gdy mam być przed przeciwnikiem to nie wiadomo z jakiego powodu jestem za nim. Źle odczytuje współrzędne położenia czy co?
Wieczorem wróciłem na kolację. Idąc w stronę jadalni słyszałem ich rozmowy. Gdy tylko przekroczyłem próg drzwi zapadła chwila ciszy i ponownie dyskutowali. Głównym tematem było święto koegzystencji. Nie wiem co oni w nim widzą. 
Zbierałem się do wyjścia, gdy nagle zatrzymała mnie Ara i zapytała, czy jutro będę wykonywać dzienne misję.
- Tak, ale idę sam. Nie potrzebuje towarzystwa... - zmierzylem ją wzrokiem z góry na dół i po chwili dodałem: - dziewczyny z wykałaczką.
Od razu przyjęła wrogą postawę i wydawało mi się, że chciała coś powiedzieć. Skierowałem się do wyjścia, a ona szła za mną.
- Jestem lepsza niż ci się wydaje  - syknęła i dorównała mi kroku.
- Ach, tak? Innym razem mi pokażesz. - Po chwili staneła naprzeciwko mnie i założyła ręce.
- Dlaczego nie chcesz współpracować? - zapytała spokojnie.
- Może dlatego, że przez tę współprace byłem uziemiony tutaj przez kilka dni? 
- Miałeś po prostu pecha i tyle.
- Nie, znaczy nie i odczep się.
Minąłem ją i schodami szedłem na górę, a ona jak na złość dalej za mną.
- Dałbyś mi szansę, co?
- Nie mam powodu by ci ją dawać.
- Ale ja ładnie proszę i powinieneś to wziąć pod uwagę! - odwróciłem się i spojrzałem na nią. Przyglądaliśmy się sobie przez chwilę, a potem skierowałem się na górę.
- Add... będę całą noc pod drzwiami twojego pokoju marudzić byś mnie zabrał na misję.
Rany... jakie wkurzające z niej babsko. Chyba wszystkie dziewczyny stąd łączy to samo.
- Ósma rano, przy bramie i odczep się w końcu.
- Haai, tylko się nie spóźnij! - odparła uradowana i zbiegła na dół.
To jest jakieś wariatkowo.

O wyznaczonej godzinie czekałem na dole. Była punkt ósma i Ara ospale wlokła się do bramy, która jeszcze ziewała i przecierała oczy. Założyłem ręce i nie wiedziałem czy ją odesłać z powrotem, czy pozwolić jej iść na misje.
- Jak masz problemy ze wstawaniem to z kimś innym, o późniejszej porze wykonuj misje.
- Hm? Nie, nie, obudzę się zaraz na pierwszym - ziewnęła i się przeciągła, po czym dodała: - sekrecie.
Wzruszyłem ramionami i udaliśmy się na pierwszą sekretną mapę, która była w podziemnym laboratorium Robo. Nawet dało się z nią współpracować i nie przeszkadzała mi w atakach. Musze przyznać, że coś tam potrafi.
Po zakończonych misjach skierowaliśmy się w drogę powrotną do pałacu.
- Tylko z rana wykonujesz te misje?
- Przeważnie...
- Mogłabym z tobą chodzić? Można też kogoś wziąć.
- Jak chesz. Dopóki mi nie przeszkadzasz to nie ma o czym dyskutować - odparłem znudzony jej ciągłym gadaniem. Na mapach, w mieście, podczas oddawania misji. Non stop nadaje jak nakręcona. Gorzej niż ta wścibska czarodziejka.
- Rany, posiadasz ty jakieś uczucia czy jesteś chodzącym potworem? - zapytała oburzona i przyglądała się przez chwilę. Nie odpowiedziałem nic, bo w sumie nie wiedziałem co. Po chwili westchnęła załamana i obserwowała mijających ludzi. - Tak myślę kogo by zabrać jeszcze. Może Aisha?
- Nie. Może być każdy tylko nie ona.
- Hooo - złapała mnie za ramię i delikatnie się przytuliła. - Czyżby coś was łączyło?  - zapytała. Jej ciekawskie spojrzenie było irytujące. Jak się chwilę zastanowić to poza tamtym dniem i tym co się wydarzyło to nie, chociaż jak mam brać pod uwagę jej słowa sprzed kilkunastu dni to... Z zamyśleń wyrwało mnie ponowne zapytanie o to samo.
- Jesteś głupia czy co? Z tą idiotką nie chce by cokolwiek mnie łączyło. - Odepchnąłem Arę od siebie, a ona się uśmiechnęła i zaśmiała.
- Sama ją o to zapytam.
Szliśmy dalej i spotkaliśmy Rene i Ravena. Byli na zakupach i Ara podbiegła do nich. Rena ucieszyła się na nasz widok i zapytała, czy pomożemy im zanieść zakupy do pałacu. Dziewczyna się zgodziła, a mi zostało tylko przytaknąć i pomóc.

