niedziela, 29 grudnia 2013

Wpis2

Nie podobała mi się wizja końca ludzkości. Zmobilizowałem swoich ludzi by trochę obeznali się w tym temacie. Późnym wieczorem dostałem informacje odnośnie tego czegoś. Jakiś czas temu próbował się wyrwać z czasoprzestrzeni. Podczas walki w swoim wymiarze niefortunnie dostał się do naszego i jak każdy chce wrócić do siebie. Zdaniem Glave jest trzymać wszystkie istoty w czasoprzestrzeni, by nie doszło do opanowania świata przez stwory. Raid boss - tak go nazwali - próbując się wydostać, trafił właśnie na naszego zamaskowanego pana przestrzeni, który nie pozwolił mu wyjść i chce go uwięzić, a potem wymyślić sposób jak go odesłać. Wszystko fajnie brzmi tylko nasz wielki przyjaciel jest rozwścieczony i jak tak dalej pójdzie to zniszczy drzwi przestrzeni, a wtedy wole nie wiedzieć co się stanie. Postanowiłem udać się do niego i go uspokoić. Nikomu ten pomysł się nie spodobał. Nic dziwnego, być może nie wrócę stamtąd. Osobiście sam boje się starcia z nim, ale czego się nie zrobi dla ludzkości.
Śnieżynka starała się mnie przekonać bym został, jednak nie tym razem. Zapytałem czy idzie ze mną. Nie wiedziała co odpowiedzieć, więc nie marnując czasu, wraz z Nightem udaliśmy się do portalu. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą jeszcze Hamelinga. Gdy mieliśmy przechodzić już do świata ludzi, Wyrocznia krzyczała za nami bym poczekał na nią. Jak już nas dogoniła przeliśmy przez portal i znaleźliśmy się tuż przed Glave.
- Akurat ciebie się tu nie spodziewałem, Elsword. - odparł spokojnie i się zaśmiał na koniec.
- Masz problemy Glave. Wiem o tym całym Raidzie.
- A jest coś czego nie wiesz? Nieważne. Poczekajmy na twoich przyjaciół. Sam nie dasz sobie z nim rady.
- Już ich powiadomiłeś?
- Oczywiście. To będzie dla was dobry test.
Test? Wiedziałem, że ma nierówno pod sufitem, ale nie aż tak. Kilkanaście minut później zjawili się wszyscy - Elesis, Ara, Raven, Chung, Aisha i Rena. Na mój widok doznali szoku. Nic dziwnego, przecież ostatni raz widzieliśmy się miesiąc temu. Oszczędziliśmy sobie zbędnych przywitań, wyjaśnień i innych. Ważniejsza rzecz jest teraz do zrobienia.
- Skoro wszyscy są to zapraszam do drzwi.
- Hola, hola Glave. Nie zapomniałeś o kimś? - Znajomy głos rozległ się z drugiej uliczki. Wnet potem ujrzeliśmy Noah, Penentia, Edana i Valaka. Ich się tu nie spodziewałem. Czyżby sprawa Raida była aż tak poważna?
- Pozwolisz Glave, że się przyłączymy. - odparł Penentio. Pan zamaskowany się tylko zaśmiał i otworzył drzwi do pomieszczenia wymiarowego, w którym znajdowało się to coś.

Ledwo weszliśmy i już w naszą stronę skierował swoje duże łapsko. Odskoczyliśmy i się rozproszyliśmy. On jest ogromny. Jak z tym czymś mamy walczyć? Stanął przed nami i ryknął na cały głos. Nie czekając dłużej ruszyliśmy na niego. Każdy z nas atakował co było w zasięgu broni. Niestety, nasze żałosne ataki nie robiły na nim wielkiego wrażenia. Wskoczyłem na Hamelinga i z góry zaatakowałem go lodowym gradem. Chociaż odrobinę go to zabolało, bo zaczął nas gonić po niebie. Zaraz do mnie przyłączyli się inni, którzy posiadali smoki i atakowaliśmy naprzemiennie. Udało nam się go przewrócić i wtedy Chunga odpalił swojego Hypera oraz AS'a. Odsunęliśmy się na bezpieczną odległość i przyglądaliśmy się potworowi. Po kilku chwilach wstał i zaatakował nas swoimi łapskami. Czyżby nasz wspólny atak nie wypalił? Gdy uniknęliśmy tego to wzbił się w powietrze i wystrzelił kilkanaście rakiet. Chung od razu zorientował się, że są samonaprowadzające i eksplodują po jakimś czasie. Rozbiegliśmy się i staraliśmy się je uniknąć. Jakoś wyszło, tylko Rena i Elesis doznały lekkich obrażeń. Potem leciał w naszą stronę i laserami przecinał podłoże. Tego nie dało się uniknąć inaczej poza usadowieniem się na innej platformie. Ja wziąłem Rene, a Chung Elesis i skierowaliśmy na bezpieczne miejsce do walki z nim.
- Nie uda się nam go pokonać! - wrzasnęła Noah i podbiegła do nas.
- Z takim nastawieniem się nie dziwię - odrzekł Penentio.
- Jak mamy walczyć z kimś, znaczy czymś jeśli nie znamy jego słabości!?
- To trzeba się dowiedzieć. - rzuciłem i na Hamelingu ruszyłem na niego.
- Elsword! Wracaj tu!
W oddali słyszałem głos Wyroczni. Skoro mamy się czegoś dowiedzieć to trzeba zaryzykować. Night był ze mną i szykowaliśmy się do ataku. Raid leciał na nas, a my na niego. Gdy miało dojść do starcia skoczyłem z Hamelinga na jego łeb. Ledwo udało mi się odzyskać równowagę na nim, ale się udało. Robot zorientował się, że coś jest nie tak i się zatrzymał. Próbował łapami mnie zdjąć z siebie, jednak ja się tak łatwo nie dam. Wbiłem w jego kark miecz i aktywowałem Hypera. Następne zeskoczyłem w dół prosto na smoka. Odlecieliśmy trochę dalej i patrzałem na to co się działo. Niby mój atak go poranił, ale to za mało. Co prawda doznał większych obrażeń w porównaniu do wcześniejszych ataków. Jak można być tak wytrzymałym? Nawet nie zorientowałem się kiedy uderzył we mnie swoją ręką. Z hukiem uderzyliśmy w ziemię. Próbowałem się dźwignąć jednak nie mogłem. Byłem zbyt zdezorientowany tym atakiem. Nie wiedziałem zbytnio co się działo potem. Film mi się uciął i zaczął ponownie na tym jak wszyscy byli poważnie poranieni i ledwo stali na nogach. Z wierzchowcami było podobnie. Nasi mali towarzysze starali się zregenerować nasze siły, ale to było za mało. Raid mierzył w nas swoim atakiem laserowym, skupionym w jednym miejscu. Więc to tak zakończy się nasz żywot? Wiązka lasera została wystrzelona i światło z niej padające nas oślepiło. Gdy z powrotem otworzyliśmy oczy przed nami stał ktoś. Nie wiedziałem kto to, pierwszy raz na oczy go widziałem.
- Takie problemy macie z taką żałosną puszką złomu? - odparł i się zaśmiał.
- Kim ty do licha jesteś? - zapytał poddenerwowany Penentio.
- Ja? - odwrócił się do nas i mogliśmy zobaczyć jego twarz - zwykłym naukowcem. - Po tych słowach druga wiązka lasera została wystrzelona, a on wyciągnął tylko rękę i jego lasery zostały odbite i podzieliły się na mniejsze, niszcząc krajobraz za nami. - Raid boss - podobny do nazoida wersji 00006 przeznaczony do zadań militarnych. Jego siła skupia się na absorbowaniu energii w pobliżu i przekształcaniu jej w swoje paliwo. Wyposażony w samonaprowadzające rakiety i skrzydła by móc szybko wyeliminować swój cel. Opancerzony ze wszystkich stron i nałożona dodatkowa tarcza magiczna. Wydaje się nie do pokonania jeśli patrzymy na to wszystko pod tym kątem. Jednak spójrzmy pod innym. Jego ręce, szyja i nogi nie są osłonięte. Jeden silniejszy atak w te kończyny i nazoid pozostaje bezbronny, dlaczego? Leżąc na ziemi nie może odpalić laserów, bo sam się wysadzi, a jakakolwiek przemiana energii w takim stanie doprowadzi do samozniszczenia. Wiedząc to wszystko można szybko się z tą puszką uporać.
- Czekaj, czekaj. Skąd ty... - Rena nie wiedziała co powiedzieć i była w szoku podobnie inni. Skąd on to wszystko wie.
- Skąd ty wszystko o nim wiesz, jak nawet z nim nie walczyłeś i nie widziałeś w akcji. - spytała Noah.
- Byłem tu cały czas. Fajny pokaz daliście. Się uśmiałem. - odparł ironicznie i przygotowywał swoją broń. Noah już szykowała się do ataku, ale nie w Raida, tylko w tego gościa.
Chwile potem ruszył w jego stronę. Leciał do niego na tych swoich zabawkach i po chwili ujrzeliśmy jak uderzył w jego kończyny jakby atakiem przyśpieszonego podziału cząsteczek. W jednej chwili boss runął na ziemię, a potem tym samym atakiem wysadził jego ramiona i kark. Chwile jeszcze się ruszał, a potem się wyłączył. Na dole wszystko się paliło, a on stał na nim jakby nigdy nic i się zaśmiał. Ciekawi mnie co to za psychopata.

środa, 25 grudnia 2013

Rozdział XXI Raid boss - witamy nowego kolege?; Grand Master - czyli siostra osiąga wyższy poziom; bawimy się w gotyckie lalki; zmiany na rynku? Czemu nie; samodoskonalenie się bohaterów; czas na Halloween; nowe notatki? To zły pomysł; nowy avatar - Ignition Caligo

Nie miałem zbyt wiele do roboty w tym świecie. Chodziłem tu i tam i obserwowałem tutejsze życie. Mieli własną kulturę i obyczaje o których kiedyś pisałem. Nudziłem się, ale podobała mi się jedna rzecz - swoboda. Mogłem robić co chciałem bez żadnych konsekwencji czy opieprzu, bo na obiad się spóźniłem. Co jakiś czas trenowałem kontrolę nad moim Cornwellem. Pomimo tych wszystkich wydarzeń to moja moc się zbytnio nie zmieniła. No, poza tym, że mogę w końcu używać wszystkich umiejętności co kiedyś. Oczywiście cały czas towarzyszyła mi Śnieżynka.

Dni mijały, tygodnie. Z czasem zaczęło coś się łamać wewnątrz mnie. Brakowało tego co mi drogie było - Aisha. Tęskniłem za nią i martwiłem się o nią. Pewnie mnie nienawidzi za to, że ją zostawiłem. Reszta prawdopodobnie czuje to samo. Będę musiał kiedyś się do nich wybrać i zobaczyć co u nich. Ciekawi mnie również, co zamierzają ze mną zrobić. Czynu, którego się dopuściłem raczej nie ujdzie mi na sucho. Rodzina... Wole nie wiedzieć jak zareaguje mój ojciec. Muszę dokładnie wszystko przemyśleć. Jeśli wróciłbym do mojego domu to nic by się nie stało i przyjaciele by mnie jakoś przyjęli (chyba) lub czekają na ten moment by mnie złapać i zabić. Jedyny sposób by na chwilę obecną dowiedzieć się co u nich to wysłanie Wyroczni z listem ode mnie.


Siedziałem przy stole i pisałem owy list. Było już późno. Blat stołu oświetlał świecznik. Podczas pisania ktoś zapukał do drzwi. Śnieżynka poszła otworzyć i krzyknęła, gdy tylko otwarła na oścież drzwi. Spojrzałem tam i zobaczyłem małą siedzącą na ziemi, a przed nią coś. Przyglądając się dalej dostrzegłem, że to małe dziecko, które leży z łapkami wyciągniętymi przed siebie na czaszce. Odłożyłem pióro i podszedłem do brzdąca. Gdy tylko kucnąłem przed nim, lekko się dźwignął i pomachał rączką. Uśmiechnąłem się do niego, a on zaczął skakać na swojej czaszce. Wpuściłem go do środka, a Śnieżynka dalej się przyglądała przybyszowi. Od razu maluch wskoczył na fotel i zasnął. Podeszliśmy do niego i zastanawialiśmy się kim on jest.
Wróciłem do pisania listu i gdy skończyłem wręczyłem go Wyroczni, a ta od razu udała się do mojego świata. Ja natomiast udałem się do swojego łóżka.

Następnego ranka, nasz nowy gość gonił po całym pokoju i bawił się razem z Śnieżynką. Przynajmniej się dogadują. Gdy doprowadziłem się do ładu i składu, zjedliśmy śniadanie, a potem poszliśmy poszukać informacji o naszym nowym przyjacielu. Długo szukać nie musieliśmy. Avalac na jego widok o mało co nie wpadł w panikę. Powiedział nam, że do dziecko Żniwiarza i lepiej żebyśmy szybko je oddali. Tak, oddali. Ciekawie niby jak. Mały jednak dawał nam do zrozumienia, że nie chciał wracać. Dorwał się do jakiegoś kamienia i zaczął rysować coś na ziemi. Z rysunku było widać, że jego rodzice go tu przysłali by się tu wychował. Gdy starał się nam wszystko wyjaśnić - gestami - na sam koniec się rozpłakał i zaczął przecierać łapkami twarz. Śnieżynka od razu się w nim zakochała, bo startnęła do niego i przytuliła go mocno do siebie. Czyli to mnie ten brzdąc wybrał bym go wychował? Rany...


Dni mijały, a ja wychowywałem Nighta (Nightmare go nazwałem). Wszystko nawet fajnie się połączyło. Zarówno Śnieżynka jak i Night mogli się doskonalić, a ja w spokoju trenować swoje techniki jak i style walki. W końcu mały podrósł i już sam umiał chodzić. Chyba go nie opisywałem jeszcze. Ma białe, krótkie włosy i czarne ubranie - płaszczyk, spodnie, rękawiczki i buciki. Gdy podrósł, obok jego głowy latały dwie małe czaszki, na plecach miał kosę, a na sobie płaszczyk z kapturkiem. Reszta pozostała bez zmian. Podobnie jak z Śnieżynką, kurdupel umiał mówić. Dodatkowo wykształcił u siebie wysoką kulturę osobistą. Pierwszego dnia po jego ewolucji, przywitał mnie ładnie, kłaniając się i pytając o zdrowie. Wtedy mogłem z nim porozmawiać o tym wszystkim. Usiadł grzecznie na kołdrze i zaczął opowiadać to, co wcześniej narysował. Z jednej strony się cieszę, że umie mówić z drugiej... Znowu będą mi dwa maluchy ryczeć. Śnieżynka polubiła go jeszcze bardziej, gdy dowiedziała się o jego zdolnościach do mówienia.

Poszedłem z nimi na spacer i przy okazji oddałem moją zbroję kowalowi. Przez to wszystko się strasznie zniszczyła i potrzebuje nowego sprzętu. Wieczorem wróciliśmy do zamku i przez kolejne dni trenowałem z Nightem. Koniec końców wyrósł i to sporo. Był na wysokości pasa, kapturek teraz miał na głowie i w sumie tyle. Można powiedzieć, że nie nudziłem się przez te tygodnie.
Przechadzając się z nimi po uliczkach poczuliśmy nagłe wstrząsy. Nikt nie wiedział co się działo do czasu, gdy na niebie pojawiły się drzwi wymiarowe. Z nich wyszło ogromne łapsko jakiegoś potwora. Chwile potem mogliśmy zobaczyć jego twarz. Wyglądał jak robot albo sam nie wiem. Szykował się do ataku, gdy nagle drzwi wymiarowe się zatrzasnęły i palce bestii z hukiem padły na ziemię. Od razu wezwano odpowiednich ludzi do tej roboty. Sam z towarzyszami podszedłem bliżej.
- Zaburzenia czasoprzestrzeni. Osoba, która sprawuje nad nią kontrolę ma problem i to poważny - odparł Night zakładając ręce.
- Co masz na myśli? - zapytała Wyrocznia.
- Do naszego wymiaru dostała się bestia, która nie ma dobrych zamiarów względem nas. Za niedługo zaatakuje ponownie, tylko wtedy trzeba będzie go pokonać.
- Pokonać? Widziałeś rozmiar jego łba? To niemożliwe.
- To w takim razie to koniec ludzkości.

sobota, 7 grudnia 2013

Wpis3 Oczami Chunga

Porozmawiałem z Lenartem odnośnie tych wszystkich zmian. Przy okazji dał mi dokument jak to wszystko ma przebiegać oraz wyczytałem różnice pomiędzy obecnymi setami, a nowymi. Nowe efekty nie są złe, ale jednak wole mój obecny komplet Mk-2. Będę musiał przemyśleć, czy warto zmieniać na nowy model. Podziękowałem kowalowi i wróciłem do Sander.
Nawijaliśmy ciągle jak najęci o nowych uzbrojeniach i wzajemnie dzieliliśmy się spostrzeżeniami. Koniec końców trzeba będzie coś z tym zrobić. Dodatkowo ma zostać dodany nowy set z Hamel. To mnie zaciekawiło. Nigdy nie sądziłem, że Hamel przyczyni się do produkcji takich setów no ale.

Po półtorej tygodnia zadecydowałem o zmianie mojego Mk-2 na nowy. Zrobiłem to tylko dlatego, że nowa broń ma więcej obrażeń. Oddałem zbroje do Lenarta. Kazał mi poczekać kilka godzin, aż ukończy. Nie śpieszyło mi się zbytnio, bo wszystkie dzienne misję miałem zaliczone. Jako że miałem dużo wolnego czasu postanowiłem odwiedzić Ekko.
Jak zwykle eksperymentowała nad czymś. Wspólnie spędziliśmy czas przy herbacie i ciastkach. Rozmawialiśmy o moich podróżach i jej przygodach z alchemią. Tak dobrze się rozmawiało z przyjaciółką, że nawet nie zorientowałem się jak już dochodziła ósma wieczorem. Pożegnałem się z Ekko i wróciłem do Lenarta po zbroję. Podziękowałem mu i dzięki biletowi Aranki znalazłem się w Sander. Gdy tylko zamknąłem się w czterech ścianach zacząłem bacznie analizować moją nową zbroję.

Kilka dni później dowiedziałem się o nowym sekrecie Hamel oraz nowej zbroi. Sekret odbywał się w Świątyni Wyzwań. Zbroja Hamelowska była zrobiona pod regenerację many. Trzeba przyznać, że się postarali. W tym samym czasie odbywały się zabawy związane z świętem Nocnego Królika. W centrum miasta chodziły króliki i bawiły się z dziećmi oraz przygotowywali różne konkursy. Jako że obchodzenie tego święta jest przeznaczone dla dzieci, postanowiłem sobie odpuścić i wolny czas przeznaczyłem na przygotowywaniu amunicji do mojego Niszczyciela.

Gdy tylko święto Nocnego Królika się skończyło, na rynek zostały wypuszczone komplety ubrania Noira. Można śmiało powiedzieć, że ten avatar na każdym świetnie leżał i wydawałoby się, że należy do jakiejś mafii. Oczywiście, mi się te ubranie bardzo spodobało i je kupiłem. Biała koszula, czarny garnitur, spodnie i buty. Doskonale pasował do akcesorium Upadlaka. Właśnie, jeszcze muszę skrzydła na buty kupić.
Z okazji nowego kompletu avatara przygotowano konkurs na najlepszą odegraną scenę w tym komplecie. Od nas każdy miał i Rena wymyśliła genialny scenariusz. Szantaż, porwanie, odnalezienie sprawcy, kara i happy end. Wszystko by poszło po jej myśli gdyby nie fakt, że brakuje nam jednej osoby. W takich właśnie chwilach przychodzi przejściowa smutna atmosfera. Elsword, co się z tobą dzieje? Jak długo jeszcze karzesz nam czekać na siebie? Już mieliśmy się rozejść, gdy dostrzegłem na ulicy Amhila. Poprosiłem go o pomoc. Na szczęście się zgodził i odegraliśmy nasz zaplanowany scenariusz. Udało nam się zająć drugie miejsce i wróciliśmy do swoich obowiązków.

Kilka tygodni później doszły do nas słuchy o zmianie Henira. Wszystko fajnie pomijając fakt, że Glave ma nierówno pod sufitem i Stworzyciel jeden wie co wymyśli. Zmianom również uległy zbroje Henirowskie. Poszedłem do niego i w losowej grupie sprawdzaliśmy, co to Glave wymyślił ciekawego. Można był to przewidzieć - nowy etap z przeciwnikami z Sander. Jest Waldo albo Kelaino, następnie Trok, Karu, Karis i true Karis. Teraz Henir jest ciekawym wyzwaniem, ale dla wojowników z wyższej półki nie stanowi żadnego problemu.
Wyzwanie Glave było oblegane do późnej godziny. Ja w tym czasie trenowałem z Mobim i Hamelingiem. Jednak, gdy w nocy wracałem do zamku, usłyszałem dziwne odgłosy z strony miejsca, gdzie Glave wpuszcza nas do czasoprzestrzeni. Poszedłem tam i to co zobaczyłem wywarło na mnie szok. Jakaś dziwna szczelina pojawiła się w czasoprzestrzeni i Glave walczył z kimś. Początkowo chciałem mu pomóc, ale on zorientował się, że tu jestem i powiedział żebym trzymał się z dala, bo wpadnę w pułapkę czasoprzestrzeni. Wolałem nie ryzykować i przyglądałem się temu wszystkiemu. Dostrzegłem w dziurze wielką kreaturę. Nie wiedziałem co to jest, ale nie chciałbym z tym walczyć i jestem pewien, że to wszystko jest jakoś powiązane. Po chwili dziura się zamknęła, czasoprzestrzeń ustabilizowała, a Glave klęczał na ziemi. Podszedłem do niego i zapytałem, czy wszystko w porządku. Odepchnął mine i powiedział, że nim nie trzeba się martwić, bo jest nieśmiertelny. Zapytałem go, jak to możliwe. Opowiedział mi trochę o tym jak stał się strażnikiem wymiarów i wrócił do siebie, a ja z mieszanymi uczuciami i wieloma pytaniami udałem się do pałacu.
Nie wspominałem o tym nikomu. Wątpię by sam Glave chciał by to wyszło na jaw, ale jedno jest pewne. Coś niedobrego dzieje się z czasoprzestrzenią.

niedziela, 1 grudnia 2013

Wpis2 Oczami Chunga

Siedzieliśmy w pokoju gościnnym. Panowała niezręczna cisza. Byliśmy w trudnej sytuacji. Zapewne każdy z nas nie wiedział co o tym myśleć. Samemu trudno mi było pogodzić się z faktem, iż mój przyjaciel stał się demonem i skrywał wcześniej swój sekret. Nie potrafię przyjąć do wiadomości, że zostanie naszym wrogiem. To jest absurdalne. W głębi serca wierzę, że nie zrobił tego bezpodstawnie.

Następnego dnia zająłem się dziennymi misjami i gdy je skończyłem, napisałem list do ojca. Poprosiłem w nim by zapłacił za Hamelinga. Jak już papa jest to niech na syna wydaje. Odnośnie mojego smoka, to wcale nie jest taki zły jak o nim mówili. Jest spokojny i gdy trzeba to walczy pełnią sił. Jego ataki polegają na tworzeniu mrocznych kul. Zastanawiam się czemu takiego sobie wybrałem. Przecież bardziej pasuje do Elsworda z charakteru. Dark Hameling nie jest też jakiś potężny jak lodowy, ale mi taki odpowiada. Gdy szedłem do Vapor zauważyłem oddziały wojsk Sander, które kierowały się na zachód. Zapytałem alchemiczki czy wie coś o tym. Wymieszała coś w probówce i rzuciła, że nas przyjaciel przyszedł do miasta. Od razu jak żywy, biegiem udałem się w tamtą stronę. Dostrzegłem, iż wojska już wracały i zapytałem ich co się stało. Nie mogłem wyparzyć gdzie jest Elsword, bo by się zorientowali co się stało i mogłoby potem się to bardzo na nim i nas odbić. Odparli, że ta osoba uciekła, a dziewczyny wróciły do pałacu. Pewnie chodziło im o dziewczyny z grupy, więc skierowałem się do budynku.

Siedziały na dziedzińcu - Ara, Elesis i Aisha. Podszedłem do nich bliżej. Zapytałem je o Elsworda. Jego siostra odparła, że przyszedł po swoje rzeczy, bo sprawdziła już jego pokój. Dodała, że nawet je zaatakował podczas ucieczki. Wtedy Ara dorzuciła, że się od nas odwrócił i woli kroczyć mroczną drogą, a Aisha nie mówiła nic. Była w takim szoku i desperacji, że martwiłem się o nią. Podczas dalszej rozmowy Elesis i Ara zaczęły się kłócić odnośnie postępowań Elsworda i wtedy Aisha się odezwała, że potrzebuje trochę czasu by przywyknąć do obecnej sytuacji. Wtedy dziewczyny zamilkły i trochę przyznały czarodziejce racji. Ciekawi mnie, kiedy będzie dane mi go ponownie spotkać.


Wczorajszego wieczoru jak i dzisiejszego ranka trwały przygotowania do kolejnego koncertu Crayon Pop. Ich nowy hit znowu obiegł cały kontynent i praktycznie wszędzie puszczali nutkę Bar Bar Bar.. Dodatkowo został stworzony specjalnie do tego songu avatar. Przechodząc przez miasto szło spotkać ludzi którzy w tym avku tańczyli. Takiej mani dawno nie było.

Rozmyślając o tym wszystkim myślę, że dobrze jeśli tylko zaufani wiedzą o sytuacji w naszej grupie. Będę też musiał o tym pomówić z moim ojcem, ale bardziej martwi mnie reakcja papy Elsworda. Elesis pewnie nie ma łatwo. Musi porozmawiać z nim o tym i co najgorsze, pogodzić się z decyzją jaką podejmie jej tata. Ogólnie sami o tym nie rozmawialiśmy, bo jakoś to nie jest dobry temat do rozmów i każdy starał się robić to co zwykle.
Po zakończonych misjach wróciłem do pałacu i zapytałem się Reny, czy widziała gdzieś Aishę. Odpowiedziała, że jest w swoim pokoju. Udałem się do niej i zapukałem do drzwi. Gdy pozwoliła mi wejść otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Siedziała na parapecie.
- Ciekawi mnie co u niego - powiedziała i podszedłem bliżej niej - jak myślisz Chung, brakuje mu nas?
- Pewnie tak. Dobrze wiesz ile dla niego znaczą przyjaciele i ty sama.
- Tak myślisz?
- Daj mu trochę czasu. Pewnego dnia wróci do nas.
Zostawiłem ją samą, bo dalsza dyskusja nie jest dobrym pomysłem. Udałem się do mojego rodzinnego miasta.
W domu spotkałem ojca i zapytałem, czy otrzymał mój list. Odparł, że tak i zapłacił za wierzchowca. Podziękowałem mu i zapytałem, czy ma czas porozmawiać. Zgodził się i od razu wtajemniczyłem go w wydarzenie, które miało miejsce w Sercu Behemota. Podobnie jak my nie wiedział co zrobić. Sam nie mógł przyjąć tego do wiadomości i martwi się jak zareaguje jego ojciec. Zapytałem potem, czy byłby to problem gdyby miał z nami żyć dalej. Nie wiedział jak mi odpowiedzieć i oznajmił, że zwoła głowy wszystkich miast kontynentu i zaznajomi ich z sytuacją oraz podejmą decyzje w sprawie wojownika. Podziękowałem mu za chęć pomocy i wróciłem do Sander.
W pałacu Rena oznajmiła, że idziemy na koncert Crayon Pop. Wszyscy się zgodzili i poszliśmy zapomnieć o problemach.

Kilka dni później odbył się turniej plażowy. Oczywiście za namową Ary i Reny zgodziliśmy się wziąć w tym udział. Podzieliliśmy się na grupy i poszliśmy grać w siatkę plażową. Takiego upału dawno nie było tak samo jak i zabawy. Wszyscy dobrze się bawili, nawet na twarzy Aishy można było dostrzec szczery uśmiech i radość.

Z każdym kolejnym dniem zapominaliśmy o tym wszystkim, aż do dziś. Dzisiejszej nocy wyczułem duże skupisko mrocznej energii. Wygrzebałem się z łóżka i skierowałem do źródła energii. Nie tylko mnie to obudziło, ale i cała resztę. Mrok dobiegał z pokoju Elsworda. Elesis lekko uchyliła drzwi. Wejrzeliśmy do środka i na stoliku siedziała Śnieżynka. Weszliśmy do pokoju, a ona powitała nas machając łapką. Aisha zapytała się jej co tu robi. Podeszła do nas i czarodziejce wręczyła dwa listy. Jeden był zaadresowany do niej, a drugi do reszty. Zeki otwarła swój list, a drugi wręczyła Renie. Gdy tylko elfka go otwarła zaczęła na głos czytać jego treść:
Drodzy przyjaciele, zapewne jesteście na mnie wściekli i z chęcią byście mnie zabili za to co zrobiłem. Przepraszam, że was skrzywdziłem. Gdy tylko odnajdę się w tym bagnie przyjdę was osobiście przeprosić. Jeśli byłyby jakieś problemy to nie wahajcie się poprosić mnie o pomoc.
Na tym list się skończył. W oczach Aishy pojawiły się łzy i zaczęła płakać. Wole nie wiedzieć czego ona się dowiedziała w tym liście. Śnieżynka podeszła do zapłakanej dziewczyny i dała jej pierścień. Poprosiła by go założyła i wyjaśniła na czym polega jego moc. Dzięki tej rzeczy będziemy mogli skontaktować się z Elswordem, jednak mała szybko dodała by go nie nadużywać i wykorzystywać do błahostek. Po tych słowach otworzyła z powrotem wrota do swojego świata.
- Powiedz mi, jak on się czuje? - zapytała Elesis.
- Fizycznie dobrze, psychicznie nie jestem w stanie stwierdzić. Nie, nie odbiło mu czy coś, ale widać, że go to wszystko męczy i sprawia ból. Tęskni za swoim rodzimym domem.
Po tych słowach znikła w wrotach. Przynajmniej wiemy, że jemu też nie jest łatwo.

Tego dnia zarządzono zmiany w uzbrojeniach. Osobiście byłem zdenerwowany tym wszystkim. Nagle się im przywidziało by zmieniać koniecznie uzbrojenie. Szkoda mi było mojego działa. Zwoje plus dziewięć nie chodzą po drodze. Aż się boje ile kasy mi pójdzie na to. Jako że posiadałem uzbrojenie Mk-2 musiałem iść pogadać z kowalem, który mi zrobił ten set, czyli do Lenarta. Udałem się w podróż do Elder.

sobota, 16 listopada 2013

Rozdział XX Witaj mój nowy domie. Crayon Pop i ich nowy występ. Turniej plażowy. Zmiana uzbrojenia i Henira. Czas na zabawy w nocnego królika i tajnych agentów.

 Idąc do zamku, Wyrocznia nie była zbytnio zadowolona. Zapytałem ją co ją trapi. Opowiedziała mi o swoich zmartwieniach odnośnie mojej zmiany. Bała się, że całkowicie odwrócę się od ludzkości. Zapewniałem ją, że do tego nie dojdzie. Z czasem dotarliśmy do mojego nowego domu. Wszedłem do środka i strażnicy stąd powitali mnie. Udaliśmy się do Avalaca. Jak widać pod jego władzą wszystko tu działa jak należy. Jestem ciekaw jego i Issy reakcji. Zapukałem do jego dormitorium i gdy usłyszałem pozwolenie wejścia, pchnąłem drzwi przed siebie. Przywitałem się z nim i skierowałem się do niego. Był w szoku. Nie sądził, że kiedykolwiek zobaczy mnie w takiej postaci. Zapytał mnie co się stało. Usiadłem na fotelu i opowiedziałem wszystko. Nadal nie mógł uwierzyć, że posunąłem się do tak drastycznego kroku. Chwile potem pojawiła się jego siostra. Zamarła gdy mnie ujrzała. Wstałem i podszedłem do niej. Nic się nie zmieniła przez ten czas. Uśmiechnąłem się do niej, a ona przytuliła się do mnie. Śnieżynka o mało co z siebie nie wyszła. Issa zapytała mnie co tu robię i dlaczego jestem tak bardzo podobny do demona. Odpowiedziałem jej by pogadała o tym z Avalackiem, bo mu wszystko wyjaśniłem. 

Wraz z Śnieżynką udaliśmy się do mojego nowego pokoju. Był zrobiony w stylu barokowym. Przepych na każdym kroku. Łoże, bo łóżka tego nazwać nie mogę, pokryte było złoto - białą pościelą. Wszystko było w takich odcieniach. Zero czerni i szarości. Zastanawiałem się przez chwile, czy aby dobrze trafiłem. Wszystkie meble były wykonane z drzewa dębowego. Filary, które podtrzymywały sklepienie były zrobione z białego marmuru z złotymi elementami. Okna duże, od ziemi do sufitu. W sumie oknem tego nazwać też nie szło, bo bardziej przypominały szklane drzwi do wyjścia na balkon. Zasłony złote, firany na wzór wachlarza, do połowy zakrywały 'okna'. Śnieżynka zadowolona usiadła na fotelu i rozglądała się po pomieszczeniu. Była lekko oczarowana tym miejscem. Ja skierowałem się dalej. Po obydwu stronach łoża były drzwi. Te po lewej prowadziło do łazienki, a te po prawej było jakby schowkiem. Właśnie, będę musiał wrócić do świata ludzi po moje ubrania i wierzchowce. Postanowiłem się tym zająć jak tylko odpocznę.

Gdy wstałem na zewnątrz świeciło słońce. Nie wiedziałem, jak tu czas płynie. Ubrałem się, ogarnąłem i otworzyłem drzwi. Za nimi stał jeden z strażników i powiedział, że zaprowadzi mnie do jadalni. No tak, będę musiał nauczyć się topografii tego miejsca. Po przejściu kilku korytarzy dotarliśmy na miejsce. Trzeba przyznać, że tu czuje się jakbym był na jakiejś uroczystości, a nie zwykłym śniadaniu. Przy stole siedziała Śnieżynka. O potrawach tu przyrządzonych rozpisywać się nie będę, bo sam dokładnie nie wiem co to jest, ale smakuje dobrze. Razem z Śnieżynką wyszliśmy na zewnątrz, do ogrodu. Był zrobiony w styl angielskim. Zapytałem moją Wyrocznie jak czas tu płynie. Odparła, że biegnie tak samo jak w świecie ludzi. Czyli jeśli teraz dochodzi jedenasta to u nich też. Zapytałem ją, czy pójdzie ze mną zabrać rzeczy, które tam zostawiłem. Zapytała, dlaczego o tej porze. Odpowiedź była prosta. O tej porze nikogo prawie nie ma w zamku, więc łatwo będzie wejść i wyjść niezauważonym. Nie była do końca pewna. W takim razie sam się tam udam. Wróciłem do pokoju i otwarłem portal do świata ludzi. Wybrałem dokładne miejsce, czyli mój pokój.

Wszystko w nim było takie same jak wyruszyliśmy. Otworzyłem szafki, zabrałem swoje ubrania, zbroje, miecze, sfery, eliksiry i inne śmieci. Poszukałem torby i do niej wszystko wadziłem. Powiedzmy, że się zmieściło. Wyjrzałem przez okno i rozejrzałem się. Miasto wygląda na spokojne i w pobliżu nikt się nie kręci. Otworzyłem drzwi i skierowałem się na dół. Pobiegłem w kierunku miejsca, w którym czekały na mnie moje wierzchowce. Na mój widok Coco zaczął piszczeć, a Hameling radośnie podbiegł do mnie. Pogłaskałem po pyskach obydwa moje wierzchowce. Na Coco zarzuciłem cały bagaż i otwarłem portal do mojego nowego pokoju. Kazałem przejść wierzchowcowi przez to. Początkowo się bał, jednak potem poszedł przed siebie. Teraz Hameling. Już mieliśmy wchodzić, gdy portal się zamknął. Co jest cholera?! Gdy portal znikł, za nim ujrzałem strażników z pałacu. Pytali mnie kim jestem i co tu robię. Było za dobrze. Wsiadłem na Hamelinga i wzbiliśmy się w powietrze. Kazałem mu polecieć przed siebie, w bezpieczne miejsce. Oczywiście cała ta akcja była zbyt głośna i już dostrzegłem z góry jak w kierunku zamku biegnie Aisha, Ara, Elesis i kilkunastu strażników Sander. Kazałem Hamusiowi zrzucić na nich deszcz lodu i odlecieliśmy poza mury pałacu. Jeśli dłużej będę uciekać to nie będę miał czasu otworzyć portalu. Wylądowaliśmy na obrzeżach Sander i szybko chciałem utworzyć portal. Nie chciał się pojawić. O co tu chodzi? Wtedy Bethrezen powiedział, że prawdopodobnie miasto otacza jakaś bariera, która nie pozwala tworzyć drzwi wymiarowych. No to wpadka. Pobiegliśmy dalej i już słyszałem jak za nami biegnie całe wojsko Sander. Co raz bliżej mnie znajdowali się moi przyjaciele. Nie mogę dać się złapać, nie teraz. Gwałtownie odwróciliśmy się z Hamelingiem i zaatakował je podmuchem lodu, a potem deszczem lodowym. Udało się nam w końcu wydostać z miasta i gdy tylko zeskoczyłem z wierzchowca zostałem zaatakowany przez magów z Sander. Rozpostarłem skrzydła i odbiłem ich ataki. Skierowałem w ich stronę kilka Cornwelli i zająłem się otwarciem portalu. Hameling przez ten czas mnie chronił i gdy tylko portal został utworzony przebiegliśmy przez nie i szybko je zamknąłem. Mało brakowało. Wypakowałem swoje rzeczy do schowka i kazałem służbie stąd znaleźć dogodne miejsce dla moich wierzchowców.

Wpis8 Oczami Chunga

Wróciłem do Sander i od razu skierowałem się do Emirate. W jego domu znajdował się Karu i jakaś dziewczynka. Okazało się, że jest to kapłanka wiatru - Anudran. Więc udało im się ją uwolnić. Emi ucieszył się na mój widok. Zapytałem go, gdzie jest reszta. Karu odparł, że poszli kończyć walkę z Karis. Nie mogłem pozwolić by się im coś stało. Zapytałem, gdzie dokładniej się znajduje. Serce Behemota. Wybiegłem z jego domu i skierowałem się w stronę sprzedawcy Hamelignów. Powiedziałem, że na już potrzebuje silnego i wytrzymałego smoka. Odparł, że mają takiego jednego, ale jest przesiąknięty mroczną energią. Nie obchodziło mnie to. Kazałem by mi go tu przyprowadził. Po chwili przyszedł z Dark Hamelingiem. Powiedziałem, że biorę go na misję i jak wrócę to za niego zapłacę. Początkowo nie chciał się zgodzić, jednak gdy Emirate podszedł i powiedział, że można mi ufać oddał go pod moją opiekę. Wsiadłem na niego, a on zadowolony zaczął biec w kierunku góry, w której znajdowali się moi przyjaciele. Najwidoczniej brakowało mu swobody i dlatego się go bali.

Po jakimś czasie dolecieliśmy na miejsce. Zostawiłem go przed wejściem do Serca Behemota i ruszyłem przed siebie. Biegłem przed siebie cały czas. Po demonach nie było ani śladu, jednak było widać, że toczyła się tu walka. W końcu trafiłem do dużego pomieszczenia. Na każdej z platform ktoś walczył. Na pierwszej znajdowali się Raven i Rena. Chyba radzili sobie z demonem, jednak nie zamierzałem stać i patrzeć jak sami walczą. Oznaczyłem demona i został zmiażdżony przez AS. Podbiegłem do nich. Rena rzuciła mi się na szyję, gdy mnie zobaczyła. Cieszyła się z mojego powrotu, Raven też widać był zadowolony z mojego powrotu. Poszliśmy dalej i tam Ara wraz z Elesis zmagały się z jakimś succubusem. Było im trudniej, bo nie miały jak jej zrzucić. Czas wypróbować Satellite. Podbiegliśmy do nich i kazałem się dziewczynom wycofać. Stanęły za mną, a ja użyłem mojego nowego ataku. Jeden wystrzelony pocisk i kierunek, który obrałem za cel zostaje ostrzelany przez dużą ilość pocisków. Na sam koniec spada duży pocisk, który eksploduje. Po tym ataku nie było ani śladu po demonie. Sam jestem pod wrażeniem tego ataku. Wcześniej nie miałem okazji go sprawdzić. Następnie udaliśmy się do miejsca, gdzie miała miejsce ostateczna walka z Karis. Gdy przyszliśmy na miejsce zobaczyliśmy coś strasznego. Pomijają to, że całe miejsce było zniszczone, gdzieniegdzie ślady krwi, pod ścianą zwłoki Karis to w naszym kierunku kierował się chłopak, który widać było, że jest demonem. Jednak miałem dziwne wrażenie, że bardziej jest podobny do człowieka. Tylko skąd on się tu wziął skoro z Karis walczył tylko Elsword i Aisha? Przecież nikt nie przyszedł im do pomocy. Chyba że... Wtedy Elesis zorientowała się, że był to jej brat. Początkowo nie chciałem w to wierzyć, jednak przyglądając się dłużej można było dostrzec, że to faktycznie był on. Ara się rozpłakała i Rena zaczęła ją pocieszać. Zapytałem go, dlaczego to zrobił. W ogóle dlaczego nic nam nie powiedział? Wtedy, w Hamel, Penentio miał rację, że Elsword jest w jakiś sposób powiązany z demonami. Nie chciałem w to wierzyć, a jednak... Odezwał się do nas i powiedział dlaczego to zrobił. Do rozmowy włączyła się Aisha, która zarzucała, że kłamie. Elsword utwierdzał się w swoim zdaniu i zwalił winę na Aishę, że to z jej powodu to zrobił. Wtedy w obronie czarodziejki stanął Raven. Następnie Ammo powiedział, żeby Zeki opowiedziała co się wydarzyło.
- Aisha?
- On ma po części rację, ale na pewno nie musiał zmieniać się w demona! Jestem tego pewna!
- On nie chciał byś brała udział w walce, prawda? A ty i tak zrobiłaś swoje i musiał coś zrobić by wyjść z tego cało i ciebie uratować.
- Lorien, ja... ja chciałam dobrze. - wykrztusiła z siebie zalana łzami.
Rena zapytała się wojownika, co zamierza zrobić i zaczęła zbliżać się w jego stronę. Raven wtedy ja odsunął do tyłu i dodał, że może nas pozabijać. Wtedy mnie zdenerwował. Jak on może tak myśleć?! Przecież to Elsword uratował go od nazoidów, to oni razem trenowali. Po chwili podbiegła do wojownika jakaś kobieta. Nie wiedziałem kto to jest. Chłopak odrzekł, że nie jest tu mile widziany i wraca do świata demonów. Powoli zaczęły pojawiać się bramy do jego świata. Aisha od razu się sprzeciwiła i chciała pobiegnąć do niego, jednak znowu została zatrzymana przez Ravena. Szarpała się i wyzywała go. Popchnąłem Ravena i zwolnił uścisk, a Zeki mogła pobiec do niego.
- Czemu to zrobiłeś? - zapytał chłodno.
- Chcesz odebrać jej ostatnie chwile z osobą, którą kocha ponad swoje życie? Jak w ogóle mogłeś mówić o nim takie rzeczy?! - podniosłem ton. - Zapomniałeś już te chwile razem spędzone?!
Nie odpowiedział nic. Po chwili usłyszeliśmy krzyk Zeki i brama do świata demonów się zamknęła. Dalej już było tylko słychać płacz Aishy, która nie mogła się pogodzić z tym co się wydarzyło.

