wtorek, 22 października 2013

Wpis15 Part2

Dni mijały w miarę spokojnie. Gdy na rynku pojawił się set Ventusa, obrałem sobie za cel skompletowania pierw akcesoria i miecz. Bardzo mi się spodobały i wydaje się być szybszy od Glacka. Dzień w dzień dzienne misje, czasem spotkanie z ludkami, z guild, trochę walk, trening i koniec dnia.
Kilka dni potem miałem już akcesoria i broń Ventusa. Świetnie pasowały do Glacka. Byłem zadowolony z tego powodu. Udałem się trochę potrenować i wtedy, tego dnia, dostrzegłem niepokojące zmiany.
Trenowałem tak jak zwykle. Najpierw sam, bez pomocy Mrocznego, a potem razem z nim. Gdy przywołałem Phantoma, lewa ręka zaczęła mnie strasznie palić, a dookoła mnie, bez żadnego rozkazu utworzyły się Cornwelle, które wisiały za mną i skierowane były jakby strzały gotowe do ataku. Z lewego oka zaczęły spływać łzy, które były krwią. Mrok otoczył mnie całkowicie i opanował całą arenę treningową. Nie byłem w stanie nad tym zapanować. Wtedy do akcji wkroczył Mroczny, który zaraz po przejęciu mojego ciała zniwelował całą moc. Gdy wróciło wszystko do normy, byłem  tak słaby, że nie potrafiłem się ruszyć. Dlaczego teraz nie mogę zapanować nad swoją mocą? Na odpowiedź będę musiał trochę poczekać. Lewa ręka ciągle mnie paliła. Ściągnąłem rękawice i podwinąłem rękaw. Dłoń, jak i całe ramię było pokryte jakimiś znakami. Gdy zapytałem Cornwella, co to jest nie odpowiedział nic, tylko oznajmił, że idzie poczytać o tym. On wie, co to jest tylko nie chce mi o tym powiedzieć.
Gdy wieczorem wróciłem do pałacu, Rena od razu zauważyła, że coś się stało. Podobno byłem blady jak ściana i miałem przekrwione lewe oko. Żeby uniknąć niepotrzebnych dyskusji, rzuciłem, że za dużo trenowałem. O lewej ręce lepiej żeby nie wiedzieli. Po kolacji udałem się do swojego pokoju, w którym czekała Śnieżynka.
- Co się stało? Nie wyglądasz za dobrze.
- No co ty nie powiesz. - ściągnąłem płaszcz Glacka i moja wyrocznia wręcz pisnęła, gdy to zobaczyła.
- Twoje ramię... To symbole demonów.
- Wiesz coś więcej na ten temat?
- Zmieniasz się... w demona. - na te słowa zamarłem przez chwilę.
- Co masz na myśli? - podbiegła do mnie i dokładnie przyjrzała się ramieniu.
- To początek twojej zmiany. Tak jak było z Ranem. Myślisz, że on demonem został od razu? Został skażony mrokiem, jak ty. Z czasem przychodzą zmiany, gdy polega się na mocy mroku.
- Zaraz, czekaj. To wina Mrocznego? Znaczy Bethrezena? - postukała palcami i kiwnęła głową niepewnie. - Zabije tego gnoja! Wiedział o tym! Wiedział, że tak to się skończy, jak będę używać jego mocy! - uderzyłem lewą ręką o szklany stół, który zniszczył się i fragmenty szkła poraniły rękę. Chwilę potem rana zaczęła się sama leczyć. Nie jest dobrze... Jak tak dalej pójdzie będę zmuszony opuścić ten świat.

Następnego dnia, lewe ramię było w takim samym stanie jak wczoraj. Wziąłem prysznic i przyjrzałem sobie. Lewe oko dalej było zakrwawione, a ja sam blady jak nieboszczyk. Zszedłem na śniadanie. Na szczęście nikogo nie było. Zjadłem szybko i udałem się na miasto. Zobaczyłem ulotki, na których było napisane o nowych wierzchowcach. Smoki? Poważnie? Chyba sobie kupię, bo nigdy smoka nie ujeżdżałem.
Nie czułem się za dobrze. Lewa ręka paliła niemiłosiernie. Idąc dalej, spotkałem Loriena i jakąś łuczniczkę. Obydwoje mieli full Devila, poza akcesorium na buty. Przywitałem się z nimi i na prośbę Kurai - naszej łuczniki, z tej samej guild - udaliśmy się na Henira. Starałem się zachowywać normalnie, jednak to było trudniejsze niż myślałem. Podczas Henira dostrzegłem, że nasza towarzyszka była zapatrzona w artylerzystę. Zaśmiałem się i gdy przechodziliśmy do kolejnego etapu spojrzałem na Chunga, który nie wiedział o co chodzi. Powiedziałem mu o swoich obserwacjach i zmagaliśmy się dalej z Henirem. Na szczęście nie było żadnych większych akcji, a to tylko dlatego, że Mroczny przejmował kontrolę, gdy potrzebowałem jego mocy. Właśnie. Z nim sobie będę musiał pogadać. Po Henirze, udaliśmy się do parku i usiedliśmy na ławkę. Mogłem chwilę odpocząć. Nasze pety (czyt. Chunga i Elsworda) bawiły się z Kurai. Gdy odpoczęliśmy, udaliśmy się na rynek. Oczywiście szukałem okazji Ventusa, jednak nic nie znalazłem. Potem każdy z nas poszedł zająć się swoimi sprawami.
W swoim pokoju położyłem się na sofie i udałem do swojej podświadomości. Mroczny i Cornwell siedzieli przy jakiś książkach. Podszedłem do nich.
- Wiem Elsword, co chcesz mi powiedzieć. Tak, wiedziałem, że jak będziesz korzystać z moich mocy to powoli będziesz zmieniać się w demona. Nie mówiłem ci tego, byś nie był ograniczony. Coś za coś. Może tobie się nie podoba, że zmieniasz się w demona, jednak nie mogłem ci o tym powiedzieć. Wtedy uznałbyś mnie za niepotrzebną i szkodliwą moc, która zagnieździła się w twoim ciele.
- Brawo, Bethrezen. Przynajmniej zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji, ale wiesz... Nie zamierzam do cholery opuszczać swojego świata wiesz!
- Rozumiem twoje zdenerwowanie chłopcze...
- Morda psie demoniczny! Myślisz sobie, że możesz wszystko?! To ja jestem twoim panem, nie ty moim i nie ty decydujesz o moim losie!
- Elsword, szukamy rozwiązania dla ciebie. - odrzekł spokojnie staruszek.
- Jakiego niby rozwiązania? Tego procesu nie da się zatrzymać.
- Można zapieczętować twoją moc i w razie konieczności odpieczętować. - spojrzałem na niego wściekle. - Mrok wylewa się z twojego ciała. Mocy masz za dużo, jednak gdy ją zapieczętujemy nie powinno być żadnych kłopotów. Z tej mocy będziesz korzystać tylko w razie konieczności.
- Czyli ta moc, która wystąpiła wtedy na arenie to...
- Należała do ciebie i musiała wyjść z ciebie. Twoja moc szybko się gromadzi, jednak nie masz jak jej wyzwolić by nie było żadnych efektów ubocznych. Chyba, żebyś gonił za demonami dzień w dzień i ją zużywał. Mało posługujesz się siłami mroku.
- Bethrezen, przecież niedługo bedzie używać Blade Rain'a. Szybko jego siła mroku się wyczerpię.
- Nie sądze i wole nie wiedzieć, co się stanie gdy połączy siłę mroku z Blade Rain'em.
- A może ktoś mi powie, co to Blade Rain? - Bethrezen wstanał i poklepał mnie po ramieniu.