Wieczorem do laboratorium przyszła Ara. Nie spodziewałem się jej. Wydaje się być osobą, która nie interesuję się zbytnio sprawami innych.
- Będziesz mieć czas jutro popołudniu? - zapytała i usiadła na blacie stołu.
- Zależy na co i zejdź z tego stołu - odparłem, a ona spojrzała na stół, na mnie i niechętnie zeszła, i usiadła na krześle.
- Wspólnie zamierzamy...
- Nie - wiedziałem co chciała powiedzieć, znaczy domyślałem się. Nie zamierzam się z nimi bawić na tym debilnym święcie.
- Nawet nie dałeś mi dokończyć - rzuciła obrażona i westchnęła. - Szkoda, bo Proto i Apple chciały nam coś pokazać.
- Coś? - spojrzałem na nią, a ona wstała i wzruszyła ramionami.
- Trudno, pójdziemy sami... - odparła i skierowała się do wyjścia.
- Czekaj. Mówiły coś dokładniej? - wstałem i podszedłem do niej. Odwrociła się i zastanawiała nad czymś.
- Jakieś nowe urządzenie czy coś. Nie słuchałam zbytnio. Niby podobne do tego od Ravena.
- O której tam idziecie?
- Dokładnie to nie ustaliliśmy, ale w godzinach popołudniowych, a co? Idziesz?
- Tsa, muszę z Apple porozmawiać. 

Z rana ponownie wraz z Arą zaliczyliśmy dzienne misję. Przed dwunastą udało nam się wyrobić i wróciliśmy do pałacu. Pozostali jeszcze nie wrócili z miasta, ale pewnie niedługo dojdą. Usiedliśmy na ławce, na dziedzińcu. Musze pomyśleć, jak tu przeprosić Apple za moje wcześniejsze zachowanie. Mam nadzieję, że jej już trochę przeszło. Gdy tak siedzielismy po chwili poczułem jak Ara oparła się o ramię.
- Nie jestem twoją poduszką.
- Przeszkadza ci to?
- Masz dwie sekundy...
Odsunęła się ode mnie i podciągnęła kolana pod brodę. Zmierzyła mnie  zimnym spojrzeniem i oparła się brodą o kolana. Marudziła jeszcze coś pod nosem. Jakiś czas później doszła reszta i powoli zbieraliśmy się do Altery, Serca Altery.

środa, 2 kwietnia 2014

Wpis3 Oczami Adda

Czym się tak przejmuje? Tym, że mnie oszukano? Że Vanessa nic mi nie mówiła? Że ciągle byłem obserwowany? Przez tak długi okres czasu niczego nie zauważyłem, niczego się nie domyśliłem. Wszystko było normalne. Chciałbym to załatwić po swojemu, ale obiecałem, że nic nie zrobię. Może tak będzie lepiej.

Następnego dnia zostałem wezwany do dowódcy. Okularnica wyglądała lepiej jak w nocy. W ogóle nie było po niej poznać, że cokolwiek się wydarzyło. Powiadomiła mnie, iż zostaję przeniesiony do Sander. Na te wieści się wkurzyłem.
- Dlaczego zostaję przeniesiony i to jeszcze do tego dupiatego miasta? - zapytałem z gniewem.
- Ponieważ należysz do Poszukiwaczy Eldrytu i musicie trzymać się razem.
- A co z laboratorium? Mam rozumieć, że wszystko zostanie przeniesione? - Vanessa poprawiła okulary i zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem.
- Tak, całe laboratorium z  jego zawartością wędruje do Sander. Będzie umiejscowiony obok pałacu, w którym mieszka reszta.
Poważnie chcą cały budynek przenieść?
- Co z Belder i moją pracą? - zapytałem już spokojnie i rozwaliłem się na fotelu.
- Zawieszona na jakiś czas. Póki co będziesz mieć ważniejsze misję, niż bezpieczeństwo tego miasta.
- Żebyś potem nie ryczała, jak nie będziesz sobie dawać rady.
- Od kiedy ty taki troskliwy? - zapytała z uśmiechem i podparła się ręką o blat stołu.
- Zamknij się.
W sumie, dlaczego się tym przejmuje? Chyba z nawyku. Nim wyszedłem z jej gabinetu powiedziała mi, że o osiemnastej zostaje wszystko przeniesione i mam być na miejscu o tej godzinie. Przytaknąłem tylko i poszedłem się przejść... ostatni raz po tym mieście. Chodząc uliczkami zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem przywiązany do tego miejsca. Znam każdy jej zakamarek, wszystkich ludzi, nazwy ulic, sklepów - wszystko. W końcu kilka lat się tu mieszkało, a teraz będę na jakimś zadupi mieszkać z dzieciakami. Będę jeszcze dalej od Altery i nazoidek. Ciekawe kiedy ukończą swoją nową zabawkę i kiedy mi Apple wybaczy. Powoli zaczynam rozumieć mechanizm emocji u ludziach, ale i tak do mnie to czarna magia. Tego nie da się obliczyć, przedstawić na wykresie czy diagramie. Każdy zachowuje się i interpretuje to inaczej.
Czas szybko zleciał i nim się obejrzałem dochodziła osiemnasta. Wróciłem do laboratorium przy którym znajdowało się kilkunastu ludzi, wraz z Vanessą.
- Ostatni dzień jesteś i jeszcze ludzi denerwujesz kretynie! Może byś zaczął być odrobinę odpowiedzialny?! - Ona zawsze wie jak przywitać człowieka. Cała była zdenerwowana i nerwowo ściskała halabardę w dłoni.
- Przecież jestem okularnico i daj na luz - rzuciłem i podszedłem bliżej budynku.
Na rozkaz Vanesski, zebrani ludzie ustawili się dookoła budynku. Teleportacja, co. Osobiście bym wolał z buta dotrzeć do Sander niż się przenosić. mam nadzieję, że niczego nie zepsują. Osoba, która była obok dowódcy oznajmiła, iż za pięć minut zaczynają. Ostatnie minuty właśnie uciekają. To takie nostalgiczne uczucie. Pierwszy raz odczuwam coś takiego, pierwszy raz od czasu gdy byłem dzieckiem. Chwilę później podeszła do mnie Vanessa i położyła dłoń na ramieniu. Spojrzałem na nią. Była smutna i miałem wrażenie, że jej jest z tym znacznie trudniej niż mi.
- To dla twojego dobra, Add. Może oni nauczą cię tego czego ja nie potrafiłam - odparła winiąc siebie za te wszystkie lata.
- Tego da się nauczyć w ogóle? - kobieta kiwnęła głową, po czym westchnąłem i dodałem: - Nawet jeśli się da to na pewno ta banda pyskaczy mi w tym nie pomoże.
- Czas pokaże...
- Jedna minuta i zaczynamy! - krzyknął przywódca ekipy odpowiedzialnej za teleportację.
- Słuchaj Add, nie będziesz u siebie w domu, więc proszę cię byś niczego tam nie przeskrobał, rozumiesz? Jeśli się dowiem, że coś zniszczyłeś, bo ci się nudziło, to masz jak w banku zapewnioną taką karę, że ci się odechce żyć na tym świecie! - odparła stanowczo Vanessa.
- Tak, tak mamo - wzruszyłem ramionami i spojrzałem w niebo. Chwilę potem niebiesko-włosa przytuliła się do mnie i rozpłakała.
- Uważaj na siebie, proszę.
Objąłem ją po czym podziękowałem jej za wszystko. Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, zakapturzony mężczyzna kazał Vanessie się odsunąć w bezpieczne miejsce. Gdy tylko była poza zasięgiem zaklęcia, pozostali zabrali się za wykonanie swojej roboty. Dosłownie kilka sekund później światło zaczęło otaczać cały budynek wraz ze mną. Chyba pierwszy i ostatni raz widzę okularnicę w takim stanie. Te spojrzenie, jakby nie chciała mnie nigdzie stąd wypuścić. Pierwszy raz, czułem, że komuś na mnie zależy.
- Widzimy się za jakiś czas, Vanessa.
Odparłem i uśmiechnąłem się do niej, a ona pomimo płaczu zmusiła się do uśmiechu. Potem zostałem przeniesiony do nowego miasta. Tutaj rozpocznie się nowy rozdział w moim życiu.

niedziela, 30 marca 2014

Wpis2 Oczami Adda

Koniec końców udałem się do Sander. Zastanawiam się, dlaczego chcą się spotkać? Przechodziłem przez ulicę i ciągle widywałem ludzi poubieranych w te szmaty z święta Koegzystencji. Idąc dalej, na głównym rynku spotkałem te Renę. Podszedłem do niej, a ona od razu złapała za ramię i ciągnęła przed siebie mówiąc, że wszyscy czekali na mnie. Czekali? Dlaczego mieliby to robić? Udaliśmy się do ich rezydencji i weszliśmy do środka. W salonie głównym byli wszyscy zebrani. Siedzieli przy stole. Aisha od razu ryknęła na całe gardło moje imię i rzuciła się na mnie jak na mięso jakieś. Odsunąłem się w bok i wpadła w ramiona elfki.
- Odczepiłabyś się w końcu ode mnie - spojrzała oburzona na mnie.
- Add ma rację Aisha. Daj mu trochę prywatności.
- Co słucham? - założyłem ręce i przyglądałem się im.
- Add, lepiej uważaj na nie. Jak chcą to potrafią być bardzo natrętne. Gorzej jak baba w ciąży.
- Ty się licz ze słowami chłoptasiu! - krzyknęła w jego stronę Elesis. Podeszła do niego i uszczypnęła w policzek.
- Zabieraj te pazury ode mnie wiedźmo - odparł z wyrzutami, a ona jeszcze bardziej się wkurzyła na niego.
- Chyba zapomniałeś z kim rozmawiasz, co?!
Wdali w bójkę i inne zaczepki słowne. Po chwili Raven podszedł do mnie i położył swoją zmodyfikowaną rękę na ramieniu.
- Zignoruj te bandę dzieciaków. Jeszcze nie dorośli do swojego wieku
- Dobrze kochani. Koniec zabaw.
Po słowach elfki rodzeństwo uspokoiło się, ale nadal patrzyli na siebie spod byka. Usiadłem obok Ary i kątem oka dostrzegłem, iż czarodziejka o czymś dyskutowała z wojownikiem. Zapytałem ich, po co mnie tu ściągnęli.
- To może ja zacznę - odezwała się Aisha, która wstała z swojego miejsca. - Ściągnęliśmy cię tu by powiadomić cię, iż od kilku dni należysz do naszej grupy.
- Jakie należysz? - Aisha podała mi kartkę papieru na którym było napisane o mojej przynależności do grupy i co najlepsze osoba, która poświadczyła za mnie to Vanessa. Rzuciłem jej z powrotem kartkę i wstałem z krzesła. Odwróciłem się i chciałem stąd wyjść.
- Poczekaj, Add... - Nie dałem jej dokończyć zdania tylko energicznie odwróciłem się i z pieści uderzyłem w stół, który pod wpływem siły przełamał się na pół.
- Nie będę współpracować z takimi śmieciami jak wy. Działam sam i wbijcie to sobie w końcu do głowy.
- Za stół ty płacisz - rzucił rozleniwiony wojownik, który miał nogi założone na połówce stołu.
- Jak przyślesz rachunek.
Odwróciłem się i skierowałem do wyjścia. Vanessa jest już zabita. Jakim do cholery prawem podpisuje za mnie takie rzeczy? No kurwa jakim?!
Na dziedzińcu dogoniła mnie elfka i prosiła bym się zatrzymał. Miałem ją gdzieś krótko mówiąc.
- Ty naprawdę zabiłeś w sobie człowieczeństwo czy co? Jak można być tak bezdusznym?! Mam rozumieć, że nie potrzebujesz przyjaciół i innych los jest ci obojętny?! Wiesz co to odpowiedzialność, Add?! Skoro jesteś takim draniem to czemu nas uratowałeś?! I nie wmawiaj mi tu, że zrobiłeś to dla Proto, Apple czy Eve! Nie masz nikogo na kim możesz polegać?! Nikt cię nie ochraniał przez ten cały czas i nie troszczył się o ciebie?!
Po tych słowach się zatrzymałem. W jakiś sposób na mnie podziałały, ale nie wiem jaki. Podstawowe pytanie, które każdy sobie zdaje to kim jest i co robi na tym świecie. Sam nie wiem kim jestem i co tutaj robię. Nie wiem, dlaczego w pewnych sytuacjach zachowuje się tak, a nie inaczej. Nie wiem, dlaczego pomagam innym, nie wiem nic. Czasem mam wrażenie, że nie powinno mnie tu być, że dla wszystkich moja obecność to utarpienie. Nie znam się na podstawowych uczuciach, które kierują człowieka i pchają go do działań. Nie rozumiem pewnych postaw i wątpię bym je poznał. Do mnie jest już za późno. Zbyt długo tkwiłem w samotności i swojej obsesji.
- Jesteś śmieszna czy co? - odwróciłem się w jej stronę, a ona patrzyła na mnie pełnym gniewu spojrzeniem. - Myślisz, że ktoś, kto przez ponad dziesięć lat żył w izolacji od świata zewnętrznego zmieni się od tak?
- Wiem o twojej przeszłości - zaczęła mówić spokojnie. -  Możesz mi wierzyć lub nie, ale jest mi ciebie szkoda. Cierpisz bardziej niż ktokolwiek z nas, dlatego...
- Chcecie mi pomóc - dokończyłem za nią, po czym dodałem: - problem tkwi w tym, że ja nie chce współpracować z kimkolwiek. Wystarczy, że muszę to robić z Vanessą.
Zapadła chwila ciszy, którą przerwały zbliżające się kroki Ravena.
- I tak już jest w dokumentach zapis, że należę do waszej grupki i nic tego nie zmieni.
Wyszedłem i skierowałem się w drogę powrotną do Belder. Od razu udałem się do okularnicy. Kij z tym, że jest po dwunastej w nocy.
Wszedłem do jej gabinetu. Cisza, ani żywego ducha. Pewnie poszła spać. Zamknąłem drzwi i podszedłem do kolejnych. Otworzyłem i oświeciłem światło. Pokój był prawie że pusty. Kilka szafek i komód, pod oknem biurko, a na przeciwko biurka jej łóżko w którym spała. Oczywiście przebudziła się i gdy mnie zobaczyła zapytała, czy jestem normalny, że włamuje się do jej domu.
- Może i jestem nienormalny, ale ty nie jesteś lepsza - podszedłem do niej i złapałam mocno za gardło. - Jakim ty do chuja prawem podpisujesz za mnie dokumenty? Nie przypominam sobie byś mnie adoptowała suko.
Złapała za moje ręce i próbowała się uwolnić jak również złapać oddech. Rzuciłem nią o ziemię i pierwszy raz miałem ochotę ją zabić. Jeśli zaraz się nie usprawiedliwi to kopnie w kalendarz. Gdy udało jej się zaczerpnąć powietrza, wstała i spojrzała na mnie. W jej wzroku nie dostrzegłem żadnej urazy czy gniewu. Był zwyczajny.
- Nie powinnam tego robić, ale wiedziałam, że ty się nie zgodzisz.
- To chyba oczywiste.
- Słuchaj, Add. Twoja obecność i siła budzi wątpliwości. Nie myśl sobie, że inne miasta nie wiedzą o tobie i tego co robisz. Postanowiono przypisać cię do grupy Elsworda by mieć pewność, że jesteś pod całkowitą kontrolą władz.
- I teraz mi to mówisz? Jesteś głupia czy tylko udajesz?
- Nie miałeś o tym w ogóle wiedzieć idioto! - krzyknęła i usiadła na łóżku zakrywając twarz w dłoniach. Po chwili się rozpłakała. Podszedłem do okna i zza firanek wyjrzałem na zewnątrz. Wychodzi na to, że ciągle byłem pod obserwacją, przez te wszystkie lata. Rząd jak widać bardzo się obawia mojej technologii. Teraz rozumiem, skąd te taryfy ulgowe i swoboda.
- Pójdę już - rzuciłem i skierowałem się do wyjścia.
- Nie waż się niczego robić, zrozumiałeś?! - krzyknęła do mnie, a ja tylko machnąłem ręką. - Add! Wiesz ile ja musiałam poświęcić by cię chronić przez te wszystkie lata?!
Miałem już otwierać drzwi, ale na te słowa zastygnąłem w miejscu. Chronić? Ona cały czas... Spojrzałem na nią. Ciężko jej było o tym mówić i pewnie żałuje tego co powiedziała. W sumie to teraz sobie przypomniałem.
Kiedyś, gdy poszedłem z nią na miasto zatrzymało nas kilku funkcjonariuszy i rozdzielili nas. Powiedzieli wtedy, że jest wzywana przez władze, a ja muszę iść na badania. Gdy miała już iść patrzyła na mnie smutnym spojrzeniem, jakby chciała mnie za coś przeprosić. Jakiś czas później wspólnie uzupełnialiśmy jakiś papierek. Kiedyś na jej stole znalazłem dokument, w którym było napisane, iż mam zakaz do uczęszczania szkół w Belder oraz w innych miastach i jestem pod całkowitą kontrolą Vanessy. Kilka razy stawała na głowie by ze mną sobie poradzić. Zwykle kończyło się wyzwiskami i pretensjami do niej. Ja oczywiście nie zważałem na jej uczucia. Nigdy tego nie robiłem.

Usiadła ponownie na łóżku rozpłakana i założyła część włosów za ucho. Przyglądałem jej się przez chwilę i otworzyłem drzwi.
- Nie zrobię nic w tej kwestii. Możesz być spokojna.
Wyszedłem i zamknąłem drzwi. Czy powinienem z nią zostać i podziękować za wszystko? Gdybym był normalny znałbym odpowiedź na to pytanie.

piątek, 21 marca 2014

Rozdział XXIII Nowe skuterki; Core Release system; walentynki; Memorize system; święto Koegzystencji;

Zignorowałem jej słowa i przez kolejne dni wykonywałem swoją czarną robotę. Powoli zaczynało to być nudne. Z owej nudy wyrwała mnie wiadomość o nowych skuterach. Początkowo wierzyć nie chciałem, ale gdy tylko zobaczyłem plakaty to się wkurzyłem. Zastanawiam się, co za idiota wzorował się na moim projekcie i stworzył jakieś podrzędne pojazdy? Poszedłem do magazynów sprawdzić nowe maszyny.
Brama była zamknięta, ale to żaden problem. Przy użyciu Conquera usunąłem przeszkodę z drogi i wszedłem do środka. Skuterki stały i czekały na sprzedaż. Jedne były koloru różowego, a drugi czarnego. Wszystko inne było identyczne. Sprawdziłem jeszcze ich system. Z zapisków dowiedziałem się, jak wyglądają ataki każdego z nich. Można powiedzieć, że źle nie ma, ale strasznie słabe są specjalne ataki. Ciekawiło mnie, kto jest autorem. Zjechałem na dół informacji i o mało nie wybuchnąłem śmiechem. Serio? Proto i Apple? Ciekawe kto im podsunął tak idiotyczne pomysły na pojazdy. Wyłączyłem system i wróciłem do miasta.

Planowałem złożyć wizytę nazoidkom, ale przed podróżą zatrzymała mnie Vanessa, która sprawiła mi ochrzan za to, że zniszczyłem bramę i włamałem się do systemu.
- Następnym razem jak coś będziesz chciał to powiedz, a nie niszczysz wszystko dookoła - wykrzyczała wściekła i miałem wrażenie, że zaraz rzuci się na mnie z halabardą.
- Tak jest, moja krzykliwa pani. Pójdę już - odwróciłem się i machnąłem ręką.
- Ty bezczelny...
A niech se mówi co chce. Skierowałem się do miasta misiowatych stworzeń. Celem podróży było Serce Altery. Tym razem przepuszczono mnie bez żadnych spięć. W głównym pomieszczeniu nazoidki nad czymś pracowały. Dużo urządzeń krążyło wokół jakiegoś szklanego przedmiotu. Podszedłem bliżej by się temu przyjrzeć. Apple i Proto cały czas rozmawiały i kontrolowały czytniki w zainstalowanych urządzeniach. Spojrzałem na przedmiot, który był badany, albo raczej tworzony. Trzy metalowe obręcze, które krążyło w kółko, kilka laserów, które skanowały każdy szczegół i specjalne uchwyty, które zwiększały pole elektromagnetyczne.
- Add, weź no tam kliknij na zielony guzik - odparła Proto, która ciągle obserwowała zapisy. Zrobiłem o co prosiła.
- Nad czym pracujecie?
- Jak skończymy to ci powiemy, ba nawet będziesz obiektem testowym jak bardzo chcesz - odparła z zadowoleniem Apple.
- Co ja królik doświadczalny? Macie setki nazoidów, na nich testujcie.
- Hai, hai - rzuciła obojętnie i gdy skończyła zapisywać coś na komputerze zapytała: - Jaki jest cel twojej wizyty?
- Wasze pseudo skutery, które stworzyłyście - odparłem z ironią i usiadłem na stole, zakładając ręce. Apple podeszła z smutnym wyrazem twarzy.
- Nie podobają ci się? - zapytała i przycisnęła dłoń do klatki piersiowej. Jej ton głosu był dziwny. Pierwszy raz wydawał się jakby smutny i zawiedziony. Nie odpowiedziałem na to pytanie, więc ponownie je powtórzyła.
- Tak, nie podobają mi się. Są okropne i gdyby to ode mnie zależało wywaliłbym je na śmietnisko.
Po tych słowach spuściła głowę. Po chwili zaczęła... płakać? To nazoidy mają uczucia?
- Add, wiesz że już nie żyjesz - Proto zadała pytanie albo raczej stwierdziła fakt.
- Ferdynand - powiedziała drżącym głosem i gdy tylko jej sługa się pojawił spojrzała na mnie zapłakana i krzyknęła: - pozbądź się nieproszonego gościa! Nie chce go tu widzieć, rozumiesz?! Nie chce! Nienawidzę cię, Add! Nienawidzę!
Jej sługa przygotował broń i ruszył w moją stronę. Poważnie? Co ja jej cholera zrobiłem?! Aktywowałem DP system i odskoczyłem do tyłu unikając ataku nazoida. Od razu skierował się w moją stronę i co chwile atakował. Nie miałem nawet możliwości przejścia do kontrataku. Wkurzający gość. Ledwo udało mi się stworzyć Dynamo Configuration i wtedy mogłem przejść do ataków. Gdy już chciałem przejść do DP combo, Ferdynand się wycofał i skierował do swojej pani. Co znowu? Dostrzegłem w oddali, że Proto i Apple o czymś rozmawiają. Gdy Ferdynand wrócił do nazoidki to skierowali się do drugiego pomieszczenia. Dezaktywowałem system i podszedłem do Proto, która zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem. Zrobiła zamach ręką i chciała mnie uderzyć, jednak nie pozwoliłem jej na to i złapałem za nadgarstek.
- Wiesz ile ona pracowała nad tym? Mógłbyś docenić jej pracę, a nie zdeptać jej uczucia.
- Wy nie posiadacie uczuć, chyba że o czymś nie wiem - odpowiedziałem i puściłem jej rękę.
- Nie myśl sobie, że wszystko o nas wiesz, a teraz wynoś się - rzuciła pogardliwie i skierowała się do maszyn.
Czyżby nazoidy posiadały uczucia? Jakoś w to wierzyć nie chce. Będę musiał zebrać nowe informację na ten temat.

