środa, 25 czerwca 2014

Wpis8 Oczami Adda

Jakiś czas później wróciłem do pałacu. Gdy przechodziłem przez korytarz Rena zapytała mnie, czy nie wiem czasem, co się stało Arze. Zgrywałem głupka i udawałem, że nic nie wiem.
- Martwię się o nią. Wyglądała strasznie - odparła z niepokojem elfka.
- A co mnie to obchodzi?
- Jesteście przyjaciółmi, prawda? To pomyślałam, że możesz coś wiedzieć... - odparła i po chwili zamilkła.
Minąłem ją bez słowa i wszedłem do swojego pokoju. Przez jakiś czas będę mieć spokój. Wątpię, że Ara powie innym, co tak naprawdę się wydarzyło, biorąc pod uwagę jej uczucia. Tak łatwo zostać zniewolonym.

Wieczorem zostałem zmuszony do zjedzenia wspólnej kolacji. Jeśli o mnie chodzi to wole jeść na mieście lub w pokoju, ewentualnie laboratorium. Tym razem przy stole panowała cisza. Z czasem wyczułem na sobie wzrok tego wojownika. Kątem oka spojrzałem na niego, a on nadal obserwował mnie swoim gniewnym spojrzeniem.
- Ciekawe co z Arą... - zaczęła Rena.
- To przez niego i dobrze o tym wiesz - syknął z pogardą czerwonowłosy.

- Elsword! - Aisha wrzasnęła i energicznie wstała z krzesła. - Zachowaj swoje zbędne uwagi dla siebie!
Wojownik nic sobie z tego nie robił i nadal trzymał swoją wrogą postawę w stosunku do mnie. Nie przejmowałem się tym, bo takie kurduple zawsze najwięcej szczekają. Gdy ja kończyłem jeść, on dalej z dziewczynami się kłócił. Nie zwracałem na nich uwagi. Odszedłem od stołu i skierowałem się do wyjścia.
- Nie masz nic do powiedzenia, Add? - zapytał z wściekłością.
Zatrzymałem się na chwilę i spojrzałem w jego stronę.
- Z takimi gówniarzami nie mam ochoty rozmawiać.
Machnąłem ręką i wyszedłem. Gdy wychodziłem usłyszałem szuranie krzesłem i szybkie kroki w kierunku wyjścia. Zakładam, że to młody nie wytrzymał i poderwał się do działań. Ledwo doszedłem do centrum dziedzińca pałacu, a wojownik zamachnął się na mnie mieczem. Odskoczyłem w bok i odwróciłem się do niego. W gorącej wodzie kąpany on czy co? Nieważne. Czas dać mu lekcję. Właściwie, to od tamtej walki nie było okazji ponownie skrzyżować broni. Zobaczymy, jak bardzo zmieniła się nasza różnica w sile.
- Coś jej zrobił? - zapytał i przyjął postawę do walki.
Zaśmiałem się i z wyższością na niego spojrzałem.
- Chciałbyś wiedzieć, co?
Jego wzrok był... fascynujący. Dawno nikt nie spoglądał na mnie z taką nienawiścią. Niesamowite uczucie...

Zaraz po aktywacji Dynamo Point Systemu wojownik przeszedł do ofensywy. Zaatakował z wyskoku swoim mieczem. Wyciągnąłem przed siebie rękę i złapałem ostrze w dłoń. Oczywiście nie obyło się bez okaleczenia. Stróżka krwi spłynęła po nadgarstku. Elsword był zdezorientowany, wykorzystałem to i mocniej złapałem za ostrze. Odrzuciłem miecz wraz z jego właścicielem w bok i przeszedłem do kontrataku. Chłopak nie zdołał złapać równowagi i tym samym nie był w stanie zablokować mojego ataku. Zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem go w brzuch na tyle mocno, że zgiął się w połowę wypluwając przy tym krew. Dawno nie walczyłem przeciwko człowiekowi. Widok krwi dodawał mi więcej satysfakcji z walki.
Nie zamierzam mu dawać żadnych taryf ulgowych. Gdy tylko wojownik złapał się wolną ręką za brzuch, ponownie go zaatakowałem z pięści, a następnie z tradycyjnego buta. Podczas kopnięcia usłyszałem pęknięcie i chwile potem krzyk. Chyba biedakowi rękę złamałem. Jaka szkoda. Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. I pomyśleć, że to on dowodzi tą zgrają. Elsword skulony leżał na ziemi i wrzeszczał wniebogłosy. Miałem tego dość. Podszedłem do niego i złapałem za włosy. Chwilę wpatrywałem się w jego żałosny wyraz twarzy, by zaraz potem uderzyć jego głową o betonowe kafelki. Właśnie w tym momencie usłyszałem krzyk Aishy i Reny. Czarodziejka zaczęła prosić i błagać bym go zostawił. Nie, jeszcze nie teraz. To nie jest to co chciałem. On nie walczy na poważnie. Dokładnie pamiętam, że wtedy emanowała od niego ciemna aura, a teraz jej nie ma.
Poczekałem jeszcze chwilę. Chłopak dalej leżał i nie dawał oznak życia. Chyba zbytnio się pośpieszyłem albo nie chce walczyć na poważnie. Szkoda, a tak się napaliłem. Wstałem i skierowałem się w stronę schodów prowadzących do naszych pokoi.