- Nowa umiejętność którą nauczysz się pod okiem Glave. - Cornwell wstanął i szarpnął mnie z ramię. Narysował okrąg kredą i postawił mnie do środka. Bethrezen swoją krwią pomazał lewe ramię.
- Stój i się nie ruszaj. Cornwell, zaczynaj. - Staruszek zaczął czytać jakieś fragmenty tekstu w niezrozumiałym dla mnie języku. Potem Bethrezen wypowiedział kilka zdań i wtedy jego krew nałożyła się na te same miejsca znaków, które były na ramieniu. - No i to tyle. - Tyle? Nawet nic nie poczułem.
- Jesteś pewny, że to zadziała? - zapytałem go niepewnie.
- Jasne. Wszystkie zaklęcia z księgi Cornwella działają jak należy, chyba że źle odczytwał wersy jakieś. - zaśmiał się i skierował do swojego pokoju.
- Nie wprowadzaj go w błąd debilu. - Cornwell podszedł i przyłożył mu z księgi tak, że poleciał kawałek dalej i wylądował głową w ścianie. - Jeszcze raz go okłamiesz to popamiętasz. - Bethrezen dźwignął rękę i starał się wyjść z ściany.
- Staruszku...
- Będzie dobrze chłopcze. Nie pozwolimy ci tak szybko zginąć, czy zamienić się w demona. - odłożył księgę na stół. - Zapomniałbym... Jeśli będziesz chciał korzystać z tej mocy wystarczy, że swoją krwią zaznaczysz niewielki obszar tych znaków i utworzysz znak Cornwella. Pamiętaj, ta moc jest potężna. Jeśli byś nie umiał nad nią panować, Bethrezen ci pomoże.
Wróciłem do swojego świata. Ramię już nie paliło i czułem się jakby bezpieczniejszy i spokojny.
Popołudniu udałem się na miasto. Spotkałem sprzedawcę nowych wierzchowców. Te smoki wyglądają tak niewinnie, jednak coś czuje, że drzemie w nich siła o której nie mam pojęcia. Podszedłem do jednego i pogłaskałem po pysku. Wydawał się zadowolony. Zapytałem sprzedawcę, po ile one są. Odparł 200kk. Spoko cena. Po chwili namysłu kupiłem Hamelinga i poszedłem się z nim zapoznać. Dość szybki jest w bieganiu i z lataniem też sobie nieźle radzi. Po jakimś czasie będzie mógł dłużej unosić się w powietrzu, a ja będę mógł nacieszyć się niezapomnianymi widokami.
Wieczorem wróciliśmy do pałacu. Radośnie biegał po dziedzińcu i gdy tylko podeszła elfka, spokorniał i usiadł. Rena z piskiem podbiegła do niego i rozpieszczała go. Był zadowolony, bo tylko słychać było jego mruczenie, że tak to nazwę. Po chwili pojawiła się Aisha, która patrzała na niego z zdziwieniem. Zeskoczyłem z mojego nowego przyjaciela i przytuliłem czarodziejkę do siebie.
- Jak ci się podoba?
- Skąd go wytrzasnąłeś?
- Kupiłem, a skąd niby miałbym go wziąć? - pogłaskałem ją po głowie i ucałowałem w czoło.
- Jest słodziutki.
Podeszła do niego i zaczęła głaskać po głowie. Potem pojawił się Lorien. Gdy podszedł do zwierzęcia, od razu chciał go zaatakować. Zaskoczyła mnie reakcja Hamelinga. Aisha go uspokajała, a Rena patrzała na artylerzystę z zmartwieniem. Założyłem ręce i odparłem spokojnie, że nawet wierzchowce się go boją. Wtedy się wkurzył i to bardzo. Zaczął mi wytkać, że niby traktuję wszystkich z góry i uważam się za nie wiadomo kogo. Potem zaczął mi zarzucać, że się zatracam w mroku i walczę dla przyjemności. Prosiłem go by się uspokoił, jednak nic to nie dało. Oznajmił, że wynosi się stąd i opuścił nas. Kłótnie również słyszała moja siostra, która akurat przechodziła. Poszła na górę, w stronę naszych pokoi. Nie wiedziałem co zrobić, by nie pogorszyć sprawę.
- Zboczył ze swojej drogi i kroczy niewłaściwą ścieżką. - powiedziała smutna Rena.
- Jest dorosły. Sam chce tak żyć. - rzuciłem i podszedłem do Hamelinga, który się już uspokoił.
Niedługo potem usłyszeliśmy szybkie schodzenie z schodów i odgłosy uderzania czymś o ziemię. Lorien, z swoimi bagażami kierował się do wyjścia. Nie sądziłem, że na serio chce się wynieść. Rena pobiegła za nim i widać z daleka było, że wręcz go błagała by został. On jednak ją zignorował i odjechał na Mobim. Nie wiedziałem w sumie, co zrobić. Jeśli on nie wróci to nie wiem, jak ukończymy misję. Wystarczy, że od dłuższego czasu jesteśmy bez Eve.

Kolejny dzień nie zapowiadał się ciekawie. Rena strasznie martwiła się o Chunga, Raven zachowywał się tak jak zwykle, czyli niczym nie poruszony, Aisha siedziała zamyślona, a ja myślałem, jak go sprowadzić z powrotem. Na pewno wrócił do Hamel, więc szukać go nie trzeba. Problem tkwi jak przekonać go do dalszej współpracy. Siedząc w ciszy, usłyszeliśmy jak ktoś zmierza w naszym kierunku. Stukot obcas był co raz bardziej wyraźny. Odwróciliśmy się w stronę wejścia i w nich stanęła dziewczyna. Wysoka, ładna, z włosami częściowo spiętymi w kok, a reszta włosów swobodnie opadała. Miała na sobie zdecydowanie za krótką sukienkę, z odsłoniętymi ramionami. Długie, czarne rękawiczki, czarny kożuch wokół szyi i szerokie rękawy. Buty na obcasie, z czego lewa noga była prawie całkowicie zakryta przez wydłużenie buta, a prawa odsłonięta. Trzymała w prawej ręce włócznię.
- Hej kochani. - niemożliwe by to była Ara.
- Ara? - zapytała Rena.
- Bardzo was przepraszam, że was o niczym nie powiadomiłam. Nie sądziłam, że tak długo zajmie mi trening.
- Ważne, że już jesteś z nami. - odpowiedziała uradowana Rena i wprowadziła Arę do środka. Nie żeby coś, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zmieniła się nie do poznania. Nie napatrzałem się zbyt długo, bo Aisha za plecami uderzyła mnie różdżką.
- Za co do cholery?! - odwróciłem się do niej, a ona obrażona założyła ręce i prychnęła. Rena powoli wyjaśniła Arze, co się wczoraj wydarzyło.
- Smutne, że od nas odszedł. Może wróci.
- Może... - dorzuciłem i podparłem się ręką o stół.
- Wróci prędzej czy później. - odezwał sę Raven i spojrzałem na niego.
- A to ty tu jesteś? Nie wiedziałem.
- Elsword... - syknęła Aisha.
Jakiś czas później przyszedł do nas jeden z wojowników wiatru, który zamieszkuje wioskę Caluso. Powiedział nam, że Karis wykonała swój ruch. Od razu wszyscy ożyli. Wypytywaliśmy się o szczegóły. Podobno wybudziła Behemota z snu i zmierza wraz z nim na miasto. No pięknie. Ona chyba jest do wszystkiego zdolna. Prawdopodobnie w jego wnętrzu znajduje się Anudran. Powiedział nam również, że Karu czeka na nas by wyjaśnić plan działania.
Udaliśmy się za posłańcem do Karu. Tam, wyjaśniono nam plan działania. Dzięki pomocy statkom powietrznym, mamy powstrzymać Behemota, zająć się Karis i uratować Anudran. Zapowiada się ciekawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz