sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział XXIV Pojawienie się Masterminda; Ereda Island

Z strony MM

Po pomyślnie zakończonej misji udaliśmy się na spoczynek. Czemu pisze w liczbie mnogiej? Ponieważ nie podróżuje sam, tylko z moimi towarzyszami albo raczej ludźmi, którzy uważają mnie za swojego zbawcę. Cieszę się, że tak mnie postrzegają, jednak nie zasłużyłem sobie na ten tytuł.  Nim rozpocznę pisać o obecnych wydarzeniach powinienem wrócić do czasów, gdy wszystko się zaczęło i jak poznałam moich kompanów.


Pomimo wszystko pochodzę z szlacheckiej rodziny. Zajmujemy się głównie badaniami i eksperymentami, czyli jesteśmy naukowcami. 

Dwadzieścia lat temu moja rodzina prowadziła badania nad nazoidami. Nie tylko my się tym zajmowaliśmy. Chcieliśmy dowiedzieć się wszystkiego na ich temat. Pierwszej rodzinie, której udało się poznać sekret nazoidów należała do mojego przyjaciela - Adda. Gdy tylko informacja się rozpowszechniła, władcy naszego kraju postanowili się ich pozbyć. Powodem była zazdrość o wiedzę, która mogła im zagrozić. Podczas zabójstwa Add zaginął. Dodam również, iż byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Zawsze wygłupialiśmy się razem i przysparzaliśmy kłopoty dorosłym. Strasznie przeżyłem jego zaginięcie. Moja rodzina w tajemnicy prowadziła poszukiwana chłopaka, jednak nie udało się go odnaleźć. Postanowiłem wtedy całkowicie skupić się na nauce i pokazać, że wiedza jest najpotężniejszym wrogiem człowieka. 

Kilka lat po tych wydarzeniach zmarła moja matka i z ojcem przeprowadziliśmy się do Belder. Miałem dziesięć lat i właśnie wtedy poznałem mojego pierwszego współtowarzysza - Nydio. Był wojownikiem, który doznał poważnych obrażeń podczas walki. Nad życie własne cenił miasto i ich mieszkańców. Podczas ostatniej bitwy stracił lewę ramię i całe ciało miał pokiereszowane. Podczas badań wynikło, iż nie będzie mógł już walczyć. Nie chciał się z tym pogodzić i błagał lekarzy, by znaleźli jakiś sposób, by mógł ponownie wrócić na pole walki. Niestety odmówili mu i mężczyzna popadł w depresję. 
Dzięki wpływom ojca, udało mu się 'dorwać' Nydio i tym samym zyskał szansę na przeprowadzenie pierwszego eksperymentu z przyczepieniem zmechanizowanej ręki i zsynchronizowaniem jej z ciałem. Oczywiście zabieg się powiódł i Nydio mógł ponownie walczyć. Chciał się odwdzięczyć w jakiś sposób, więc papa przedstawił mu formę zapłaty - zostań towarzyszem mojego syna i wiernie mi służ. Mężczyzna się zgodził, jednak nie był do końca zdecydowany. Do dziś pamiętam, gdy go poznałem. Krótko cięte, czarne włosy, blizny na twarzy i ciele. Lewe ramię zmechanizowane, a w drugiej dzierżył swój miecz. Wysoki i dobrze zbudowany. W jego oczach skrywał się gniew, jak i opanowanie oraz wątpliwości co do mojej osoby. Wtedy jedyne co mogłem zrobić to to, czego nauczyła mnie moja matka - gdy poznasz nową osobę, powinieneś się z nią przywitać i uśmiechnąć od serca. Tak właśnie zrobiłem i potem Nydio się zmienił. Został dosłownie moim sługą, ochroniarzem, przyjacielem, doradcą - wszystko w jednej osobie. Chciał mnie chronić - mnie i moje życzliwe serce. Jednak przeczuwał, iż za powłoką życzliwej duszy kryje się coś jeszcze. Tak, moja druga strona, której nie lubię pokazywać.

Pięć lat później wraz z Nydio udaliśmy się w podróż. Wtedy, w Elder spotkałem wojownika o imieniu Kelenthi. Oczywiście nasze spotkanie nie było przypadkowe. Właśnie po niego i kilku innych ludzi wyruszyłem w wędrówkę.

Na świecie jest kilka podziałów wśród ludzi. Mnie nie interesowali książęta. księżniczki, szlachta i tym podobnych. Zależało mi na osobach z marginesu społecznego, tych, których zwą psychopatami. Właśnie takich ludzi szukałem. Potrzebowałem ich do swoich celów. 
Kelenthi był dużo starszy ode mnie. Podobnie jak Nydio był dobrze zbudowany, jak na wojownika przystało. Posługiwał się oburęcznym mieczem, jednak on bez problemu władał nim w jednej dłoni. Średniego wzrostu, o rudych, krótkich włosach i czerwonych oczach. Zwykle nosił na sobie imperialną zbroję. Na czym polegał problem z Kelenthim?
Podczas walk wpadał w szał i euforię. Świetnie się bawił na polu walki. Tak bardzo, że zabijał swoich towarzyszy. Za to został skazany na resztę życia w celi. Prywatnie jest spokojnym człowiekiem, który woli rozwiązywać problemy słowami, nie czynami. Zamknięcie go wstrząsnęło wszystkimi jak i jego samego. Nie chciał tak skończyć. Dlatego ja wkroczyłem na scenę. Poprosiłem o rozmowę z wojownikiem. Straż jednak wyśmiała mnie i tym samym nagrabili sobie u Nydio. Dopiero, gdy powtórzył moja prośbę pozwolili mi się spotkać z więźniem. Podziękowałem im i skierowałem się na spotkanie z moim nowym przyjacielem.
Był zaskoczony moją osobą. Początkowo nie mógł uwierzyć, że jakiś dzieciak do niego przyszedł. Opowiedziałem mu o jego przeszłości i zaproponowałem mu wspólne podróże i walki. Nie wiedział jaką podjąć decyzję. Nie umiał pojąć, że takie dzieci jak ja jeszcze się rodzą na tym świecie. Podobnie jak Nydio wyczuwał płynący ode mnie mrok, pomimo tego, że byłem życzliwy i przyjaźnie nastawiony. Wtedy powiedział, iż w moim spojrzeniu dostrzega pustkę i obojętność, i tym samym chce mnie lepiej poznać. Przystał na moją propozycję i tak było nas już trzech. Jeszcze brakuje dwóch ludzi.

Dwa lata później udaliśmy się do Peity. Przebywała tam czarodziejka, która zwie się Anemeka. Ostatnio zaczęły być z nią problemy i zabijała wszystkich na swojej drodze. Gardzi wszystkimi i chce się zemścić za to, co zrobili jej ludzie, jak i demony. Problem tkwił w tym, iż włada żywiołami, więc tym bardziej nie umieli jej powstrzymać.

Przybyliśmy do miasta i rozeznałem się w sytuacji. Ostatnio Anemeka opuściła Peite i zamieszkuje ruiny, które są kilka kilometrów dalej. Strażnicy, którzy udzielili mi informacji pytali, dlaczego o nią pytam. Ostrzegli, iż nie powinienem się do niej zbliżać. Nazwali głupcem, że tak młodo chcę umrzeć. Zapewniałem ich, że wiem co robię i nie muszą się o mnie martwić.
Wieczorem z Nydio i Kelenthim udaliśmy się do ruin. Podczas drogi pytali, dlaczego po nią idziemy. Nie miałem ochoty, ani czasu na tłumaczenie tego. W skrócie im odpowiedziałem na ich pytanie.
Gdy dotarliśmy na miejsce zostaliśmy czule przez nią przywitani. Czule, czyli zaatakowała nas swoją magią. Patrzyła na nas błędnym spojrzeniem i szyderczym uśmiechem. Jest z nią gorzej niż sądziłem, ale byłem też szczęśliwy. Przyglądałem się jej bacznie z spokojem i życzliwym uśmiechem. Moja postawa tylko bardziej ją irytowała. Starała się mnie sprowokować, jednak nie ustępowałem. Z śmiechem wykrzyczała, iż własnoręcznie mnie zabije. Magia coraz bardziej się wzmagała i nasilała się siła wiatru. Ciężko było zachować równowagę, a co dopiero walczyć, czy rozmawiać.

Anemeka wcześniej taka nie była. Dokładnie studiowałem jej przeszłość. Zwykła czarodziejka, która uczyła się panować nad żywiołami. Wrażliwa i uczuciowa. Posiadała szczęśliwą rodzinę, jednak zostali zabici na jej oczach. Ten obraz wyrył jej się w sercu i całkowicie zniszczył psychikę. Popadła w obłęd i winiła wszystkich innych za jej tragedię. Z czasem zagubiła się i została nieobliczalną morderczynią. 
Każdy normalny człowiek powie, iż jestem szaleńcem, że chce ją mieć po swojej stronie. Jednak ja wiem, czego ona najbardziej pragnie i pozwoli ją ujarzmić.
Skierowała się w moją stronę, a dookoła otaczał ją ogień. Śmiała się ciągle i powtarzała, że zabije mnie własnymi rękami. Obserwowałem uważnie jej postawę i spojrzenie. Gdy stanęła naprzeciwko mnie szykowała się do ataku. Zza plecami moi towarzysze kazali mi się wycofać i chcieli się tym zajmą. Na to nie mogłem pozwolić. Jeśli dojdzie do walki to już jej nie zdobędę.
- Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Czym zawiniłam? Moi rodzice byli dobrymi ludźmi, więc dlaczego?
Gdy wypowiedziałem te słowa, jej wyraz twarzy się zmienił. Stała w osłupieniu i magia traciła na sile. Z czasem jej ręka zaczęła się trząść.
- Kim ty... jesteś? - zapytała wściekle.
- Tym, który da ci to na czym ci najbardziej zależy.
Wpatrywała się we mnie z zdziwieniem. Ogień, który ją otaczał zniknął, a wiatr ustał. Z oczu spłynęły łzy i wyglądała jak zepsuta lalka. Wyciągnąłem do niej dłoń i czule na nią spojrzałem. Ona sama musiała wyczuć, iż różnię się reszty, że nie gardzę nią i nie chce skrzywdzić.
- Chodź do mnie.
Na te słowa chwyciła za moją dłoń, a ja ją przytuliłem do siebie. Wtuliła się i rozpłakała. Pogłaskałem ją po głowie i wyszeptałem, iż od dziś jej serce i moc należą do mnie. Nie miała nic przeciwko. Osoba, która straciła wszystko, a teraz dostaje okazję by ponownie dostać to, co odebrano, nie sprzeciwi się i wypełni wszystkie moje rozkazy. Jest też kobietą, więc tym bardziej mi ulegnie.

Skąd wiedziałem, że się tak zachowa? Lata nauki o człowieku w końcu procentuje. Nie uczyłem się tylko o nazoidach i technologii. Skoro mam dostęp do książek na każdy temat, to dlaczego by z nich nie skorzystać? Człowiek jak bardzo kruchą istotą.


Po tych wydarzeniach wróciliśmy do Peity. Mieszkańcy nadal się jej obawiali i z pogardą na nią spoglądali. Prosiłem ją, by to zignorowała. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. Zwykła, nieśmiała i zagubiona dziewczyna. 

Kilka miesięcy zajęło nam, by nie popadała w szał podczas walki. Jednak najbardziej cieszyłem się z tego, iż dobrze się dogadywaliśmy. Z czasem dostrzegłem, iż ma słabość do mojej osoby i cieszy się za każdym razem, gdy trzymam ją w swoich ramionach. Teraz brakuje tylko jednej osoby - Innoke.  Z nim będą kłopoty.

Minął rok od wydarzeń z Anemeką. Skierowaliśmy się do Hamel, by tam ujarzmić bestię. Martwię się, że nawet ja nie dam rady ogarnąć tego psychopatę. Kto normalny znęca się nad ciałami swoich towarzyszy i kąpie się w krwi wrogów? 

Z Innoke zawsze były kłopoty. Zarówno w domu jak i w szkole. Nie słuchał się i robił co mu się żywnie podobało. Od małego znęcał się nad zwierzętami, a z czasem nad ludźmi. Aż dziw, że go przyjęli do armii hamelowskiej. Pomimo jego charakteru i sposobu bycia był niezawodnym strzelcem. Szybko dokonywał analizy sytuacji i opracowywał strategię. Zawsze dziwnie się zachowywał podczas walk. Gdy komuś złamał rękę, czy nogę to wybuchał śmiechem i znęcał się nad tą osobą  na różne sposoby. Ostatnio władze Hamel nie wytrzymały i zamknęli go w izolatce.
Gdy powiedziałem swoim towarzyszom, ze po niego idziemy to mieli spore wątpliwości. Uspokoiłem ich i zapewniłem, iż przekonam go na nasza stronę i wtedy będziemy mogli zacząć działać.
Dzięki prośbie ojca udało mu się wywalczyć spotkanie z nim i wypuszczenie jeśli będzie dobrze się sprawował. Mam nadzieję, że nie będę musiał się do tego uciec...
Wpuścili mnie do pomieszczenia w którym znajdował się Innoke. Siedział rozwalony na łóżku. Spojrzał na mnie z wstrętem i zapytał po co do niego przylazłem.
- Porozmawiać i wyciągnąć cię stąd na pewnych warunkach. - Moja postawa była taka sama jak zwykle, przynajmniej na razie. Artylerzysta spojrzał krzywo i wybuchł śmiechem.
- Wyciągnąć? Mnie? Ha ha ha. To mnie rozbawiłeś. - Wstał i podszedł do mnie z głupkowatym uśmieszkiem. - Ktoś ty tak w ogóle?
- Aldeger.
- Hooo, to ty ujarzmiłeś bestię Peity. Ha ha - odwrócił się i zaczął spacerować po pomieszczeniu. - Słyszałem o tobie wiele rzeczy. Jak również o Kelenthio. Masz dziwny gust wiesz, wha ha ha.
- Potrzebuje konkretnych ludzi, a nie żałosnych śmieci. Zapewne wiesz o co mi chodzi.
Ponownie się głośno zaśmiał i spojrzał na mnie.
- Wiem, doskonale wiem. - Zapadła chwila ciszy. Innoke usiadł i rozglądał po wnętrzu. Wygląda na to, że się uspokoił na chwilę. - To przyszedłeś mnie stąd zabrać, ta?
- Dokładnie tak.
Założył nogę na nogę i nad czymś myślał.
- Do czego ci dokładniej jestem potrzebny, lalusiu?
Nie mogłem się powstrzymać od zaśmiania się. Jest pierwszą osobą, która mnie tak nazwała. Rany, rany. Nie sądziłem, że ktoś tak mnie rozbawi.
- Do odwalania brudnej roboty. Wiesz, nie lubię sobie brudzić rąk w sensie dosłownym i metaforycznym.
Spoglądał na mnie z zaciekawieniem i uśmiechem.
- Czyli będę mógł walczyć i czerpać z tego radość?
- Oczywiście. Wszystko będzie dozwolone w pewnych granicach.
- Zgoda! - wykrzyknął i wstał. Podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu. - Jeśli dasz mi możliwość walki i wpatrywania się w trupy to ci pomogę.
Och, poszło szybciej niż sądziłem. Odetchnąłem z ulgą. Nim wyszliśmy przedstawiłem mu warunki, do których ma się stosować. Wszystko zaakceptował i skierowaliśmy się do wyjścia. Strażnicy krzywo na nas patrzyli, a Innoke jeszcze im dogadywał.
Na zewnątrz spotkaliśmy się z pozostałymi. Wbrew wszystkiemu szybko znaleźli wspólny język. Tym sposobem mam ludzi, na których mi zależało. Czas wprowadzić moje plany w życie.

Pomimo skompletowania ekipy to ich praca zespołowa leżała i kwiczała. Nie wspominając o charakterze Innokiego. Znalazł sobie hobby, którym było dokuczaniem Anemece. Ona sama też nie ustępowała i wiecznie się kłócili o wszystko. Artylerzysta z czasem zauważył, iż jestem ważny dla tej dziewczyny, więc gdy poruszał ten temat było bardzo ciekawie. Ostatnio zniszczyli karczmę w Elder oraz spalili połowę lasu. Obrywało mi się od Nydio, że nie umiem ich kontrolować i powinienem się za nich wziąć.
- Ale Nydio, ja nie jestem dobry w takich sprawach - zacząłem nieśmiało i wymusiłem, by łzy spłynęły po policzku. Spojrzałem na niego błagalnie. - Mógłbyś coś nimi zrobić, byśmy nie mieli kłopotów?
- Zapomnij! Naucz się odpowiedzialności! - krzyknął i patrzył swoim przeszywającym wzrokiem.
- Ale ja tak ładnie proszę... - zacząłem udawać niewinne dziecko.
Wtedy Kelenthi uderzył Nydio w plecy i się zaśmiał.
- Jesteśmy tu najstarsi, więc zajmijmy się tymi dzieciakami. Nie zaszkodzi nam odrobina zabawy. - Kelenthi uśmiechnął się, a Nydio niechętnie się zgodził.
- Dzię - ku - je! - odparłem i się zaśmiałem.
Po chwili poszli po tamtych, a ja rozbawiony spoglądałem przed siebie. Odrobina luzu nie zaszkodzi, jednak wkrótce przestanie być tak wesoło. Powiadomiłem ojca, że osiągnąłem jeden z swoich celów i wkrótce wrócę do Belder.


Po kilku tygodniach dotarliśmy do miasta. Bez chwili zwłoki udaliśmy się do mojego domu. Wewnątrz niego kazałem reszcie się zadomowić a sam udałem się do laboratorium ojca. Miałem przeczucie, że tam będzie i nie myliłem się. Jak zwykle był zapracowany, ale znalazł chwilę by ze mną porozmawiać. Opowiedziałem mu pokrótce co się wydarzyło. Nie pytał o żadne szczegóły i to w nim lubiłem najbardziej. Na koniec rozmowy poprosiłem go, by poszukał dla mnie kompletów zbroi: Dark Shadow na czarodziejki, Imperial dla rycerzy, Dragon Knight ver. blue na artylerzystów, Oficera dla wojowników z zmechanizowanymi częściami ciała oraz coś, co by mi pasowało. Zanotował wszystko i oznajmił, że jak coś będzie wiedzieć to da mi znać. Podziękowałem mu i wróciłem do reszty.

Aż dziw, że niczego nie zdemolowali. Zbliżał się powoli wieczór. Współtowarzysze udali się do pokoi, które im wcześniej pokazałem, a sam skierowałem się do swoich czterech ścian. Pierwsze co zrobiłem to otworzyłem szafę i szukałem ubrań, które by mi teraz pasowały. Do czasu póki papa nic mi nie znajdzie muszę w czymś łazić i nie wyglądać jak sierota. Po jakimś czasie zdecydowałem się co założę. Biały płaszcz z kapturem, w tym samym kolorze koszula, spodnie, buty i rękawiczki oraz fioletowa kamizelka. Przez jakiś czas będę się tak prezentować, jednak mam nadzieję, że z czasem otrzymam konkretną zbroję.
Przez kilka kolejnych dni pomagaliśmy Vanessie z rabusiami czy też demonami, które nie wiedziały gdzie się podziać. W wolnym czasie trenowaliśmy i spacerowaliśmy po mieście. Nasze błogie życie nie trwało długo. Ojciec oznajmił nam, że wyprowadzamy się do Hamel i tam będziemy mieszkać. Jakoś nie widziało mi się życie w tamtym mieście ze wzgląd na Innokiego. Myślałem, że będą trudności z tym związane, ale artylerzysta miał gdzieś swój były dom. Na koniec papa dodał, że to właśnie ludzie z Hamel przygotowali dla nas ekwipunek do przyszłych walk. Czyli koniec końców nie zabawimy tam długo i udamy się w podróż.

Jakiś czas później zadomowiliśmy się w mieście. Długo tam nie zostaliśmy. Zabraliśmy wszystko co potrzebne do wyruszenia w dalszą drogę i pożegnaliśmy się. Tak jak chciałem towarzysze otrzymali zbroję, a sam dostałem Dragon Knighta. Nie spodziewałem się tego, ale jak już jest to niech będzie. Papa zapewnił mnie, że jak na rynku pojawi się coś lepszego to mi podeśle. I tak w końcu wyruszyliśmy w drogę.

W wolnej chwili wytłumaczyłem moim ludziom, jaki jest nasz cel. Najpierw wyrobienie opinii, zyskanie większych wpływów, dostęp do wszelakich informacji, poszukiwanie mojego przyjaciela i na samym końcu stworzenie miejsca, w którym będę mógł przeprowadzać wszystkie eksperymenty legalnie w tym te na ludziach.
Różne misje i przygody nam się trafiały. Dzięki nim mogliśmy się lepiej rozumieć podczas walk i nie przeszkadzać sobie nawzajem. Wiele się wydarzyło i z czasem zmieniły się nasze stosunki do siebie. Nie byliśmy już dla siebie obcy tylko byliśmy mała grupką zaufanych ludzi. Byłem spokojniejszy gdy już wszyscy się zaklimatyzowali i przestali mieć wątpliwości względem siebie. Podczas walk nie brałem czynnego udziału, bo nie chciałem by przez przypadek moja druga strona się pokazała. To byłoby żenujące gdyby się dowiedzieli, że jestem taki sam jak oni. Przez moje nastawieni do walk obrywało mi się od innych, że nie umiem walczyć. Robiłem zwykle za wsparcie albo wykończenie celu. Podczas tego czasu ciągle doskonaliłem swoje Drony oraz Apokalipsę. Nie lubię brudzić sobie rąk, więc moje narzędzia do walk dystansowych muszą być perfekcyjne.
Kilka lat później doszło do czegoś czego nie planowałem. W sumie mogłem to przewidzieć, ale i tak byłem zaskoczony. Zawsze starłem się robić wrażenie osoby wychowanej i tolerancyjnej, jednak im częściej słodziłem Anemece tym było gorzej. Koniec końców zakochała się we mnie i musiałem jakoś to odwzajemnić by ją nie zranić lub co gorsza, by nie odeszła. Nie planowałem tego, a sobie dziewczynę znalazłem. Lepiej żeby jej kiedyś nie odbiło i nie chciała... Ech, wole o tym nie myśleć.
Z czasem udało nam się osiągnąć wyznaczone cele. Wiedziałem już gdzie znajduje się Add i co porabia oraz natrafiłem się na ciekawe informację. Podobno jeden z nazoidów modelu Apple i Proto jest w starożytnym grobowcu nazoidów. Ta wersja posiada kod Battle Seraph i jest niezwykle rzadki. Add pewnie już szuka wskazówek na jej temat. Nie będę mu przeszkadzać. Z czasem się spotkamy i mam nadzieję, że zaskoczy mnie swoim wynalazkiem i odkryciem. Co jakiś czas odwiedzaliśmy Hameli mojego ojca. Jego wynalazki i badania dały mu jeszcze większą chwałę i popularność. Udało mu się sprzymierzyć z kilkoma wpływowymi miastami, dzięki czemu ma dostęp do wszystkiego, w tym także ja. Nasza grupka została nazwana zabójcami na zlecenie. Byliśmy w stanie wykonać każde zlecenie, misję za niewielką opłatę. Przy okazji podczas ostatnich odwiedzin ojca dostałem w prezencie komplet zbroi Devila. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem. W nowym wizerunku udaliśmy się do Peity posprzątać niedobitki demonów by potem... wyruszyć na wojnę.

środa, 25 czerwca 2014

Wpis8 Oczami Adda

Jakiś czas później wróciłem do pałacu. Gdy przechodziłem przez korytarz Rena zapytała mnie, czy nie wiem czasem, co się stało Arze. Zgrywałem głupka i udawałem, że nic nie wiem.
- Martwię się o nią. Wyglądała strasznie - odparła z niepokojem elfka.
- A co mnie to obchodzi?
- Jesteście przyjaciółmi, prawda? To pomyślałam, że możesz coś wiedzieć... - odparła i po chwili zamilkła.
Minąłem ją bez słowa i wszedłem do swojego pokoju. Przez jakiś czas będę mieć spokój. Wątpię, że Ara powie innym, co tak naprawdę się wydarzyło, biorąc pod uwagę jej uczucia. Tak łatwo zostać zniewolonym.

Wieczorem zostałem zmuszony do zjedzenia wspólnej kolacji. Jeśli o mnie chodzi to wole jeść na mieście lub w pokoju, ewentualnie laboratorium. Tym razem przy stole panowała cisza. Z czasem wyczułem na sobie wzrok tego wojownika. Kątem oka spojrzałem na niego, a on nadal obserwował mnie swoim gniewnym spojrzeniem.
- Ciekawe co z Arą... - zaczęła Rena.
- To przez niego i dobrze o tym wiesz - syknął z pogardą czerwonowłosy.

- Elsword! - Aisha wrzasnęła i energicznie wstała z krzesła. - Zachowaj swoje zbędne uwagi dla siebie!
Wojownik nic sobie z tego nie robił i nadal trzymał swoją wrogą postawę w stosunku do mnie. Nie przejmowałem się tym, bo takie kurduple zawsze najwięcej szczekają. Gdy ja kończyłem jeść, on dalej z dziewczynami się kłócił. Nie zwracałem na nich uwagi. Odszedłem od stołu i skierowałem się do wyjścia.
- Nie masz nic do powiedzenia, Add? - zapytał z wściekłością.
Zatrzymałem się na chwilę i spojrzałem w jego stronę.
- Z takimi gówniarzami nie mam ochoty rozmawiać.
Machnąłem ręką i wyszedłem. Gdy wychodziłem usłyszałem szuranie krzesłem i szybkie kroki w kierunku wyjścia. Zakładam, że to młody nie wytrzymał i poderwał się do działań. Ledwo doszedłem do centrum dziedzińca pałacu, a wojownik zamachnął się na mnie mieczem. Odskoczyłem w bok i odwróciłem się do niego. W gorącej wodzie kąpany on czy co? Nieważne. Czas dać mu lekcję. Właściwie, to od tamtej walki nie było okazji ponownie skrzyżować broni. Zobaczymy, jak bardzo zmieniła się nasza różnica w sile.
- Coś jej zrobił? - zapytał i przyjął postawę do walki.
Zaśmiałem się i z wyższością na niego spojrzałem.
- Chciałbyś wiedzieć, co?
Jego wzrok był... fascynujący. Dawno nikt nie spoglądał na mnie z taką nienawiścią. Niesamowite uczucie...

Zaraz po aktywacji Dynamo Point Systemu wojownik przeszedł do ofensywy. Zaatakował z wyskoku swoim mieczem. Wyciągnąłem przed siebie rękę i złapałem ostrze w dłoń. Oczywiście nie obyło się bez okaleczenia. Stróżka krwi spłynęła po nadgarstku. Elsword był zdezorientowany, wykorzystałem to i mocniej złapałem za ostrze. Odrzuciłem miecz wraz z jego właścicielem w bok i przeszedłem do kontrataku. Chłopak nie zdołał złapać równowagi i tym samym nie był w stanie zablokować mojego ataku. Zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem go w brzuch na tyle mocno, że zgiął się w połowę wypluwając przy tym krew. Dawno nie walczyłem przeciwko człowiekowi. Widok krwi dodawał mi więcej satysfakcji z walki.
Nie zamierzam mu dawać żadnych taryf ulgowych. Gdy tylko wojownik złapał się wolną ręką za brzuch, ponownie go zaatakowałem z pięści, a następnie z tradycyjnego buta. Podczas kopnięcia usłyszałem pęknięcie i chwile potem krzyk. Chyba biedakowi rękę złamałem. Jaka szkoda. Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. I pomyśleć, że to on dowodzi tą zgrają. Elsword skulony leżał na ziemi i wrzeszczał wniebogłosy. Miałem tego dość. Podszedłem do niego i złapałem za włosy. Chwilę wpatrywałem się w jego żałosny wyraz twarzy, by zaraz potem uderzyć jego głową o betonowe kafelki. Właśnie w tym momencie usłyszałem krzyk Aishy i Reny. Czarodziejka zaczęła prosić i błagać bym go zostawił. Nie, jeszcze nie teraz. To nie jest to co chciałem. On nie walczy na poważnie. Dokładnie pamiętam, że wtedy emanowała od niego ciemna aura, a teraz jej nie ma.
Poczekałem jeszcze chwilę. Chłopak dalej leżał i nie dawał oznak życia. Chyba zbytnio się pośpieszyłem albo nie chce walczyć na poważnie. Szkoda, a tak się napaliłem. Wstałem i skierowałem się w stronę schodów prowadzących do naszych pokoi.

Następnego dnia poszedłem wykonywać dzienne misję. Tym razem bez towarzystwa Ary. Podczas poruszania się po pałacu, każdy z jego mieszkańców trzymał się z dala ode mnie. Nawet wygadana Aisha nie była w stanie mi nic powiedzieć. Jedyna osoba, która podjęła się próby nawiązania ze mną kontaktu był Raven. Zwykle nie miesza się w sprawy innych i zachowuje się jak bierny obserwator. Długo nie rozmawialiśmy. Poinformował mnie tylko, że Elsword leży w szpitalu z złamaną ręką, żebrami i szczęką oraz że wczorajszą walką straciłem zaufanie wśród reszty. Smutne, naprawdę bardzo smutne. Chyba się rozpłaczę.
- Nic do ciebie nie mam Add, ale jeśli ponownie skrzywdzisz kogoś z nas to nie będę stać z założonym rękami.
- Mało mnie to obchodzi. Poza tym naprawdę myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? - zapytałem go z pewnością siebie.
- Nie nie doceniaj swoich towarzyszy - odparł spokojnie i położył rękę na moim ramieniu, po czym odszedł.
Lepiej żeby Vanessa się o tym nie dowiedziała, bo będą kłopoty.

Kolejny dzień był tym na który wszyscy czekali. Dzień zakochanych, aż mdli od samej nazwy. Ledwo wyszedłem na miasto i miałem ochotę wrócić. Rzygać się chce od tego wszystkiego. Nawet misje były jakimś utrapieniem. Co chwile jakieś niepotrzebne gesty i czułe słówka. W pewnym momencie nie wytrzymałem i spojrzałem z wściekłością na parkę zakochanych. Wystarczyło tylko ich upomnieć, by ruszyli swoje zady i zajęli się misją, a nie sobą nawzajem. Oczywiście chwilę potem za plecami słyszałem zbędne uwagi odnośnie mojej osoby.
Pomimo tego, że tak bardzo mnie to irytowało, to jednak bolało mnie, że... nigdy nie dowiem się jak to jest. Odrzuciłem Arę, a myślę, że tylko ona byłaby w stanie mi pokazać jak to jest. Spoglądając na tych wszystkich ludzi, pierwszy raz... byłem zazdrosny. Nie potrafię tego pojąć, po prostu jest to zbyt skomplikowane i myślę, że nie po to się narodziłem.

Gdy wróciłem do pałacu udałem się do laboratorium. Muszę się czymś zająć. Zdecydowałem wprowadzić niewielkie zmiany w Dynamo i systemie. Nie zwróciłem uwagi, że minęło kilka godzin. Dopiero, gdy Aisha przyszła i zapytała, ile zamierzam tu siedzieć, zorientowałem się, że już słońce zachodzi. Jeszcze jej mi tu brakowało, ale fakt faktem straciłem poczucie czasu.
- Po coś przylazła? - odparłem i powoli zamykałem system.
- W takie dni nie siedzi się samemu. Poza tym... dostałeś kilka listów, które leżą w twoim pokoju - odparła i założyła ręce.
Listy? Od kogo niby? Jakoś wierzyć mi się nie chce. Zresztą... co ona tu robi po tym, jak potraktowałem jej chłopaka?
- Zamiast sterczeć tu jak kołek, idź dotrzymać towarzystwa Elswordowi - wstałem i wyszedłem z pokoju mijając ją. Ona zaraz za mną wyszła i kierowaliśmy się do pałacu.
- Ammo ma się dobrze. Wypisali go ze szpitala.
Spojrzałem na nią pytająco, a ona pewnie się uśmiechnęła.
- Wystarczyło odrobinę magii i po wszystkim.
- Ach, tak...
Nie, to już przechodzi ludzkie pojęcie. Jak można rozmawiać z kimś, kto o mało nie zabił jej bliskiej osoby?

Skierowaliśmy się do swoich pokoi. Na górze, pod drzwiami mojego apartamentu stał Elsword. Gdy nas zobaczył podszedł do nas. Zmierzyłem go z góry na dół. Faktycznie, nie było śladu po walce. Wyciągnął do mnie rękę i od niechcenia wydusił z siebie przepraszam. Przeprasza? Za co niby? Dodał również, iż lepiej jeśli pozostaniemy w neutralnych stosunkach aniżeli wrogami, skoro mamy wspólnie działać. Przystałem na to, bo innego wyjścia nie miałem. Zaraz potem z Aishą odeszli, a ja wykończonym dzisiejszym dniem wszedłem do pokoju. Niektóre postawy naprawdę mnie zadziwiają.
Chwilę później zauważyłem na stoliku kilka listów. Jednak Zekira nie kłamała. Podszedłem i otworzyłem je. Jeden z nich należał do Vanessy. W sumie mogłem to przewidzieć... Kolejne dwa były od nazoidek i Ary. To jest jakieś zboczenie. Nazoidki jeszcze ujdą, bo się przyjaźnimy... chyba..., ale, że Ara? Po tym wszystkim... Nie mówcie mi, że ona dalej chce się produkować przy mnie... Byłem zmieszany całą tą sytuacją. Pierwszy raz miałem problemy z swoimi uczuciami. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić... Będę musiał to przemyśleć i podjąć decyzję.


                                                           W tym samym czasie                                   
Peita

Ciemny las odgradzał miasto od demonów. Wewnątrz lasu znajdowało się kilka osób, które miały za zadanie pozbyć się zagrożenia, w postaci demonów. Na jednym z pniu siedział młody chłopak, przyodziany w czarną, niczym mrok zbroję. Przed sobą miał kilka otwartych monitorów na których szybko klikał przyciski. Kawałek dalej, za drzewem stał wojownik, z dużym imperialnym mieczem. Obok niego, z przygotowanymi pistoletami siedział artylerzysta w czarnej zbroi i niebiesko-czarnym płaszczu. Chwilę później rozległ się szmer z oddali.
- Do wszystkich. Za dziesięć sekund pojawi się nasz cel.
- Zrozumiałem.
- Przyjąłem.
Chłopak, co siedział na pniu uśmiechnął się i spoglądał przed siebie. Tak jak mówił, za dziesięć sekund pojawił się ich cel - demon średnich rozmiarów, który za wszelką cenę chciał uciec. Wtedy zza drzewa wyskoczył wojownik z swoim mieczem i zamachnął się na przeciwnika. Potwór wykonał unik i wtedy znalazł się na celowniku artylerzysty, który z psychopatycznym uśmiechem i spojrzeniem celował w jego stronę. Rozległo się kilka strzałów. Postrzelony demon chciał uciec, jednak na jego drodze stanął 'mózg' całej operacji, a za nim rosły mężczyzna z zmodyfikowanym lewym ramieniem. Chłopak w czarnej zbroi uśmiechnął się przyjaźnie.
- Na tym koniec twojej podroży, demonie.
Pstryknął palcami i mężczyzna za nim ruszył na przeciwnika, rozdzierając go na strzępy swoją zmechanizowaną dłonią. Chwilę potem rozległy się oklaski od przywódcy.
- Dobra robota - oznajmił i przeciągnął się.
- Nudy. Mogliście mi coś zostawić, a nie... - Znad przeciwka kierowała się do chłopaków dziewczyna w szarej zbroi, z odcieniami pomarańczu.
- Miałaś robić tylko za wabika. I tak nie sądziłem, że ci się uda, ha ha - zaśmiał się ironicznie artylerzysta. Dziewczyna krzywo na niego spojrzała.
- Nie pozwalaj sobie Innoke, bo przestaniesz się tak głupkowato uśmiechać.
- W takim razie dajesz, Anemeka! Pokaż mi swoją złość! Ha ha ha!
- Nie prowokuj jej, bo wole patrzeć na jej spokojny wyraz twarzy - odparł z naturalnym spokojem i przyjaznym tonem chłopak w czarnej zbroi. Innoke spojrzał na niego i zawiedziony usiadł na swoim dziale, natomiast Anemeka swoją naburmuszoną minę skierowała w stronę lidera.
- Aldeger, czas wracać. Później poromansujesz z czarodziejką - odrzekł mężczyzna z nazo ramieniem. Aldeger się zaśmiał i machnął ręką.
- Daj spokój, Nydio. Powtarzałem ci, że się przyjaźnimy.
Chłopak skierował się do miasta, a za nim cała jego ekipa.

środa, 18 czerwca 2014

Wpis7 Oczami Adda

Ara coraz bardziej mnie irytowała. Wcześniej znosiłem jej zachowanie, ale teraz już naprawdę działa mi na nerwy.
Zaczęło się od powrotu do Sander. Dzienne misje to zwyczaj i norma, jednak za każdym razem towarzyszyło w nich coś dziwnego. Ara zawsze próbowała nawiązać jakikolwiek kontakt ze mną. Nawet wtedy, gdy jestem zajęty pozbywaniem się tych śmiesznych przeciwników. Zazwyczaj przytakiwałem na wszystko byleby mieć święty spokój, jednak pewnego dnia wręcz nawrzeszczała na mnie, czemu tak się zachowuje względem niej. Na szczęście wydłużenie swojej wypowiedzi o parę słów wystarczyło, by się uspokoiła. 
Chodząc po mieście była zawsze blisko mnie i czasem trzymała za ramię, jakby się bała, że ją zostawię czy coś. Jak wyżej pisałem, do pewnego momentu nie przeszkadzało mi to, ale teraz jest to strasznie denerwujące. Najbardziej dziwi mnie jej reakcja, gdy ktoś sugeruje, że jesteśmy parą. 

Właśnie, parą. Psychopata wypuszczony na świat i zwykła dziewczyna, która straciła wszystko, a jej brat jest naszym przeciwnikiem. Rzecz jasna, Ara za każdym razem na takie typu uwagi reagowała bardzo gwałtownie. Wrażliwa? Chyba tak się nazywa takich ludzi. Podobno takich ludzi łatwo idzie złamać i zniechęcić do siebie. Może czas to sprawdzić, bo po podsumowaniu tego wszystkiego wychodzi, że jednak jej zależy na czymś więcej niż przyjaźń. 

Zastanawiam się tylko, dlaczego ona tego chce. Sama dobrze wie jaki jestem, a pomimo to... Ktoś taki jak ja nigdy nie zrozumie tego uczucia. Jest za późno dla mnie w tej kwestii.

Było koło południa. Nim wróciliśmy do pałacu, Ara chciała kupić coś z sklepu. Nie miałem nic przeciwko. Kilka minut dłużej. Weszliśmy do sklepu z akcesoriami i innymi dodatkami. Dziewczyna chciała kupić kilka spinek i innych pierdołek. Gdy już je kupiła skierowaliśmy się do wyjścia. Wtedy pomyślałem, że to będzie dobra okazja by uświadomić jej kilka rzeczy. Wole zrobić to bez obecności jej przyjaciół. Zapytałem ją, czy chciałaby jeszcze pospacerować po mieście. Była lekko zdziwiona, w sumie nie ma co się dziwić. Po chwili namysłu z uśmiechem odparła, że nie ma nic przeciwko. Ara, czy dalej będziesz się do mnie tak uśmiechać po tym co ci dzisiaj zrobię?
Przeliśmy przez rynek, centrum, park i znaleźliśmy się na obrzeżach miasta. Żeby jakiś debil co to czyta nie pomyślał, że na jakimś zadupiu. Nie, obrzeża miasta w większości są zaopatrzone w gamę różnych roślinności, co w połączeniu daje niesamowity krajobraz.
Zatrzymaliśmy się na chwilę. Kątem oka spojrzałem na nią. Widać, że była szczęśliwa, jednak ja...
- Ara, wiesz czemu cię tu przyprowadziłem?
- Zgaduję, że chcesz mi coś powiedzieć - odparła i spojrzała w moją stronę.
- Dokładnie tak... - skierowałem wzrok przed siebie i dodałem: - Naprawdę myślałaś, że nie zauważę, co chcesz osiągnąć?
- O co ci chodzi? - Jej głos lekko drżał, nawet nie musiałem na nią patrzeć by wyczuć, że jest zdenerwowana.
- Nie udawaj głupiej chyba, że taka jesteś. Chociaż możliwe, że jest w tym ziarenko prawdy - zaśmiałem się i spojrzałem na nią. - Naprawdę myślałaś, że zainteresuję się taką wieśniacką dziewuchą jak ty? Sądziłaś, że uda ci się do mnie dotrzeć przez zbliżenie się do mnie? Jesteś idiotką, czy co? Ha ha, ale wiesz przynajmniej dobrze się bawiłem przez ten czas i dając ci złudne... marzenia.
Jej reakcja była jednoznaczna - zdziwienie i strach. Tak, strach jest największym wrogiem człowieka, gdy wie, że jest w niebezpieczeństwie i to co ukrywał wyszło na jaw. Tak, Ara, przekonasz się jak to jest w żyć w strachu przed osobą mojego pokroju. Nie trzeba było długo czekać, aż w końcu rozpłakała się.
- Więc ty... przez ten cały czas... - Ledwo słowa umiała z siebie wydusić. Żałosne, ale na tym nie zaprzestanę.
- Dokładnie tak moja droga. Bawiłem się tobą i tymi twoimi nędznymi uczuciami, ha ha. Ludzie, którzy je posiadają są tacy słabi, a ty jesteś tego idealnym przykładem. - Rozbawiony całą sytuacją przyglądałem się jej z wrednym uśmieszkiem, którego nie potrafiła znieść i próbowała uciec stąd. Tak, w końcu odsunęła się ode mnie i uciekła z płaczem i przerażeniem. Zaśmiałem się tylko i krzyknąłem do niej, że już ode mnie nigdy nie ucieknie.

Tak właśnie jest z ludźmi, którzy są wrażliwi. Wystarczy zranić ich delikatne uczucia i popadają w rozpacz. Przez jakiś czas będę musiał podtrzymać jej strach względem mnie. Potem już będzie z płatka.