Następnego dnia dowiedziałem się o święcie Koegzystencji. Czytałem o tym kiedyś w artykułach. Przednia zabawa, która trwa miesiąc. Lepiej żeby nic mnie nie zmusiło do uczestniczenia w tym. Nowe skuterki zostały wystawione na sprzedaż. Dużo ludzi było zainteresowanych i każdy chwalił się jaki posiada model. Nie wiem czym oni się tak zachwycają. Poszedłem potrenować trochę na czasoprzestrzeni Glave i sekretach. Gdy miałem wracać do swojego laboratorium, Aranka zatrzymała mnie i wręczyła list polecony. Kto to może być? Otworzyłem kopertę i przeczytałem list. Hah, kto by się spodziewał, że napisze do mnie Rena z tej bandy dzieciaków. Chciała bym odwiedził ich w najbliższy weekend. Muszę się zastanowić, czy mam po co tam iść. Jak znowu mam spotkać tę irytującą dziewczynę i chłopaczka z mieczem to podziękuje.

środa, 12 marca 2014

Wpis11



Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Rozmawiałem z Aishą na jego temat. Wcześniej powiedziała, że nie podoba jej się jego postawa. Poprosiłem by mi to wytłumaczyła.
- Jest inny, zmienił się. Wygląda na zbyt pewnego siebie – westchnęła, po czym dodała: - chyba w końcu uspokoił się i znalazł właściwą drogę.
- Uspokoił się? – zapytałem, bo nadal nie rozumiałem.
- No, z tą obsesją na punkcie Eve. Chyba Vanessa trzymała go pod kluczem – zaśmiała się. – Nie dziwi cię to, że nam pomógł?
- Trochę. Takie pierdoły go nie interesują, a jednak nam pomógł – odparłem i położyłem głowę na stole. Zekira wyglądała przez okno. Po chwili przypomniało mi się o czymś. – Mówiłem ci, że Add ma mi zrobić miecz Eltriona?
- Nie? Niby jak chce to zrobić?
- A komu zostały powierzone części tego robota? Masz krótką pamięć, kochanie.
Po rozmowie z czarodziejką postanowiłem iść potrenować. Nim wyszedłem sprawdziłem, czy o czymś nie zapomniałem. Miecz miałem przy sobie, wszystkie urządzenia wyłączone, okna pozamykane i pety smacznie spały na fotelu. Pogłaskałem je po głowach i wyszedłem.

Wieczorem wróciłem na kolację. Gdy ją zjadłem poszedłem do moich wierzchowców. Raz na jakiś czas trzeba je wykąpać, a nikt za mnie tego nie zrobi. Z Hamellingiem szybko się uporałem. Bardzo lubi wodę i pianę. Problem zaczął się z Coco, który nienawidzi tego. Biegał wszędzie i nie dał się umyć. Gdy się zmęczył i nie miał już sił uciekać, dał się wyszorować. Kilka chwil potem przyszła do nas Ara. Powiedziała, że Add czeka na mnie, na dziedzińcu. Zaskoczony byłem tym co usłyszałem. Dodała, że miał przy sobie miecz. Pewnie chodzi o miecz Eltriona. Poprosiłem dziewczynę by przez ten czas miała oko na moje wierzchowce.

Nawet do niego nie podszedłem a on rzucił broń w moją stronę. Złapałem ją i przyglądałem przez chwilę. Cholera, duży jest, większy niż się spodziewałem. Wykonałem kilka zamachów i sprawdziłem go od rękojeści po czubek ostrza. Trzeba przyznać, że ma głowę do tego. Wszystko zostało dobrze wykonane. Byłem zaskoczony. Podziękowałem mu i zaraz potem skierował się do wyjścia. Nim wyszedł zapytałem go, czy chciałby do nas dołączyć. Oczywiście odmówił podając swoje powody. Nie chce nikogo zmuszać, ale przydałby się ktoś taki jak on. Z jego siłą nic by nie stanowiło dla nas zagrożenia. Wracając do miecza – trzeba kupić zwój i zebrać odpowiednie Eldryty. Gdy z tym się uporam sprzedam smoczy miecz.

Następnego dnia Zeki powiadomiła mnie, iż została przydzielona do pewnej misji i nie będzie jej przez jakiś czas. Nim wyruszyła poprosiłem ją by uważała na siebie. Pożegnaliśmy się i wyruszyłem zaliczać dzienne misję, a zaraz po nich trening z wierzchowcami i maluchami.

Gdy miałem kłaść się spać przypomniałem sobie o czymś. Sprawa dotyczyła Bethrezena i Karis.
- Kiedyś wspomniałeś o Karis, że ją znałeś.
- Co w związku z tym? – zapytał spod książki.
- Opowiedz mi o tym.
- Ha ha ha. Żartujesz? To długa historia i nie chcę do niej wracać.
- Rozkazuje ci.
Po tych słowach spojrzał na mnie z powagą. Odłożył książkę i wygodnie się rozsiadł w fotelu.
- Zacznę od momentu spotkania z Karis.
- Tylko żeby to miało ręce i nogi – rzuciłem i położyłem się na sofie.
- Była dość znana w świecie demonów. Szybko objęła najwyższe stanowisko swojej rasy – succubusów. Pełniła rolę reprezentantki i doradczyni. Znana była z swoich zagrywek miłosnych. Wiele urzędników padło jej ofiarą. Z tego co słyszałem to nie zależało jej na władzy absolutnej, ale też nie chciała być uważana za szarą istotkę. Kiedyś po obradach zaprosiła mnie na rozmowę. Dyskusja tyczyła się sytuacji w świecie demonów. Miło się czas spędziło i dowiedziałem się, że kiedyś ją uratowałem. Jako dług wdzięczności obiecała mi, że zawsze będzie mnie wspierać. Od tamtej rozmowy pracowała bezpośrednio pode mną. Dzięki niej miałem wszystkie potrzebne informacje. Zawczasu dowiedziałem się o ataku na nasze królestwo. Podobno na ich czele stał niejaki Ran. Karis ostrzegała mnie wielokrotnie. Zależało jej na moim bezpieczeństwie. - Zamyślił się przez chwilę i przetarł dłońmi swoją twarz. – W końcu nastał dzień wojny. Zostaliśmy pokonani przez tego parszywego pół demona, a to tylko dlatego, iż wykorzystał jakiś eliksir, który zablokował moje wszystkie umiejętności. Byłem jedną nogą na tamtym świecie, jednak ten idiota zamiast dopilnować bym zginął, poszedł sobie. Wykorzystałem ten moment by swoją duszę oddzielić od umierającego ciała. Uciekłem do świata ludzi i tam szukałem kontenera. Podczas poszukiwania odpowiedniego przedmiotu natrafiłem na miasto Peita. Tam trafiłem na odłamek Eldrytu. Zapieczętowałem w nim duszę, a potem kamień trafił do Berruta, a następnie do ciebie.
- Ale ty masz ciekawą przeszłość. Ile masz lat?
- Więcej niż ty smarkaczu.
Po tej rozmowie wróciłem do rzeczywistości i zasnąłem.

Dwa dni później do Sander wróciła Aisha. Opowiedziała o swojej misji oraz o tym, kogo spotkała.
- Co ty planujesz?
- A zobaczysz – odparła śmiejąc się.
- Jeden zły ruch i cię zabije. Wiesz o tym.
- Hai, hai. Zobaczysz, jeszcze będzie mi wdzięczny za okazaną pomoc. Poza tym – urwała i zawiesiła się na mnie, po czym dodała: - nie sądzisz, że każdy potrzebuje na tym świecie swojej drugiej połówki?
- On nie potrzebuje, a już na pewno nie ciebie.
- Kto tu mówi o mnie? Ktoś inny zajmie moje miejsce.
Kogo ona ma na myśli?