piątek, 15 listopada 2013

Wpis7

Wczesnym rankiem zostaliśmy wszyscy obudzeni. Wojownicy z Sander ustalili położenie Karis. Trzeba przyznać, że nawet szybko się z tym uporali. Mieliśmy natychmiast tam wyruszyć i ją zgładzić. Gdy już mieliśmy wyruszać, Anudran poprosiła nas byśmy uważali na siebie i wrócili cali i zdrowi. Obiecaliśmy jej, że wrócimy i pokonamy Karis.

Gdy dotarliśmy na miejsce od razu ruszyliśmy przed siebie. Dziś już nie jestem gościem, tylko ich wrogiem. Walka na każdym etapie była zacięta. Demony stąd były dużo bardziej wytrzymałe od tych, co wcześniej spotkaliśmy. Idąc dalej, przez długi czas zmagaliśmy się z tymi ohydnymi i irytującymi mackami. To miejsce jest pokręcone. Dotarliśmy do etapu z platformami. Na każdej z nich czekał na nas jeden z lepszych demonów. Na pierwszej platformie był incubus Include. Rena i Raven oznajmili, że zajmą się nim, a my mamy iść dalej. To było szaleństwo. Nie możemy się tu rozdzielać, jednak pod napływem presji i misji udaliśmy się dalej. Na drugiej platformie, zadowolona leciała w naszym kierunku succubus Eris. Elesis i Ara zgodnie odparły, że zajmą się nią, a ja z Aishą mieliśmy iść walczyć z Karis. Nie odpowiadała mi wizja walki Karis wraz z Aishą. Nie chce ją narazić na niebezpieczeństwo. Pomimo wszystkiego udaliśmy się na spotkanie z królową succubusów. Od razu kazałem Aishy trzymać się z daleka i nie narażać zbytnio. Kiwnęła głową i rzuciła kilka zaklęć wspierających.

Zmierzałem w kierunku Karis. Gdy chciałem ją zaatakować, pojawiła się bariera. Więc bezpośredni kontakt z nią jest niemożliwy. Zaśmiała się i dodała, że tylko poprzez zniszczenie jej kopuły z mocą uda mi się ją pokonać. Tylko gdzie ona jest? Rozglądałem się po pomieszczeniu i wtedy dostrzegłem swój cel. Zaatakowałem rzecz kilka razy i wtedy Karis zaczęła atakować swoimi mrocznymi kulami. Po kolejnych unikach i atakach, kopuła została otoczona przez przywołane przez nią demony. Od razu zasięgnąłem pomocy od mocy Bethrezena. Z czasem udało mi się pokonać wszystkie demony i znowu przejść do niszczenia kopuły z jej mocą. Tak niewielka rzecz, a tyle od niej zależy. Walcząc dalej, Karis się śmiała i atakowała na przemian kulami, kosą i nalotem mrocznych kul. Od czasu do czasu przywoływała demony. Było coraz ciężej. Aisha wspierała mnie swoją magią i chciała też walczyć, jednak stanowczo odmówiłem i kazałem jej stać z tyłu i się nie wtrącać. Ta jak zwykle, swoje fochy odwaliła i pomimo że jej zabroniłem włączyła się do walki. Początkowo szło w miarę dobrze, jednak, gdy przyszło do ataku Karis nalotem to już tak ciekawie nie było. Aisha stała na głównym celowniku niemalże. Odepchnąłem ją do tyłu i przyjąłem na siebie cały atak. Poraniony, obolały i bez sił upadłem na ziemię. To nie może się tak skończyć. Aisha chciała mnie uleczyć, jednak demony złapały ją i zabrały różdżkę. Wyrywała się na wszystkie sposoby, jednak uwolnić się nie potrafiła. Co robić... Ostatnia moja nadzieja to moja lewa ręka. Jednak użycie tej mocy przyspieszy moją przemianę. Co robić... Życie przyjaciół i własne, czy poświecenie człowieczeństwa.
- Co jest Elsword. Tylko na tyle cię stać, chłopczyku? - zaśmiała się. - Jak tak dalej pójdzie to twoja kochana czarodziejka zostanie zabita.
- Elsword! Nie słuchaj jej! - krzyczała Aisha, a chwile potem jeden z demonów złapał ją za kark. W tym momencie mnie wkurzył i rzuciłem w niego Cornwella one shot, czyli Piercinga. Od razu demon runął na ziemie, a zaraz po nim drugi. Dookoła mnie pojawił się mrok, nade mną Cornwelle. Z lewej ręki zniknęły znaki, a moje spojrzenie było bardziej wyostrzone niż wcześniej. Dźwignąłem się z ziemi i odwróciłem się w stronę Karis. Patrzała na mnie wściekłym i pełnym nienawiści spojrzeniem,
- To koniec Karis.
Cała mroczna energia, która była zapieczętowany w ramieniu wyszła na zewnątrz i zabijała wszystko co stanęło na jej drodze.
- Nie pozwolę ci wygrać! Rozumiesz!? - Krzyknęła i atakowała wszystkim co umiała. Jednak, wszystkie jej ataki zostały zniwelowane przez mrok, który mnie otaczał. Zniszczyłem kopułę i bariera Karis znikła. Wściekła chwyciła za kosę i wyszła z swojego siedliska. - Nie pozwolę ci wygrać pomazańcu!
Krzyknęła i biegła w moim kierunku. Gdy zaatakowała kosą, zablokowałem ten atak mieczem. Odskoczyła do tyłu. Spojrzałem na swoje lewe ramie. Chyba przekroczyłem granicę. Karis znowu zaatakowała i tym razem atak został zablokowany lewym skrzydłem, które pod wpływem mrocznej energii powstało. Odepchnąłem ją, a ona uniosła się w powietrze.
- Ty... Nie możliwe. - Chwile potem z prawej strony pojawiło się skrzydło. Były koloru czarno pomarańczowego. Mrok, który mnie otaczał nie znikał, wręcz przeciwnie, przyspieszał moją zmianę.
- Co jest Karis. Mowę ci odjęło? - zaśmiałem się i zrzuciłem ją rozcinając błony jej skrzydeł. Powoli kierowałem się w jej kierunku. Spojrzała na mnie wystraszona i wściekła. Z kroku na krok mrok zmieniał wszystko co wcześniej należało do mnie. Miecz Ventusa zmienił się w miecz demonów. Po bokach z rozcięciami i zakończony na szpic. Teraz jest koloru czarno pomarańczowego. Włosy blado niebieskie, zmieniły kolor na czarny z lekkimi przebarwieniami czerwieni. Zbroja Glaciala została zastąpiona inną. Podobnie jak skrzydła i broń. Dominował kolor czarny, z przebarwieniami pomarańczowego. Zbroja pokrywała częściowo tylko klatkę piersiową, całą lewą rękę, natomiast prawa była odsłonięta od przedramienia. Rękawice krótkie, z zakończeniami na wzór pazurów. Spodnie długie, z tyłu był zaczepiony płaszcz. Buty normalne, bez obcasa czy innych bajerów.
- Te oczy. Stałeś się...
- Ta, zostałem tym kim było mi pisane zostać, od kiedy Bethrezen zagościł do mojego ciała. - kucnąłem przed nią i patrzałem na jej żałosną twarz. Uśmiechnęła się.
- Ciekawi mnie, jak przyjaciele zareagują na to kim się stałeś.
- To chyba nie twój problem prawda? - złapałem ją za włosy i odrzuciłem w ścianę. Gdy tylko o nią uderzyła rzuciłem w jej stronę miecz, który wbił ją do ściany. Trzymała się za ranę i pokaszliwała krwią.
- Nieźle Bethrezen, nieźle. Wybrałeś niesamowity okaz... Pozbądź się tego bydlaka... Rana. Za wszystko co zrobił.
- A cóż takiego zrobił? - podszedłem do niej i nachyliłem.
- Wykorzystał... nas wszystkich.
- Gdzie on jest? - zapytałem spokojnie, odgarniając z jej twarzy kosmyk włosów.
- Nie wiem.
- Szkoda. - Westchnąłem i wyciągnąłem miecz z jej ciała. Upadła na ziemię i powoli konała. - Gdybyś się mogła mi do czegoś przydać, to bym oszczędził twoje życie.
- Nigdy... bym nie dała się słuchać.. rozkazom takiego szczeniaka jak... ty.
Wzruszyłem ramionami i spuściłem na nią deszcz Cornwelli. Odwróciłem się i skierowałem do Aishy. Siedziała przerażona na ziemi i wpatrywała się w całą sytuację. Gdy się do niej zbliżyłem, wstała i odsunęła się do tyłu. Chwilę potem zjawili się pozostali przyjaciele, o ile mogę ich tak jeszcze nazywać. Ja patrzałem na nich spokojnym spojrzeniem, a oni jakby ducha zobaczyli.
- Coś ty z sobą zrobił, Elsword? - zapytała załamana Elesis i nie mogła przyjąć do wiadomości kim się stałem. Ara uklękła na kolana i zaczęła płakać. Rena starała się ją pocieszyć.
- Więc jednak to prawda, że jesteś demonem. Nie chciałem w to wierzyć, jednak Penentio miał wtedy rację. Dlaczego to zrobiłeś, Elsword? - zapytał spokojnie Lorien. W głębi serca cieszyłem się, że wrócił. Pewnie pomógł pozostałym w walce. Jednak teraz, straciłem zaufanie - ich wszystkich.
- Dlaczego, pytacie? To był jedyny sposób by wygrać tę walkę.
- Kłamiesz... - rzuciła Aisha, która starała się zachować łzy dla siebie. - Mogłeś wygrać, bez tego co zrobiłeś.
- Jakbyś się nie wtrąciła, to bym nie musiał w żaden sposób ryzykować swoim życiem i człowieczeństwem.
- Nie zwalaj winy na niej! - odparł stanowczo Raven.
- Nie wiesz jak wyglądała walka. Niech ci powie, co zrobiła. Idiotka, jak zawsze. - Rozmawiali między sobą o czymś, jednak za daleko stali bym mógł usłyszeć cokolwiek.
- Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała Rena i podeszła bliżej. Wtedy Raven od razu ja odsunął. - Co robisz?!
- Nie wiadomo, czy czasem i nas nie pozabija.
- Raven! - krzyknęła Aisha.
- Jak możesz o takim czymś myśleć! To nasz przyjaciel! - dorzucił Lorien.
- Teraz przyjaciel, jak mu podpadniemy to nas pozabija. - Więc to tak teraz o mnie myślą. Przynajmniej Raven...
- Panie. - Rozpoznałem ten głos. Podbiegła do mnie Wyrocznia w swojej demonicznej formie. Ukłoniła się i spojrzała na mnie spojrzeniem takim jak zawsze. - Wszystko w porządku?
- Tak, nic poważnego się nie stało. - skierowałem się do nich. - Pytasz, co zamierzam zrobić, Rena. Jak widać moja obecność jest kłopotliwa, więc idę tam gdzie moje miejsce. Lorien, miej Aishę na oku, by czegoś głupiego nie zrobiła.
- Nie możesz, Elsword! Nie możesz nas tak zostawić! - krzyknęła czarodziejka i chciała biec w moją stronę, jednak Raven ją zatrzymał. - Puszczaj mnie! Już!
- Otwórz drzwi do naszego domu, Wyrocznia.
- Tak. - Śnieżynka otwierała bramy do świata demonów, a Zeki ciągle się wyrywała Ravenowi. Bramy zostały otwarte i skierowałem się do nich wraz z moją podwładną. Gdy już mieliśmy przekraczać próg, Aisha przytuliła się do mnie od tyłu i ciągle powtarzała bym został.
- Zeki, nie jestem już człowiekiem. Nie mam prawa tu być.
- Masz! To, że zmieniłeś się w demona nic nie oznacza.
- Jesteś głupia czy co? - zaśmiałem się i odwróciłem w jej kierunku. Ostatni raz mogłem spojrzeć na jej twarz, ostatni raz mogłem ją pocałować i ostatni raz mogłem ją do siebie przytulić. - Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
Popchnąłem ją i przekroczyłem próg bramy, która się zamknęła. Gdy brama się zamykała mogłem jeszcze usłyszeć krzyk mojej ukochanej czarodziejki, która chciała bym z nią został.

środa, 13 listopada 2013

Wpis6

O rozmowie z Karis nie zamierzałem nikogo informować. Lepiej by to pozostało między nami. Z ciekawości, dziś, postanowiłem zobaczyć, jak wyglądają Hypery od innych klas. W tym celu udałem się na arenę PvP. Jak zwykle miejsce zapełnione po same brzegi. Gdy udało mi się znaleźć miejsce by w spokoju obserwować walki zastanawiałem się, czy to aby dobry pomysł z tymi Hyperami. Wydają się być mocno przesadzone. Oglądając walki udało mi się wychwycić kilka aktywacji tej umiejętności. Zdecydowanie to był zły pomysł z tym. Nowy atak jest za silny. Z tego co słyszałem od innych, to kilku ludzi już leży w szpitalu w stanie krytycznym. Nie dziwię się, jak Hyper VP to jest masakra jakaś. Nie wspominając o reszcie. Mam nadzieję, że coś z tym zrobią. Skierowałem się do wyjścia, bo już nie było co oglądać. Czekać, na czas użycia Hypera i po walce. Zająłem się wykonywaniem dziennych misji.

Koło południa poszedłem na rynek. Udało mi się dorwać miecz i resztę brakujących części do setu Ventusa. Miecz to od razu założyłem. Jest genialny. W końcu mam miecz w ręce, a nie mieczopodobne coś. Gdy wróciłem do zamku założyłem nowy komplet. Ujdzie, nie ma źle. Tylko tył trochę mi nie podpadł, ale to się wytnie. Razem z Śnieżynką udałem się na plac treningowy. Muszę nauczyć się kontrolować podczas używania Blade Rain'a. Gdy już się znaleźliśmy na arenie zapytałem Bethrezena, czy mogę jakoś oddzielić wpływ mrocznej siły do ataku Hypera. Niestety, było to niemożliwe. Aktywowałem Hypera i o dziwo nie było żadnych efektów ubocznych. Pewnie stan ciała i energia wpływa na to. Staruszek miał racje. Lepiej nie używać tego, gdy jest się na resztkach sił, bo wtedy to mi zagrozi lub co gorsza, przyśpieszy moją zmianę w demona. Jako że miałem sporo wolnego czasu, do późnego wieczora trenowałem.

Gdy kładłem się spać zapytałem Mrocznego, czy czasem to nie jego sprawka, że moje serce powoli wkracza w mrok. Wyjaśnił mi kilka spraw. Po pierwsze on jest bytem egzystującym w mrocznym El, które pochłonąłem. Więc na początku mogłem go nazywać mrokiem w moim sercu, a tak naprawdę był osobnym bytem, które chciało mnie zmusić do zatracenia się w mroku. Czyli, Bethrezen nie ma z tym nic wspólnego i sam teraz decyduje, czy chce by pochłonęła mnie ciemność czy też nie. Więc to teraz walczę z swoją ciemną stroną serca.

wtorek, 12 listopada 2013

Wpis5

Obudziłem się rano zmęczony. Będę musiał uważać, gdy korzystam z Blade Raina. Śnieżynka zapytała, czy pójdę na spotkanie z Karis. Skoro mnie zaprosiła, to dlaczego miałbym nie przyjść? Zapytałem małej, czy chce mi towarzyszyć. Dźwignęła łapkę do góry i się uśmiechnęła.

Zszedłem na dół i wymknął się, na Hamelingu, w kierunku pobytu Karis. Z tego, co moje demony ustaliły, znajduję się ona w sercu Behemota. Przez chwile zastanawiałem się, czy faktycznie będę zmuszony do wejścia w jego wnętrzności. Bethrezen od razu sprowadził mnie na ziemię i dodał, że to tylko metafora. Po demonach można się wszystkiego spodziewać. Kierowałem się dalej, w stronę góry, w której został uśpiony Behemot x czasu temu. Przelatując przez pustynie nie spotkałem cielska smoka. Ciekawe, gdzie ono się podziało. Wtedy Śnieżynka powiedziała, że prawdopodobnie znajduje się w górze.

Po jakimś czasie dotarliśmy na miejsce. Było pochmurnie. Hameling był zmęczony. To pierwszy jego tak długi lot. Weszliśmy do góry i tam pozwoliłem mu odpocząć, a sam przygotowywałem się na spotkanie z Karis. Żeby te głupie demony mnie nie zaatakowały, obudziłem swoje demoniczne moce i z zmienionym wyglądem i aurą skierowałem się przed siebie. Pozwoliłem Wyroczni przybrać postać demona i razem kierowaliśmy się wzdłuż drogi. Przed nami stanęła grupka demonów i succubusów. Początkowo chcieli nas zaatakować, jednak potem zorientowali się, że jesteśmy gośćmi ich pani. Przepuścili nas i otwarli nam kolejne drzwi. Za nimi znajdowały się schody, które kierowały się w dół. Zeszliśmy po nich i po drodze, która nie wiem czym była wyłożona, szliśmy dalej. Kolejne drzwi nam otwarli i znowu znaleźliśmy się jakby w podziemiach. Przeszliśmy znowu i niektóre demony szeptały coś między sobą. Gdy tylko spojrzałem na nie od razu milkły i spuszczały głowę.
W końcu dotarliśmy do głównego myślę pomieszczenia. Skąd te przypuszczenia? Pomieszczenie było ogromne, podzielone na trzy rozłożone wzdłuż ścian platform. Na końcu widać było zarys narządu jakiegoś. Zgaduje, że to te całe 'serce', a przed nim znajdowało się coś, co zakrywało się skrzydłami. Coś czuje, że to Karis. Weszliśmy na pole teleportacyjne i znaleźliśmy się na pierwszej platformie. Idąc dalej zaczepiła nas wcześniej poznana Eris - succubus. Stanęła przed nami i się uśmiechnęła.
- Stoisz mi na drodze. - odparłem chłodno.
- Gome - ne~. - Zachichotała i się odsunęła. Gdy tylko ją mijałem, podeszła od tyłu do mnie i się przytuliła. Śnieżynka o mało co nie wyszła z siebie. Chwyciłem za miecz, który miałem u prawego boku i szybkim ruchem wbiłem go w ciało Eris. Od razu się odsunęła i upadła na ziemię. Odwróciłem się do niej i spojrzałem z wyższością.
- Łapy z daleka, niegodziwa uwodzicielko.
Poszliśmy dalej na drugą platformę. Tu nas puścili tak samo jak przy trzeciej. Znaleźliśmy się w końcu u Karis. Podeszliśmy bliżej i wtedy jakby się przebudziła i odsłoniła.
- W końcu przyszedłeś... Elsword. Czekałam na ciebie.
- Oszczędź sobie. - podszedłem bliżej. - Czego ode mnie chcesz?
- A czy to ważne? Chciałam porozmawiać sobie, ot tak. Usiądź proszę. - Przede mną, z ziemi wysunęło się coś. Nie wiedziałem co to jest, ale skoro sama chce bym usiadł niech tak będzie. Śnieżynka stała tuż za mną. - Jej tutaj nie zapraszałam. - syknęła i spojrzała na nią. Zaśmiałem się.
- To w takim razie pójdę, skoro jej obecność ci przeszkadza. - spojrzała wściekle na mnie i po chwili ochłonęła.
- Jesteś pierwszą osobą, którą znam i posiada trzy różne byty w sobie. Cornwell, Bethrezen i ty sam, człowiek. Jesteś wyjątkowy, wiesz?
- Skoro tak uważasz. - rzuciłem i przyglądałem się jej uważnie.
- Ciekawi mnie jak to jest. Opowiesz mi może o tym?
- Czemu rozmawiamy właśnie o mnie, a nie o tobie? Kobietom się ustępuje bez względu na jej formę, czyż nie? - odparłem spokojnie i spojrzałem prosto w jej oczy. Przykuła swoje spojrzenie na mnie i się zaśmiała.
- Skoro chcesz. - Opowiedziała mi wszystko od spraw z Sander.
- Nadal nie rozumiem twojego postępowania. Nic tym nie osiągniesz.
- Osiągnę i to wiele. Będę silniejsza od niego i będę w stanie go pokonać, a potem przejmę władzę.
- Czemu mi o tym mówisz? Jesteśmy wrogami.
- Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. - niech ją cholera.
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Wsparcia. To wszystko.
- Wsparcia? - zaśmiałem się i wstałem. - Nie jesteś godna mojej pomocy. Mojej, Cornwella i Bethrezena.
- Czyli, - rozpostarła skrzydła i złapała za swoją broń. - nie pomożesz mi, chłopcze?
- Nie mam zamiaru. Osobiście to... - spojrzałem na ścianę i potem znowu na nią. - Wolę cię zabić, niż współpracować. - dodałem i się wrednie do niej uśmiechnąłem. - Nawet nie wiesz ile zabawy mi dostarcza walka z wami, demonami. Te emocje i adrenalina. Nie do opisania uczucie. Czuje się wtedy wolny.
- Bethrezen dobrze sobie ciebie wytrenował. Masz moje wyrazy szacunku, były władco. - odwróciłem się i skierowałem do wyjścia.
- Niedługo spotkamy się ponownie, ale jako wrogowie. - rzuciłem i machnąłem ręką.
Wróciliśmy z Śnieżynką do Hamelinga, który na nas czekał wypoczęty. Podczas drogi powrotnej dyskutowałem z Wyrocznią i moimi współtowarzyszami o rozmowie z Karis. Bycie w połowie demonem ma swoje plusy. 

Gdy wróciliśmy do zamku, zbliżała się godzina dwunasta w nocy. Nie wierze, że cały dzień spędziłem w towarzystwie demonów. Odprowadziłem Hamelinga do jego czterech ścian i skierowałem się do swojego pokoju. Oczywiście Śnieżynka, w swojej kawai postaci tuptała obok mnie. Wskoczyła na klamkę od drzwi i weszliśmy do pokoju. Zamknąłem je i oświeciłem światło. Spojrzałem przed siebie i w moja stronę leciało coś. Nie wiem co, bo nie chciało mi się nad tym myśleć i odskoczyłem w bok. W drzwi wbiła się różdżka, jej różdżka. Spojrzałem w bok i zobaczyłem siedzącą, wściekłą Aishe na sofie. Od razu pytanie gdzie byłem, co robiłem z kim, gdzie, co i jak. Zapytałem się jej, czy to ważne. Jeszcze bardziej się wkurzyła, podeszła do mnie i przyłożyła z liścia. Jak ja dawno nie byłem przez nią bity. Zaczęła wydzierać się po mnie, że jestem debilem, palantem i inne. Na końcu zapytała sama siebie, co robi u boku takiego kretyna jak ja. Dobre pytanie. Gdy tylko dodałem swoje słowa znowu uderzyła mnie i znowu zaczęła się wydzierać. Oparłem się o komodę i spojrzałem na nią.
- Bij ile chcesz, aż ci ulży najlepiej.
- To by cię musieli wywozić, kretynie!
- I co z tego? To mnie wywożą nie ciebie. - podszedłem do niej. - Uderz, Aisha. - Jej spojrzenie i wyraz twarzy. Szarpało nią wiele emocji. Przytuliłem ją do siebie i pogłaskałem po głowie.
- Jesteś głupkiem. - odparła cicho.
- Twoim.
Gdy się uspokoiła wróciła do swojego pokoju, a ja zmęczony położyłem się do łóżka. Karis, mało czasu ci pozostało. Ciekawi mnie, co zrobisz żeby się bronić.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wpis4

Nic mi się nie chciało robić. Nawet dzienne misje postanowiłem dziś olać. Idąc przez dziedziniec, dowiedziałem się, że dziś mamy odbyć trening do Hyper umiejętności. Oryginalna nazwa. Pewnie made by Glave. Jednak bazując na samej nazwie tej umiejętności i nazwy mojej umiejętności, czyli Blade Rain mam złe przeczucia odnośnie tych ataków. Udałem się do Glave i w drodze myślałem, czy Chung też będzie robić misję na to. Gdy byłem już u naszego 'przyjaciela' wręczył mi kartkę z zadaniami na to. Przeczytałem na szybko i spojrzałem na niego.
- Kpisz sobie?
- Naturalnie, że nie. To nie jest zabawa mój chłopcze. - podrzucił kostkami, złapał je, otwarł dłoń i kostek nie było, a gdy otwarł drugą dłoń leżały na niej kostki. - Nie ma ograniczenia czasowego. Robicie tak długo aż nie wykonacie wszystkich misji. To wszystko.
Na tym rozmowa się skończyła i wszyscy zaczęli wykonywać misję. Pierwsza - przejdź pięć map na twoim poziomie. Druga - zabierz głównym bossom fragmenty kamienia, potrzebne do otwarcia książki, gdzie opisane jest, jak używać Hypera. Trzecia - zabierz bossom z map sekretowych pięć fragmentów do drugiego kamienia, znajdującego się na tylnej okładce książki. Czwarta - zabierz bossom sekretowym na poziomie Hell fragmenty kamienia, znajdującego się na kłódce książki. Piąta - przejdź dziesięć razy czasoprzestrzeń Henira i z fragmentów od Glave utwórz klucz, który pozwoli otworzyć księgę.
Cały dzień i połowę wieczora zajęły mi te głupie misje. Gdy skończyłem, Glave dał mi książkę i kazał mądrze używać tej umiejętności. Tak jakbym inne ataki używał bezmyślnie. Bez sensu.

Wróciłem do pałacu i szybko wbiegłem do swojego pokoju. Lepiej żeby inni nie zadawali pytania, gdzie byłem tak długo. Chwila... Oni pewnie też robili te całe Hypery, więc albo śpią albo trenują. Usiadłem przy stole i otworzyłem książkę.
Blade Rain jest unikatową umiejętnością posiadaczy Cornwella. Pozwala wyzwolić prawdziwą moc miecza. Atak polega na przywołaniu dużego miecza Cornwella, a następnie pojawiają się mniejsze miecze, które atakują obszar o promieniu 5m. Cały atak trwa dziesięć sekund. Dziesięć sekund do zabicia każdego. Ten atak jest potężny. Wole nie wiedzieć, co inni mają za ataki. Czytając dalej napotkałem się o wzmiance esencji Eldrytu. Wygrzebałem jakieś z szafy i rozbiłem. Z środka emanowała czysta energia. Więc o to chodzi. Zabrałem esencje, książkę i zbiegłem na nasza arenę treningową. Po drodze Cornwell mówił mi, że lepiej bym jutro przećwiczył atak. Chyba żartuje. Nowy atak i mam czekać do jutra? Nieważne czy moje ciało jest wyczerpane czy nie. Muszę to sprawdzić. 

Gdy wszedłem na arenę zrobiłem tak, jak pisało w książce. Wszczepiłem esencje do miecza i przywołałem duży miecz Cornwella. Chwile potem zaczęły pojawiać się mniejsze i rozpraszały się w wszystkich kierunkach. W środku ataku zabolała mnie lewa rękę i lewe oko zaczęło krwawić. Dlaczego, dlaczego teraz. Byłem sparaliżowany i upadłem na ziemię. Lewa ręką piekła niemiłosiernie, a z lewego oka płynęła krew. Gdy Hyper się skończył ból minął i z oka przestała lecieć krew. Ledwo umiałem oddech złapać. Wszystko mnie bolało. Nie wiem co to było, ale na pewno Hyper reaguje z moim mrokiem. 

Wyczerpany doszczętnie i blady jak ściana, położyłem się do łóżka. Poleżałem trochę i w pokoju pojawiły się wrota do świata demonów. Z nich wyszła Śnieżynka. Zapytałem ją, czy coś wiedzą o Karis. Odparła, że wie gdzie się znajduje i wręczyła mi list. Zapytałem, co to jest. Odpowiedziała, że to jeden z sługów Karis kazał mi to przekazać. Otwarłem list i przeczytałem go.
- Kto by pomyślał, że moja przyjaciółka będzie chciała porozmawiać na osobności ze mną. - zaśmiał się Bethrezen.
- Ta, a ja będę robić za towarzystwo. - odparłem z ironią. - Jesteś pewien, że to nie pułapka?
- Sto procent, że nic nie knuje. Nie ona i nie na mnie.
Czyżby coś ich łączyło?

Wpis3 Oczami Chunga

Wiedziałem. By go sprowadzić będę musiał użyć siły. Oznaczyłem go Asystą i sam przeszedłem do Siege i wystrzelałem maksymalną ilość amunicji jaką mogłem. Cholera, że też teraz musieli mi osłabić głowice amunicji. Nie rozpaczając nad tym, skupiony na walce, zaatakowałem go Niszczycielem i znowu przeszedłem do Siege. Następnie kilka granatów poszło w ruch. Użyłem Dreada, a potem Chaos Cannona. Gdy zakończyłem swoje ataki przyglądałem się mojemu tacie. Dostrzegłem, że powoli czarna zbroja odpada z niego. To będzie długa walka.

Papa atakował głównie Niszczycielem i atakami typowe dla Wysłanników i Paladynów. Czasami ciężko było mi uniknąć jego ataków. Jego działo jest naprawdę wielkie. Gdy udało mi się zepchnąć papę pod ścianą krzyknąłem do niego, by się opamiętał. Nic to nie dało. Dalej był pod wpływem zła. Zmusiłem się do użycia AS'u. Przybrałem pozycję, namierzyłem cel i aktywowałem atak. Piętnaście pocisków z hukiem uderzyło w swój cel i zniszczyło podłoże. Kłęby pyłu i kurzu wiły się po pomieszczeniu. Zakaszlałem kilka razy i starłem się znaleźć ojca. Podszedłem bliżej i wtedy coś mnie uderzyło. Odleciałem kawałek dalej i uderzyłem głową o platformę. Leżałem na ziemi i nie wiedziałem, co się dzieje. W głowie mi szumiało i nie umiałem się skoncentrować. Tryb Berserka minął i leżałem bezbronny. Powtarzałem sobie w podświadomości, że jest dobrze i dam radę. Jednak tak naprawdę, to się bałem i to bardzo. Bałem się, że to koniec i nie uwolnię ojca z sił mroku.
Panowała cisza. Nie wiedziałem, dlaczego tak jest. Przecież czułem, jak coś mnie uderzyło. Powoli dźwignąłem się i spojrzałem na miejsce, które ostrzelałem. Była dziura, duża chyba... Kilka chwil przyglądałem się i zastanawiałem się co z papą. Wtedy dostrzegłem rękę, która podpiera się o fundament. Potem druga i powoli papa wychodził z dziury. Miał białą zbroje na sobie. Czyżby...
- Ojcze... - wypowiedziałem te słowa i tata spojrzał w moim kierunku.
- Chung?... Synu mój. - wypowiedział to i szybkim krokiem podszedł do mnie i wziął w swoje ramiona.
- Tato. - rozpłakałem się w jego ramionach.
- Już dobrze synu. Już wszystko dobrze. - przytulił mnie do siebie, a ja powoli zaczynałem zasypiać. Byłem zmęczony, a zarazem szczęśliwy.


Obudziłem się w ciepłym łóżku. Rozglądając się po pokoju, dostrzegłem, iż to mój pokój, w pałacu, który znajduje się w Hamel. Wstałem z łóżka i złapałem się za tył głowy. Po ranie, którą miałem nie było śladu. Właściwie to, ile ja spałem? Przebrałem się w komplet Devila i wyszedłem z pokoju.
Na dole przywitali mnie służący i pytali o zdrowie. Skierowałem się potem do jadalni. Jak zwykle stół był obficie nakryty. Gdy już śniadanie miałem za sobą, zapytałem o mojego ojca. Pracownicy domu odpowiedzieli mi, że papa poszedł załatwiać sprawy miasta. Ledwo wrócił do miasta i już rwie się do roboty. Mam nadzieję, że nic mu nie będzie.
Kierując się schodami na górę, zostałem zawołany z dołu przez listonosza. Miał dla mnie list od Glave. Specjalny trening. Zapomniałem o tym zupełnie. Zabrałem list, potem do pokoju po działo i Lorienke. Gdy zbiegłem na dół zawołałem Mobiego i migiem udałem się do Glave.
Gdy dotarłem na miejsce, spojrzał na mnie z góry i zapytał czemu nie było mnie w dniu, gdy trening się odbywał. Już chciałem odpowiedzieć na jego pytanie, gdy sam sobie na nie odpowiedział. Spojrzał na mnie i podyktował mi listę zadań. Połowę dnia spędziłem nad ich rozwiązywaniem i na końcu dostałem pozwolenie na użycie Satellity Rain. Co to ma być?

Wróciłem do pałacu i zastałem w nim, w salonie, mojego ojca. Stałem w drzwiach i patrzałem przez chwilę na niego.
- Ojcze. - wyrwał się od kartek papieru i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się.
- Chung. Jak się czujesz?
- Dobrze. - odparłem i usiadłem na fotelu.
- Straszny bałagan się narobił za ten czas. Czeka mnie sporo roboty.
- Hai... - odparłem cicho i spuściłem głowę.
- Coś się stało, Lorien?
- Nie, nic. Jestem tylko... szczęśliwy. - odparłem z uśmiechem i spojrzałem na niego. Byłem naprawdę szczęśliwy, że ojciec żyje i siedzę z nim właśnie teraz. Odwzajemnił uśmiech i zapytał o przyjaciół. Ciężko było mi o tym wspominać, a co dopiero mówić. Opowiedziałem mu wszystko, od dnia jego 'pogrzebu'. Widać było jego złość i smutek w jednym. Ochrzanił mnie za to co zrobiłem i wytłumaczył mi kilka spraw odnośnie przyjaciół i rodziny. Mówił to samo co Rena, gdy z nią rozmawiałem o tych sprawach.
- Wróć do nich, Lorien. Oni cię potrzebują tak samo jak ty ich.
- Ale tato...
- Nie uciekam nigdzie.
- NIE O TO CHODZI! - krzyknąłem i podniosłem się z fotela. - Wiesz ile ja cierpiałem za ten cały czas?!?! Kiedy ostatni raz się widzieliśmy, tato!?!? - papa wstał, spojrzał na mnie z gniewem.
- Na dupsko siadać przyszły władco Hamel! Trochę kultury! Zapomniałeś się?! Wiesz do kogo się odnosisz?! - patrzałem na niego przerażony i usiadłem z powrotem wystraszony. Nigdy wcześniej tak się nie bałem. Nawet Kelaino. Podszedł i stanął przede mną. - Czas nauczyć cię znowu dobrych manier. Lorien. - odparł i nachylił się.
- Nieee... - krzyknąłem i poczułem jego dłoń na mojej głowie. Spojrzałem na niego zdziwiony, a on się uśmiechnął.
- Żartowałem. - ża.. ża.. żarto - wałem? O MAŁO NIE DOSTAŁEM ZAWAŁU!!! Zaśmiał się i usiadł na sofie. - Masz misje w Sander, prawda? Jak ją skończysz to już wtedy wrócisz do domu.
- Ha - i.
- Ruszaj Chung. Twoi przyjaciele na ciebie czekają.
Po tych słowach udałem się do swojego pokoju i zabrałem swoje rzeczy. Czas wrócić do Sander i moich drogich przyjaciół.

niedziela, 3 listopada 2013

Wpis2 Oczami Chunga

Razem z Sashą weszliśmy do Świątyni Wyzwań. Panowała tu mroczna atmosfera. Na pierwszych podestach już widziałem czatujące demony. Sasha nałożyła na mnie ochronną tarczę i oznajmiła, że będzie trzymać się za mną. Zgodziłem się na takie warunki i od razu załadowałem magazynek Destroyera. Ruszyłem na demony i pokonywałem je jedna za drugą. Idąc dalej trafiliśmy na arenę, na której znajdowały się trzy przejścia. Przejście po lewej było otwarte, natomiast pozostałe zamknięte. Sasha powiedziała, ze trzeba po kolei przechodzić próby w danych pokojach i na samym końcu dotrze się do pokoju ostatniego - tego w którym znajduje się mój ojciec. Zdeterminowany, wraz z Mobim i Lorienką ruszyliśmy do pierwszego przejścia. Sasha już nam nie mogła towarzyszyć, bo jest to Świątynia Wyzwań, czyli samemu trzeba zmierzyć się z niebezpieczeństwami tu.

Weszliśmy do pomieszczenia. Prosta droga, po lewej posągi z młotami, a na drodze demony. Szybko się z nimi rozprawiłem i przechodząc przez pole wiedzenia posągu, nagle posąg wziął do ręki młot i skierował go we mnie. Szybko odskoczyłem w bok. Mało brakowało i by nic ze mnie nie zostało. Pozbierałem się szybko i ruszyłem dalej. Tym razem uniknąłem z łatwością drugi atak młotem. Idąc dalej przeszliśmy przy pomocy teleportu na osobną platformę. Na środku stała zbroja jakby oparta o młot. Po chwili jakby ożyła i zaczęła mnie atakować. Szybko zaatakowałem go AS'em i nic z niego nie zostało. Jednak ta umiejętność jest dobra i w jakiś sposób rekompensuje straty z Siege. Otrzymałem dziwną, złotą zbroję i skierowałem się dalej, do wyjścia. Z powrotem trafiliśmy do głównej sali z pomieszczeniami. Teraz ta po lewej była zamknięta, a ta po prawej otwarta. Sasha ucieszyła się na nasz widok i szybko uleczyła nasze rany. Skierowaliśmy się do drugiego pomieszczenia.

Droga prosta jak poprzednio tylko teraz były dziwne podwyższenia fundamentów. Znowu naprzeciwko podwyższenia stał posąg jakiegoś ducha? Nie wiem, jednak przechodząc przez to, z ziemi wydobyło się światło i znikło. Więc tym razem od dołu atakuje? Wszedłem na Mobiego i szybko dotarliśmy do bossa, że tak nazwę. Był to duch czarodzieja jakiegoś. Miał w jednej ręce różdżkę, a w drugiej książkę. Wytworzył jakieś dziwne pole pod sobą i zaczął atakować niebieskimi kulami. Zrobiłem kilka uników i zaatakowałem znowu AS'em. Ten jednak był wytrzymalszy i przeżył to. Oznaczyłem go Assistem i gdy udało mi się załadować magazynek, znowu zaatakowałem AS'em. Gdy zginął na moich plecach pojawiły się niebieskie skrzydła. Takie same, jakie on miał. Wróciliśmy znowu do salonu głównego i została ostatnia komnata. Sasha uzdrowiła nas i powiedziała, że będzie czuwać nad naszym bezpieczeństwem. Ostatnia komnata, która dzieli mnie od ojca. Poszliśmy do niej.

Tutaj było inaczej. Panował spokój i ten jasny niebieski kolor. Takie spokojne miejsce, jednak to były tylko pozory. Z ziemi, z czarnych obłoków dymu zaczęły wychodzić cienie, które były podobiznami moich przyjaciół. Zabijałem je jeden za drugim, ale ich ciągle przybywało. Nawet z Mobim nie dawałem sobie rady. Uciekłem do kata i szybko ładowałem magazynek. Jeśli nie użyje AS, to koniec. W ostatniej chwili udało mi się oznaczyć miejsce ostrzeliwania i tym samym siebie uratowałem. Na broń przyczepiła się jakaś czarna chmura. Nie wiedziałem, po co mi te wszystkie dodatki. Jednak skoro są, to pewnie są po to by mi pomóc. Wszedłem na miejsce do teleportowania i znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. Było podobne do głównego, tyle że na środku stała postać. Po zbroi, pelerynie i broni poznałem, że to mój ojciec. Nie mogłem uwierzyć, że on żyje.

Podszedłem do niego. Odwrócił się w moją stronę. Zapytałem czy mnie poznaje. W odpowiedzi zaatakował mnie działem. Odskoczyłem w bok i aktywowałem tryb Berserka. Czas na powrót do domu ojcze!

czwartek, 31 października 2013

Aktualka

Nowe 3 one shoty:
Taniec - najpierw koszmar, potem hobby
Halloween
Magiczna kula, która jest w trakcie pisania.

Do niezakończońych zalicza się jeszcze Rany przeszłości. Jak tylko znajdę czas dokończę poprzednie one shoty.

Nowe wpisy będą pojawiać się w różnych dniach, zależy od mojego wolnego czasu.

Zakładka Muzyka nie jest aktualizowana na bieżąco, bo tego jest za dużo. Filmami jak tylko mam czas dodaję.

Nowe prace na dA się znalazły.

Dodałam również muzykę na bloga - jak się nie podoba to wyłącz - oraz mini gify dla funu.

środa, 23 października 2013

Rozdział XIX Walka ojca z synem. Karis! Czas to zakończyć. Hyper active - czy to aby dobry pomysł? Wpis1

Za miastem czekał na nas statek powietrzny. Weszliśmy na niego i skierowaliśmy się w stronę rzekomego pobytu Behemota. Lecąc dalej napotkaliśmy nasz cel - duże cielsko, które sunęło w kierunku miasta. Myślałem, że szybko się tam dostaniemy, jednak myliłem się. Armia succubusów i innej maści demonów kierowała się w naszym kierunku. Cała nasza szóstka dobrała broni i zaczęła pozbywać się nieproszonych gości. Szkoda, że Loriena nie ma. Szybciej byśmy się z nimi uporali. Po krótkiej walce z sługusami Karis, podlecieliśmy blisko Behemota. Dzięki działom na statku udało nam się powalić tę bestię. Następnie czekała nas walka z Karis. Wskoczyliśmy do głowy Behemota i tam, w środku znajdowała się nasza królowa succubusów oraz Anudran, uwięziona w szklanej kuli.
- Znowu się spotykamy, chłopcze. - odparła siedząc niewzruszona na platformie.
- Niestety znowu muszę na ciebie patrzeć. - rzuciłem i poprawiłem miecz w swojej ręce.
- Jesteś strasznie nieuprzejmy, ale to nieważne. - zeskoczyła i chwyciła za swój tasak. - Zaraz to zakończę, a tobą się potem zajmę.
Od razu przywołalem moce Bethrezena i ruszyłem w jej kierunku. Zablokowała mój atak i odskoczyła kawałek dalej. Wtedy, od tyłu zaatakował ją Raven. Znowu uniknęła i uciekła w innym kierunku, prosto na Arę, która wykonała na niej swoją sekretną technikę.
- Powinnaś być bardziej czujna. - rzuciła Ara, a Karis się zaśmiała.
- Nie doceniacie mnie, dzieciaczki. - skierowała się w kierunku Aishy, która ładowała swoją energię. Szybko zablokowałem jej atak i kazałem Aishy znaleźć bezpieczniejsze miejsce. Gdy ja blokowałem ataki Karis, moja siostra z tyłu przywołała swój miecz i chciała uderzyć succubusa. Ta jednak przeteleportowała się i o mało co nie oberwałem z jej miecza. Spojrzałem na nią z lekką irytacją. Ona tylko wzruszyła ramiona i skierowała się w stronę Karis. Po kilku wymianach ciosów, Karis zaczęła walczyć bardziej agresywnie. Ciągle jej tasak był w ruchu i zatrzymywała ciągle ataki z drugiej strony dziwnym symbolem, który wybuchał. Gdy miała chwilę swobody, skupiła swoją magię i zesłała na nas deszcz mrocznych kul. Uniknęliśmy ich jakoś, jednak każdy z nas już był zmęczony walką. Aisha starała się nas ciągle podtrzymywać swoją magią, lecz ona też ma swoje granice. Ara i Raven postanowili wspólnie ją wykończyć. Dziewczyna zaatakowała z lewej strony swoimi orbami, a chłopak z drugiej strony chciał ją złapać, w ogień swojej nazo ręki. Prawie się im udało. Raven spalił jej lewe skrzydło i zaczęła wydzierać się w niebo głosy. Podszedłem do niej i uwięziłem w Maelu, który ją ranił.
- Coś ci nie wyszło Karis. - rzuciłem, a ona wściekle spojrzała na mnie.
- Nie myśl sobie, że tak łatwo mnie pokonacie.
Podobnie jak Ran, zniknęła w kłębach mroku. Na chwilę obecną to było tyle. Usiedliśmy zmęczeni, a Aisha podeszła do szklanej kuli, w której była Anudran. Uderzyła kilka razy ręką, potem rózgą i butem na koniec.
- Co za debilna kula! - ryknęła i kopała dalej.
- E, piękna, bo se buty zepsujesz. - rzuciłem i zaśmiałem się. Spojrzała na mnie zirytowana.
- Żebym to ja ciebie nie zaczęła kopać. - odeszła od kuli i podeszła do mnie.
- Nawet o tym nie myśl. - wstałem leniwie i podszedłem do kuli. Wezwałem Cornwella i spróbowałem wbić miecz w szkło. Nie udało się. Spoko. Karis pokonana, a Anudran to kto uwolni? Myśleliśmy wszyscy przez chwilę, jak ją wyciągnąć. Wtedy Ara wpadła na pomysł, że jeden z jej ataków wywiera spore ciśnienie, więc może uda się rozwalić szkło. Zostawiliśmy to w jej rekach. Stanęła naprzeciwko kuli i zaczęła wytwarzać dość osobliwą przestrzeń. Nawet z daleka było czuć, że zwiększyło się ciśnienie wokół nas. Kilka chwil potem szkło pękło i kapłanka wiatru była wolna. Była nieprzytomna. Zabraliśmy ją na statek i skierowaliśmy się do miasta.
Siedziałem oparty o burtę i wyglądałem na zewnątrz. Przynajmniej aby raz pieszo nie trzeba wracać do Sander. Siedząc tak myślałem, co się stało z Karis. Zawołałem Śnieżynkę, która migiem przybiegła do mnie i zapytała czego od niej chce. Poprosiłem ją by demony ją odnalazły. Kiwnęła głową i od razu pobiegła w zaciszne miejsce, by mogła otworzyć wrota do świata demonów. Potem usiadła obok mnie Aisha i przytuliła.
- To jeszcze nie koniec, prawda?
- Ta. Jeszcze raz z nią będziemy walczyć.
Mam nadzieję, że przy kolejnym starciu już Lorien będzie z nami.
Po powrocie do Sander, Emirate i Vapor strasznie ucieszyli się na powrót Anudran. Karu stał obok niej, jak jakiś obrońca i towarzyszył jej wszędzie. Wszystko się uspokoiło na jakiś czas. Im szybciej moje demony odnajdą Karis tym lepiej. Jednego debilnego demona mniej. Po powitaniach i innych gadkach politycznych, wróciliśmy do pałacu. Nie miałem sił już na nic.

wtorek, 22 października 2013

Wpis15 Part2

Dni mijały w miarę spokojnie. Gdy na rynku pojawił się set Ventusa, obrałem sobie za cel skompletowania pierw akcesoria i miecz. Bardzo mi się spodobały i wydaje się być szybszy od Glacka. Dzień w dzień dzienne misje, czasem spotkanie z ludkami, z guild, trochę walk, trening i koniec dnia.
Kilka dni potem miałem już akcesoria i broń Ventusa. Świetnie pasowały do Glacka. Byłem zadowolony z tego powodu. Udałem się trochę potrenować i wtedy, tego dnia, dostrzegłem niepokojące zmiany.
Trenowałem tak jak zwykle. Najpierw sam, bez pomocy Mrocznego, a potem razem z nim. Gdy przywołałem Phantoma, lewa ręka zaczęła mnie strasznie palić, a dookoła mnie, bez żadnego rozkazu utworzyły się Cornwelle, które wisiały za mną i skierowane były jakby strzały gotowe do ataku. Z lewego oka zaczęły spływać łzy, które były krwią. Mrok otoczył mnie całkowicie i opanował całą arenę treningową. Nie byłem w stanie nad tym zapanować. Wtedy do akcji wkroczył Mroczny, który zaraz po przejęciu mojego ciała zniwelował całą moc. Gdy wróciło wszystko do normy, byłem  tak słaby, że nie potrafiłem się ruszyć. Dlaczego teraz nie mogę zapanować nad swoją mocą? Na odpowiedź będę musiał trochę poczekać. Lewa ręka ciągle mnie paliła. Ściągnąłem rękawice i podwinąłem rękaw. Dłoń, jak i całe ramię było pokryte jakimiś znakami. Gdy zapytałem Cornwella, co to jest nie odpowiedział nic, tylko oznajmił, że idzie poczytać o tym. On wie, co to jest tylko nie chce mi o tym powiedzieć.
Gdy wieczorem wróciłem do pałacu, Rena od razu zauważyła, że coś się stało. Podobno byłem blady jak ściana i miałem przekrwione lewe oko. Żeby uniknąć niepotrzebnych dyskusji, rzuciłem, że za dużo trenowałem. O lewej ręce lepiej żeby nie wiedzieli. Po kolacji udałem się do swojego pokoju, w którym czekała Śnieżynka.
- Co się stało? Nie wyglądasz za dobrze.
- No co ty nie powiesz. - ściągnąłem płaszcz Glacka i moja wyrocznia wręcz pisnęła, gdy to zobaczyła.
- Twoje ramię... To symbole demonów.
- Wiesz coś więcej na ten temat?
- Zmieniasz się... w demona. - na te słowa zamarłem przez chwilę.
- Co masz na myśli? - podbiegła do mnie i dokładnie przyjrzała się ramieniu.
- To początek twojej zmiany. Tak jak było z Ranem. Myślisz, że on demonem został od razu? Został skażony mrokiem, jak ty. Z czasem przychodzą zmiany, gdy polega się na mocy mroku.
- Zaraz, czekaj. To wina Mrocznego? Znaczy Bethrezena? - postukała palcami i kiwnęła głową niepewnie. - Zabije tego gnoja! Wiedział o tym! Wiedział, że tak to się skończy, jak będę używać jego mocy! - uderzyłem lewą ręką o szklany stół, który zniszczył się i fragmenty szkła poraniły rękę. Chwilę potem rana zaczęła się sama leczyć. Nie jest dobrze... Jak tak dalej pójdzie będę zmuszony opuścić ten świat.

Następnego dnia, lewe ramię było w takim samym stanie jak wczoraj. Wziąłem prysznic i przyjrzałem sobie. Lewe oko dalej było zakrwawione, a ja sam blady jak nieboszczyk. Zszedłem na śniadanie. Na szczęście nikogo nie było. Zjadłem szybko i udałem się na miasto. Zobaczyłem ulotki, na których było napisane o nowych wierzchowcach. Smoki? Poważnie? Chyba sobie kupię, bo nigdy smoka nie ujeżdżałem.
Nie czułem się za dobrze. Lewa ręka paliła niemiłosiernie. Idąc dalej, spotkałem Loriena i jakąś łuczniczkę. Obydwoje mieli full Devila, poza akcesorium na buty. Przywitałem się z nimi i na prośbę Kurai - naszej łuczniki, z tej samej guild - udaliśmy się na Henira. Starałem się zachowywać normalnie, jednak to było trudniejsze niż myślałem. Podczas Henira dostrzegłem, że nasza towarzyszka była zapatrzona w artylerzystę. Zaśmiałem się i gdy przechodziliśmy do kolejnego etapu spojrzałem na Chunga, który nie wiedział o co chodzi. Powiedziałem mu o swoich obserwacjach i zmagaliśmy się dalej z Henirem. Na szczęście nie było żadnych większych akcji, a to tylko dlatego, że Mroczny przejmował kontrolę, gdy potrzebowałem jego mocy. Właśnie. Z nim sobie będę musiał pogadać. Po Henirze, udaliśmy się do parku i usiedliśmy na ławkę. Mogłem chwilę odpocząć. Nasze pety (czyt. Chunga i Elsworda) bawiły się z Kurai. Gdy odpoczęliśmy, udaliśmy się na rynek. Oczywiście szukałem okazji Ventusa, jednak nic nie znalazłem. Potem każdy z nas poszedł zająć się swoimi sprawami.
W swoim pokoju położyłem się na sofie i udałem do swojej podświadomości. Mroczny i Cornwell siedzieli przy jakiś książkach. Podszedłem do nich.
- Wiem Elsword, co chcesz mi powiedzieć. Tak, wiedziałem, że jak będziesz korzystać z moich mocy to powoli będziesz zmieniać się w demona. Nie mówiłem ci tego, byś nie był ograniczony. Coś za coś. Może tobie się nie podoba, że zmieniasz się w demona, jednak nie mogłem ci o tym powiedzieć. Wtedy uznałbyś mnie za niepotrzebną i szkodliwą moc, która zagnieździła się w twoim ciele.
- Brawo, Bethrezen. Przynajmniej zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji, ale wiesz... Nie zamierzam do cholery opuszczać swojego świata wiesz!
- Rozumiem twoje zdenerwowanie chłopcze...
- Morda psie demoniczny! Myślisz sobie, że możesz wszystko?! To ja jestem twoim panem, nie ty moim i nie ty decydujesz o moim losie!
- Elsword, szukamy rozwiązania dla ciebie. - odrzekł spokojnie staruszek.
- Jakiego niby rozwiązania? Tego procesu nie da się zatrzymać.
- Można zapieczętować twoją moc i w razie konieczności odpieczętować. - spojrzałem na niego wściekle. - Mrok wylewa się z twojego ciała. Mocy masz za dużo, jednak gdy ją zapieczętujemy nie powinno być żadnych kłopotów. Z tej mocy będziesz korzystać tylko w razie konieczności.
- Czyli ta moc, która wystąpiła wtedy na arenie to...
- Należała do ciebie i musiała wyjść z ciebie. Twoja moc szybko się gromadzi, jednak nie masz jak jej wyzwolić by nie było żadnych efektów ubocznych. Chyba, żebyś gonił za demonami dzień w dzień i ją zużywał. Mało posługujesz się siłami mroku.
- Bethrezen, przecież niedługo bedzie używać Blade Rain'a. Szybko jego siła mroku się wyczerpię.
- Nie sądze i wole nie wiedzieć, co się stanie gdy połączy siłę mroku z Blade Rain'em.
- A może ktoś mi powie, co to Blade Rain? - Bethrezen wstanał i poklepał mnie po ramieniu.
- Nowa umiejętność którą nauczysz się pod okiem Glave. - Cornwell wstanął i szarpnął mnie z ramię. Narysował okrąg kredą i postawił mnie do środka. Bethrezen swoją krwią pomazał lewe ramię.
- Stój i się nie ruszaj. Cornwell, zaczynaj. - Staruszek zaczął czytać jakieś fragmenty tekstu w niezrozumiałym dla mnie języku. Potem Bethrezen wypowiedział kilka zdań i wtedy jego krew nałożyła się na te same miejsca znaków, które były na ramieniu. - No i to tyle. - Tyle? Nawet nic nie poczułem.
- Jesteś pewny, że to zadziała? - zapytałem go niepewnie.
- Jasne. Wszystkie zaklęcia z księgi Cornwella działają jak należy, chyba że źle odczytwał wersy jakieś. - zaśmiał się i skierował do swojego pokoju.
- Nie wprowadzaj go w błąd debilu. - Cornwell podszedł i przyłożył mu z księgi tak, że poleciał kawałek dalej i wylądował głową w ścianie. - Jeszcze raz go okłamiesz to popamiętasz. - Bethrezen dźwignął rękę i starał się wyjść z ściany.
- Staruszku...
- Będzie dobrze chłopcze. Nie pozwolimy ci tak szybko zginąć, czy zamienić się w demona. - odłożył księgę na stół. - Zapomniałbym... Jeśli będziesz chciał korzystać z tej mocy wystarczy, że swoją krwią zaznaczysz niewielki obszar tych znaków i utworzysz znak Cornwella. Pamiętaj, ta moc jest potężna. Jeśli byś nie umiał nad nią panować, Bethrezen ci pomoże.
Wróciłem do swojego świata. Ramię już nie paliło i czułem się jakby bezpieczniejszy i spokojny.
Popołudniu udałem się na miasto. Spotkałem sprzedawcę nowych wierzchowców. Te smoki wyglądają tak niewinnie, jednak coś czuje, że drzemie w nich siła o której nie mam pojęcia. Podszedłem do jednego i pogłaskałem po pysku. Wydawał się zadowolony. Zapytałem sprzedawcę, po ile one są. Odparł 200kk. Spoko cena. Po chwili namysłu kupiłem Hamelinga i poszedłem się z nim zapoznać. Dość szybki jest w bieganiu i z lataniem też sobie nieźle radzi. Po jakimś czasie będzie mógł dłużej unosić się w powietrzu, a ja będę mógł nacieszyć się niezapomnianymi widokami.
Wieczorem wróciliśmy do pałacu. Radośnie biegał po dziedzińcu i gdy tylko podeszła elfka, spokorniał i usiadł. Rena z piskiem podbiegła do niego i rozpieszczała go. Był zadowolony, bo tylko słychać było jego mruczenie, że tak to nazwę. Po chwili pojawiła się Aisha, która patrzała na niego z zdziwieniem. Zeskoczyłem z mojego nowego przyjaciela i przytuliłem czarodziejkę do siebie.
- Jak ci się podoba?
- Skąd go wytrzasnąłeś?
- Kupiłem, a skąd niby miałbym go wziąć? - pogłaskałem ją po głowie i ucałowałem w czoło.
- Jest słodziutki.
Podeszła do niego i zaczęła głaskać po głowie. Potem pojawił się Lorien. Gdy podszedł do zwierzęcia, od razu chciał go zaatakować. Zaskoczyła mnie reakcja Hamelinga. Aisha go uspokajała, a Rena patrzała na artylerzystę z zmartwieniem. Założyłem ręce i odparłem spokojnie, że nawet wierzchowce się go boją. Wtedy się wkurzył i to bardzo. Zaczął mi wytkać, że niby traktuję wszystkich z góry i uważam się za nie wiadomo kogo. Potem zaczął mi zarzucać, że się zatracam w mroku i walczę dla przyjemności. Prosiłem go by się uspokoił, jednak nic to nie dało. Oznajmił, że wynosi się stąd i opuścił nas. Kłótnie również słyszała moja siostra, która akurat przechodziła. Poszła na górę, w stronę naszych pokoi. Nie wiedziałem co zrobić, by nie pogorszyć sprawę.
- Zboczył ze swojej drogi i kroczy niewłaściwą ścieżką. - powiedziała smutna Rena.
- Jest dorosły. Sam chce tak żyć. - rzuciłem i podszedłem do Hamelinga, który się już uspokoił.
Niedługo potem usłyszeliśmy szybkie schodzenie z schodów i odgłosy uderzania czymś o ziemię. Lorien, z swoimi bagażami kierował się do wyjścia. Nie sądziłem, że na serio chce się wynieść. Rena pobiegła za nim i widać z daleka było, że wręcz go błagała by został. On jednak ją zignorował i odjechał na Mobim. Nie wiedziałem w sumie, co zrobić. Jeśli on nie wróci to nie wiem, jak ukończymy misję. Wystarczy, że od dłuższego czasu jesteśmy bez Eve.

Kolejny dzień nie zapowiadał się ciekawie. Rena strasznie martwiła się o Chunga, Raven zachowywał się tak jak zwykle, czyli niczym nie poruszony, Aisha siedziała zamyślona, a ja myślałem, jak go sprowadzić z powrotem. Na pewno wrócił do Hamel, więc szukać go nie trzeba. Problem tkwi jak przekonać go do dalszej współpracy. Siedząc w ciszy, usłyszeliśmy jak ktoś zmierza w naszym kierunku. Stukot obcas był co raz bardziej wyraźny. Odwróciliśmy się w stronę wejścia i w nich stanęła dziewczyna. Wysoka, ładna, z włosami częściowo spiętymi w kok, a reszta włosów swobodnie opadała. Miała na sobie zdecydowanie za krótką sukienkę, z odsłoniętymi ramionami. Długie, czarne rękawiczki, czarny kożuch wokół szyi i szerokie rękawy. Buty na obcasie, z czego lewa noga była prawie całkowicie zakryta przez wydłużenie buta, a prawa odsłonięta. Trzymała w prawej ręce włócznię.
- Hej kochani. - niemożliwe by to była Ara.
- Ara? - zapytała Rena.
- Bardzo was przepraszam, że was o niczym nie powiadomiłam. Nie sądziłam, że tak długo zajmie mi trening.
- Ważne, że już jesteś z nami. - odpowiedziała uradowana Rena i wprowadziła Arę do środka. Nie żeby coś, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zmieniła się nie do poznania. Nie napatrzałem się zbyt długo, bo Aisha za plecami uderzyła mnie różdżką.
- Za co do cholery?! - odwróciłem się do niej, a ona obrażona założyła ręce i prychnęła. Rena powoli wyjaśniła Arze, co się wczoraj wydarzyło.
- Smutne, że od nas odszedł. Może wróci.
- Może... - dorzuciłem i podparłem się ręką o stół.
- Wróci prędzej czy później. - odezwał sę Raven i spojrzałem na niego.
- A to ty tu jesteś? Nie wiedziałem.
- Elsword... - syknęła Aisha.
Jakiś czas później przyszedł do nas jeden z wojowników wiatru, który zamieszkuje wioskę Caluso. Powiedział nam, że Karis wykonała swój ruch. Od razu wszyscy ożyli. Wypytywaliśmy się o szczegóły. Podobno wybudziła Behemota z snu i zmierza wraz z nim na miasto. No pięknie. Ona chyba jest do wszystkiego zdolna. Prawdopodobnie w jego wnętrzu znajduje się Anudran. Powiedział nam również, że Karu czeka na nas by wyjaśnić plan działania.
Udaliśmy się za posłańcem do Karu. Tam, wyjaśniono nam plan działania. Dzięki pomocy statkom powietrznym, mamy powstrzymać Behemota, zająć się Karis i uratować Anudran. Zapowiada się ciekawie.

sobota, 19 października 2013

Wpis15 Part1

Podczas kolacji zastanawialiśmy się, co się stało z Arą. Zakładaliśmy, że udała się na jakiś trening. By rozwiać nasze wątpliwości, Rena oznajmiła, że popyta trochę kogo należy i się dowie. Podczas dalszych rozmów, Aisha wyskoczyła z wiadomością o nowym avatarze. Salvatore Ventus. Założę się, że kolejny marny komplet. Jeszcze żaden Salvator mi się nie spodobał i wątpię, że się to zmieni.
Gdy rozchodziliśmy się do swoich pokoi, poprosiłem Chunga o rozmowę. Zgodził się i udaliśmy się na balkon. Wymienialiśmy się wrażeniami z odbytego treningu. Przy okazji dowiedziałem się, jak bardzo klasę, którą ma Chung osłabili. Nie brzmiało to najlepiej, jednak biorąc pod uwagę ten atak co widziałem, to mam mieszane uczucia. Gdy skończyliśmy rozmawiać, Chung wrócił do siebie, a ja udałem się do mojej księżniczki.
Siedziała na łóżku i przy oświeconej lampce, przeglądała jakieś zdjęcia. Zapytałem ją, co tam ma. Odparła krótko, że to nie mój interes.
- Jesteś strasznie niemiła. Jak zawsze w sumie. - usiadłem na krześle i położyłem nogi na stole.
- Jestem taka sama, jak ty do mnie. Nie wiem, o co się czepiasz. - zerknęła na chwilę. - Weź te nogi z stołu. Nie jesteś u siebie.
- Tak, jasne. - leniwie ściągnąłem nogi z stołu i jej się przyglądałem.
- Co znowu?
- Nie mogę na ciebie popatrzeć już? - spojrzała podejrzliwie.
- Czego chcesz? Zwykle zachowujesz się tak, gdy czegoś chcesz ode mnie.
- A czego ja mogę chcieć Zeki? Sama powinnaś to wiedzieć. - westchnęła i wstała z łózka. Usiadła mi na kolana i przytuliła mnie do siebie.

Kolejnego dnia, wraz z Lorienem udaliśmy się na dzienne misję. Miałem okazję sprawdzić, czy trening się opłacił. Wszystko szło gładko. Dzięki pomocy Mrocznego mogłem używać Phantoma i Cuttera. Najbardziej zaciekawiła mnie akcja z Berrutami. Czekaliśmy, aż podejdą i wtedy Lorien przyjął pozycje do AS. Nie wiedzieliśmy, co chciał zrobić, jednak długo czekać nie musieliśmy. Gdy Berruty się zebrały, odpalił AS i w kilka sekund zmiótł, dosłownie zmiótł Berruty. Spojrzeliśmy na niego, a on jakby nigdy nic. Wstał, otrzepał się z kurzu i ładował magazynek. Gdy przechodziliśmy do kolejnego etapu zapytałem go, czy wziął wcześniej jakieś dodatkowe eliksiry. Uderzył mnie lekko działem i dodał, że mu zazdroszczę. No sorry bardzo, ale jest czego.
Po zakończeniu dziennych misji, przechadzaliśmy się po centrum miasta. Zobaczyliśmy plakaty nowego kompletu Ventusa. Muszę przyznać, że nawet im wyszedł. Kupię go sobie, bo i tak z kasą nie mam co robić. 
Popołudnie spędziłem z Śnieżynką i Coco na arenie treningowej. Musiałem trochę popracować nad moim mrokiem.
- Mroczny, wyjaśnij mi dlaczego tak się męczę?!
- Za słaby jesteś. Musisz potrenować trochę. Dobrze wiesz, że nie chcemy ci na złość. Szach. - jak zwykle moi duchowi pomocnicy grali w szachy.
- Najważniejsze byś skupił się na swoim zadaniu i tego co chcesz zrobić. Miecz zmaterializuje się zawsze, gdy będziesz go potrzebować. Utrzymanie go też zależy od twojej woli. - odparł spokojnie staruszek.
- Jesteście strasznie irytujący.
Nie marnując więcej czasu na pogawędkę z nimi, zacząłem trenować swoją wytrzymałość.
Pod wieczór, gdy wracałem do pałacu natknąłem się na Zeki. Zapytała mnie, co sądzę o nowym komplecie. Odrzekłem, że może być. Udaliśmy się na kolację, a potem zająłem się moją kochaną czarodziejką.

Z rana sprawdziłem rynek i tak jak myślałem. Początkowe ceny są zawsze takie kosmiczne. Przy okazji spotkałem Kakazu i razem udaliśmy się na trening. Po paru godzinach pożegnaliśmy się i wróciłem do pałacu. Położyłem się na chwilę, bo niespełna trzydzieści minut potem napisał do mnie Lorien, czy idę na Henira. Wygramoliłem się z łóżka i udałem się pod tablicę. Niby tam ma na mnie czekać. Gdy dotarłem na miejsce, patrzałem w niego jak wryty. Co on ze sobą zrobił? Devil? Poważnie? Ze wszystkich setów Devila se wybrał? Gdy go zapytałem, dlaczego ten to odparł, że mu się podoba. No fakt, jest pokaźny, ale do niego nie pasuje. By mi dopiec rzucił, że Glacek nie pasuje do mnie. Co racja, to racja, jednak wyglądać trzeba dobrze. Nie podobała mi się ta jego zmiana. Najpierw usamodzielnienie się, potem zmiana charakteru, a teraz Devil.
Glave jak zwykle przywitał nas swoim śmiechem. Nim wyruszyliśmy rzucił, że za kilka dni czeka na nas próba i wtedy nauczymy się nowych umiejętności. Od razu skontaktowałem się z swoimi duchowymi przyjaciółmi i zapytałem, czy coś wiedzą. Cornwell odparł, że tak, ale nie chcą mi zepsuć niespodzianki.
Po zakończeniu Henira ponownie udałem się na arenę treningową doskonalić swoje umiejętności i panowanie nad mrokiem. Czasem wymykał się spod kontroli, a na to pozwolić sobie nie mogę. Wieczorem powiadomiłem resztę ekipy, o zakupie Devila przez Chunga. Początkowo wierzyć mi nie chcieli, jednak kiedy nasz książę wrócił, to byli w takim samym szoku jak ja przedtem. Kto jak kto, ale do Loriena ciemne kolory nie pasują. Nadawają mu złe wrażenie początkowe. Devily od zawsze były przeznaczone dla tych z wyższej półki, tak samo jak Dragon Knight.