Następnego dnia poszedłem wykonywać dzienne misję. Tym razem bez towarzystwa Ary. Podczas poruszania się po pałacu, każdy z jego mieszkańców trzymał się z dala ode mnie. Nawet wygadana Aisha nie była w stanie mi nic powiedzieć. Jedyna osoba, która podjęła się próby nawiązania ze mną kontaktu był Raven. Zwykle nie miesza się w sprawy innych i zachowuje się jak bierny obserwator. Długo nie rozmawialiśmy. Poinformował mnie tylko, że Elsword leży w szpitalu z złamaną ręką, żebrami i szczęką oraz że wczorajszą walką straciłem zaufanie wśród reszty. Smutne, naprawdę bardzo smutne. Chyba się rozpłaczę.
- Nic do ciebie nie mam Add, ale jeśli ponownie skrzywdzisz kogoś z nas to nie będę stać z założonym rękami.
- Mało mnie to obchodzi. Poza tym naprawdę myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? - zapytałem go z pewnością siebie.
- Nie nie doceniaj swoich towarzyszy - odparł spokojnie i położył rękę na moim ramieniu, po czym odszedł.
Lepiej żeby Vanessa się o tym nie dowiedziała, bo będą kłopoty.

Kolejny dzień był tym na który wszyscy czekali. Dzień zakochanych, aż mdli od samej nazwy. Ledwo wyszedłem na miasto i miałem ochotę wrócić. Rzygać się chce od tego wszystkiego. Nawet misje były jakimś utrapieniem. Co chwile jakieś niepotrzebne gesty i czułe słówka. W pewnym momencie nie wytrzymałem i spojrzałem z wściekłością na parkę zakochanych. Wystarczyło tylko ich upomnieć, by ruszyli swoje zady i zajęli się misją, a nie sobą nawzajem. Oczywiście chwilę potem za plecami słyszałem zbędne uwagi odnośnie mojej osoby.
Pomimo tego, że tak bardzo mnie to irytowało, to jednak bolało mnie, że... nigdy nie dowiem się jak to jest. Odrzuciłem Arę, a myślę, że tylko ona byłaby w stanie mi pokazać jak to jest. Spoglądając na tych wszystkich ludzi, pierwszy raz... byłem zazdrosny. Nie potrafię tego pojąć, po prostu jest to zbyt skomplikowane i myślę, że nie po to się narodziłem.

Gdy wróciłem do pałacu udałem się do laboratorium. Muszę się czymś zająć. Zdecydowałem wprowadzić niewielkie zmiany w Dynamo i systemie. Nie zwróciłem uwagi, że minęło kilka godzin. Dopiero, gdy Aisha przyszła i zapytała, ile zamierzam tu siedzieć, zorientowałem się, że już słońce zachodzi. Jeszcze jej mi tu brakowało, ale fakt faktem straciłem poczucie czasu.
- Po coś przylazła? - odparłem i powoli zamykałem system.
- W takie dni nie siedzi się samemu. Poza tym... dostałeś kilka listów, które leżą w twoim pokoju - odparła i założyła ręce.
Listy? Od kogo niby? Jakoś wierzyć mi się nie chce. Zresztą... co ona tu robi po tym, jak potraktowałem jej chłopaka?
- Zamiast sterczeć tu jak kołek, idź dotrzymać towarzystwa Elswordowi - wstałem i wyszedłem z pokoju mijając ją. Ona zaraz za mną wyszła i kierowaliśmy się do pałacu.
- Ammo ma się dobrze. Wypisali go ze szpitala.
Spojrzałem na nią pytająco, a ona pewnie się uśmiechnęła.
- Wystarczyło odrobinę magii i po wszystkim.
- Ach, tak...
Nie, to już przechodzi ludzkie pojęcie. Jak można rozmawiać z kimś, kto o mało nie zabił jej bliskiej osoby?

Skierowaliśmy się do swoich pokoi. Na górze, pod drzwiami mojego apartamentu stał Elsword. Gdy nas zobaczył podszedł do nas. Zmierzyłem go z góry na dół. Faktycznie, nie było śladu po walce. Wyciągnął do mnie rękę i od niechcenia wydusił z siebie przepraszam. Przeprasza? Za co niby? Dodał również, iż lepiej jeśli pozostaniemy w neutralnych stosunkach aniżeli wrogami, skoro mamy wspólnie działać. Przystałem na to, bo innego wyjścia nie miałem. Zaraz potem z Aishą odeszli, a ja wykończonym dzisiejszym dniem wszedłem do pokoju. Niektóre postawy naprawdę mnie zadziwiają.
Chwilę później zauważyłem na stoliku kilka listów. Jednak Zekira nie kłamała. Podszedłem i otworzyłem je. Jeden z nich należał do Vanessy. W sumie mogłem to przewidzieć... Kolejne dwa były od nazoidek i Ary. To jest jakieś zboczenie. Nazoidki jeszcze ujdą, bo się przyjaźnimy... chyba..., ale, że Ara? Po tym wszystkim... Nie mówcie mi, że ona dalej chce się produkować przy mnie... Byłem zmieszany całą tą sytuacją. Pierwszy raz miałem problemy z swoimi uczuciami. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić... Będę musiał to przemyśleć i podjąć decyzję.


                                                           W tym samym czasie                                   
Peita

Ciemny las odgradzał miasto od demonów. Wewnątrz lasu znajdowało się kilka osób, które miały za zadanie pozbyć się zagrożenia, w postaci demonów. Na jednym z pniu siedział młody chłopak, przyodziany w czarną, niczym mrok zbroję. Przed sobą miał kilka otwartych monitorów na których szybko klikał przyciski. Kawałek dalej, za drzewem stał wojownik, z dużym imperialnym mieczem. Obok niego, z przygotowanymi pistoletami siedział artylerzysta w czarnej zbroi i niebiesko-czarnym płaszczu. Chwilę później rozległ się szmer z oddali.
- Do wszystkich. Za dziesięć sekund pojawi się nasz cel.
- Zrozumiałem.
- Przyjąłem.
Chłopak, co siedział na pniu uśmiechnął się i spoglądał przed siebie. Tak jak mówił, za dziesięć sekund pojawił się ich cel - demon średnich rozmiarów, który za wszelką cenę chciał uciec. Wtedy zza drzewa wyskoczył wojownik z swoim mieczem i zamachnął się na przeciwnika. Potwór wykonał unik i wtedy znalazł się na celowniku artylerzysty, który z psychopatycznym uśmiechem i spojrzeniem celował w jego stronę. Rozległo się kilka strzałów. Postrzelony demon chciał uciec, jednak na jego drodze stanął 'mózg' całej operacji, a za nim rosły mężczyzna z zmodyfikowanym lewym ramieniem. Chłopak w czarnej zbroi uśmiechnął się przyjaźnie.
- Na tym koniec twojej podroży, demonie.
Pstryknął palcami i mężczyzna za nim ruszył na przeciwnika, rozdzierając go na strzępy swoją zmechanizowaną dłonią. Chwilę potem rozległy się oklaski od przywódcy.
- Dobra robota - oznajmił i przeciągnął się.
- Nudy. Mogliście mi coś zostawić, a nie... - Znad przeciwka kierowała się do chłopaków dziewczyna w szarej zbroi, z odcieniami pomarańczu.
- Miałaś robić tylko za wabika. I tak nie sądziłem, że ci się uda, ha ha - zaśmiał się ironicznie artylerzysta. Dziewczyna krzywo na niego spojrzała.
- Nie pozwalaj sobie Innoke, bo przestaniesz się tak głupkowato uśmiechać.
- W takim razie dajesz, Anemeka! Pokaż mi swoją złość! Ha ha ha!
- Nie prowokuj jej, bo wole patrzeć na jej spokojny wyraz twarzy - odparł z naturalnym spokojem i przyjaznym tonem chłopak w czarnej zbroi. Innoke spojrzał na niego i zawiedziony usiadł na swoim dziale, natomiast Anemeka swoją naburmuszoną minę skierowała w stronę lidera.
- Aldeger, czas wracać. Później poromansujesz z czarodziejką - odrzekł mężczyzna z nazo ramieniem. Aldeger się zaśmiał i machnął ręką.
- Daj spokój, Nydio. Powtarzałem ci, że się przyjaźnimy.
Chłopak skierował się do miasta, a za nim cała jego ekipa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz