środa, 12 marca 2014

Wpis11



Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Rozmawiałem z Aishą na jego temat. Wcześniej powiedziała, że nie podoba jej się jego postawa. Poprosiłem by mi to wytłumaczyła.
- Jest inny, zmienił się. Wygląda na zbyt pewnego siebie – westchnęła, po czym dodała: - chyba w końcu uspokoił się i znalazł właściwą drogę.
- Uspokoił się? – zapytałem, bo nadal nie rozumiałem.
- No, z tą obsesją na punkcie Eve. Chyba Vanessa trzymała go pod kluczem – zaśmiała się. – Nie dziwi cię to, że nam pomógł?
- Trochę. Takie pierdoły go nie interesują, a jednak nam pomógł – odparłem i położyłem głowę na stole. Zekira wyglądała przez okno. Po chwili przypomniało mi się o czymś. – Mówiłem ci, że Add ma mi zrobić miecz Eltriona?
- Nie? Niby jak chce to zrobić?
- A komu zostały powierzone części tego robota? Masz krótką pamięć, kochanie.
Po rozmowie z czarodziejką postanowiłem iść potrenować. Nim wyszedłem sprawdziłem, czy o czymś nie zapomniałem. Miecz miałem przy sobie, wszystkie urządzenia wyłączone, okna pozamykane i pety smacznie spały na fotelu. Pogłaskałem je po głowach i wyszedłem.

Wieczorem wróciłem na kolację. Gdy ją zjadłem poszedłem do moich wierzchowców. Raz na jakiś czas trzeba je wykąpać, a nikt za mnie tego nie zrobi. Z Hamellingiem szybko się uporałem. Bardzo lubi wodę i pianę. Problem zaczął się z Coco, który nienawidzi tego. Biegał wszędzie i nie dał się umyć. Gdy się zmęczył i nie miał już sił uciekać, dał się wyszorować. Kilka chwil potem przyszła do nas Ara. Powiedziała, że Add czeka na mnie, na dziedzińcu. Zaskoczony byłem tym co usłyszałem. Dodała, że miał przy sobie miecz. Pewnie chodzi o miecz Eltriona. Poprosiłem dziewczynę by przez ten czas miała oko na moje wierzchowce.

Nawet do niego nie podszedłem a on rzucił broń w moją stronę. Złapałem ją i przyglądałem przez chwilę. Cholera, duży jest, większy niż się spodziewałem. Wykonałem kilka zamachów i sprawdziłem go od rękojeści po czubek ostrza. Trzeba przyznać, że ma głowę do tego. Wszystko zostało dobrze wykonane. Byłem zaskoczony. Podziękowałem mu i zaraz potem skierował się do wyjścia. Nim wyszedł zapytałem go, czy chciałby do nas dołączyć. Oczywiście odmówił podając swoje powody. Nie chce nikogo zmuszać, ale przydałby się ktoś taki jak on. Z jego siłą nic by nie stanowiło dla nas zagrożenia. Wracając do miecza – trzeba kupić zwój i zebrać odpowiednie Eldryty. Gdy z tym się uporam sprzedam smoczy miecz.

Następnego dnia Zeki powiadomiła mnie, iż została przydzielona do pewnej misji i nie będzie jej przez jakiś czas. Nim wyruszyła poprosiłem ją by uważała na siebie. Pożegnaliśmy się i wyruszyłem zaliczać dzienne misję, a zaraz po nich trening z wierzchowcami i maluchami.

Gdy miałem kłaść się spać przypomniałem sobie o czymś. Sprawa dotyczyła Bethrezena i Karis.
- Kiedyś wspomniałeś o Karis, że ją znałeś.
- Co w związku z tym? – zapytał spod książki.
- Opowiedz mi o tym.
- Ha ha ha. Żartujesz? To długa historia i nie chcę do niej wracać.
- Rozkazuje ci.
Po tych słowach spojrzał na mnie z powagą. Odłożył książkę i wygodnie się rozsiadł w fotelu.
- Zacznę od momentu spotkania z Karis.
- Tylko żeby to miało ręce i nogi – rzuciłem i położyłem się na sofie.
- Była dość znana w świecie demonów. Szybko objęła najwyższe stanowisko swojej rasy – succubusów. Pełniła rolę reprezentantki i doradczyni. Znana była z swoich zagrywek miłosnych. Wiele urzędników padło jej ofiarą. Z tego co słyszałem to nie zależało jej na władzy absolutnej, ale też nie chciała być uważana za szarą istotkę. Kiedyś po obradach zaprosiła mnie na rozmowę. Dyskusja tyczyła się sytuacji w świecie demonów. Miło się czas spędziło i dowiedziałem się, że kiedyś ją uratowałem. Jako dług wdzięczności obiecała mi, że zawsze będzie mnie wspierać. Od tamtej rozmowy pracowała bezpośrednio pode mną. Dzięki niej miałem wszystkie potrzebne informacje. Zawczasu dowiedziałem się o ataku na nasze królestwo. Podobno na ich czele stał niejaki Ran. Karis ostrzegała mnie wielokrotnie. Zależało jej na moim bezpieczeństwie. - Zamyślił się przez chwilę i przetarł dłońmi swoją twarz. – W końcu nastał dzień wojny. Zostaliśmy pokonani przez tego parszywego pół demona, a to tylko dlatego, iż wykorzystał jakiś eliksir, który zablokował moje wszystkie umiejętności. Byłem jedną nogą na tamtym świecie, jednak ten idiota zamiast dopilnować bym zginął, poszedł sobie. Wykorzystałem ten moment by swoją duszę oddzielić od umierającego ciała. Uciekłem do świata ludzi i tam szukałem kontenera. Podczas poszukiwania odpowiedniego przedmiotu natrafiłem na miasto Peita. Tam trafiłem na odłamek Eldrytu. Zapieczętowałem w nim duszę, a potem kamień trafił do Berruta, a następnie do ciebie.
- Ale ty masz ciekawą przeszłość. Ile masz lat?
- Więcej niż ty smarkaczu.
Po tej rozmowie wróciłem do rzeczywistości i zasnąłem.

Dwa dni później do Sander wróciła Aisha. Opowiedziała o swojej misji oraz o tym, kogo spotkała.
- Co ty planujesz?
- A zobaczysz – odparła śmiejąc się.
- Jeden zły ruch i cię zabije. Wiesz o tym.
- Hai, hai. Zobaczysz, jeszcze będzie mi wdzięczny za okazaną pomoc. Poza tym – urwała i zawiesiła się na mnie, po czym dodała: - nie sądzisz, że każdy potrzebuje na tym świecie swojej drugiej połówki?
- On nie potrzebuje, a już na pewno nie ciebie.
- Kto tu mówi o mnie? Ktoś inny zajmie moje miejsce.
Kogo ona ma na myśli?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz