sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział XXIV Pojawienie się Masterminda; Ereda Island

Z strony MM

Po pomyślnie zakończonej misji udaliśmy się na spoczynek. Czemu pisze w liczbie mnogiej? Ponieważ nie podróżuje sam, tylko z moimi towarzyszami albo raczej ludźmi, którzy uważają mnie za swojego zbawcę. Cieszę się, że tak mnie postrzegają, jednak nie zasłużyłem sobie na ten tytuł.  Nim rozpocznę pisać o obecnych wydarzeniach powinienem wrócić do czasów, gdy wszystko się zaczęło i jak poznałam moich kompanów.


Pomimo wszystko pochodzę z szlacheckiej rodziny. Zajmujemy się głównie badaniami i eksperymentami, czyli jesteśmy naukowcami. 

Dwadzieścia lat temu moja rodzina prowadziła badania nad nazoidami. Nie tylko my się tym zajmowaliśmy. Chcieliśmy dowiedzieć się wszystkiego na ich temat. Pierwszej rodzinie, której udało się poznać sekret nazoidów należała do mojego przyjaciela - Adda. Gdy tylko informacja się rozpowszechniła, władcy naszego kraju postanowili się ich pozbyć. Powodem była zazdrość o wiedzę, która mogła im zagrozić. Podczas zabójstwa Add zaginął. Dodam również, iż byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Zawsze wygłupialiśmy się razem i przysparzaliśmy kłopoty dorosłym. Strasznie przeżyłem jego zaginięcie. Moja rodzina w tajemnicy prowadziła poszukiwana chłopaka, jednak nie udało się go odnaleźć. Postanowiłem wtedy całkowicie skupić się na nauce i pokazać, że wiedza jest najpotężniejszym wrogiem człowieka. 

Kilka lat po tych wydarzeniach zmarła moja matka i z ojcem przeprowadziliśmy się do Belder. Miałem dziesięć lat i właśnie wtedy poznałem mojego pierwszego współtowarzysza - Nydio. Był wojownikiem, który doznał poważnych obrażeń podczas walki. Nad życie własne cenił miasto i ich mieszkańców. Podczas ostatniej bitwy stracił lewę ramię i całe ciało miał pokiereszowane. Podczas badań wynikło, iż nie będzie mógł już walczyć. Nie chciał się z tym pogodzić i błagał lekarzy, by znaleźli jakiś sposób, by mógł ponownie wrócić na pole walki. Niestety odmówili mu i mężczyzna popadł w depresję. 
Dzięki wpływom ojca, udało mu się 'dorwać' Nydio i tym samym zyskał szansę na przeprowadzenie pierwszego eksperymentu z przyczepieniem zmechanizowanej ręki i zsynchronizowaniem jej z ciałem. Oczywiście zabieg się powiódł i Nydio mógł ponownie walczyć. Chciał się odwdzięczyć w jakiś sposób, więc papa przedstawił mu formę zapłaty - zostań towarzyszem mojego syna i wiernie mi służ. Mężczyzna się zgodził, jednak nie był do końca zdecydowany. Do dziś pamiętam, gdy go poznałem. Krótko cięte, czarne włosy, blizny na twarzy i ciele. Lewe ramię zmechanizowane, a w drugiej dzierżył swój miecz. Wysoki i dobrze zbudowany. W jego oczach skrywał się gniew, jak i opanowanie oraz wątpliwości co do mojej osoby. Wtedy jedyne co mogłem zrobić to to, czego nauczyła mnie moja matka - gdy poznasz nową osobę, powinieneś się z nią przywitać i uśmiechnąć od serca. Tak właśnie zrobiłem i potem Nydio się zmienił. Został dosłownie moim sługą, ochroniarzem, przyjacielem, doradcą - wszystko w jednej osobie. Chciał mnie chronić - mnie i moje życzliwe serce. Jednak przeczuwał, iż za powłoką życzliwej duszy kryje się coś jeszcze. Tak, moja druga strona, której nie lubię pokazywać.

Pięć lat później wraz z Nydio udaliśmy się w podróż. Wtedy, w Elder spotkałem wojownika o imieniu Kelenthi. Oczywiście nasze spotkanie nie było przypadkowe. Właśnie po niego i kilku innych ludzi wyruszyłem w wędrówkę.

Na świecie jest kilka podziałów wśród ludzi. Mnie nie interesowali książęta. księżniczki, szlachta i tym podobnych. Zależało mi na osobach z marginesu społecznego, tych, których zwą psychopatami. Właśnie takich ludzi szukałem. Potrzebowałem ich do swoich celów. 
Kelenthi był dużo starszy ode mnie. Podobnie jak Nydio był dobrze zbudowany, jak na wojownika przystało. Posługiwał się oburęcznym mieczem, jednak on bez problemu władał nim w jednej dłoni. Średniego wzrostu, o rudych, krótkich włosach i czerwonych oczach. Zwykle nosił na sobie imperialną zbroję. Na czym polegał problem z Kelenthim?
Podczas walk wpadał w szał i euforię. Świetnie się bawił na polu walki. Tak bardzo, że zabijał swoich towarzyszy. Za to został skazany na resztę życia w celi. Prywatnie jest spokojnym człowiekiem, który woli rozwiązywać problemy słowami, nie czynami. Zamknięcie go wstrząsnęło wszystkimi jak i jego samego. Nie chciał tak skończyć. Dlatego ja wkroczyłem na scenę. Poprosiłem o rozmowę z wojownikiem. Straż jednak wyśmiała mnie i tym samym nagrabili sobie u Nydio. Dopiero, gdy powtórzył moja prośbę pozwolili mi się spotkać z więźniem. Podziękowałem im i skierowałem się na spotkanie z moim nowym przyjacielem.
Był zaskoczony moją osobą. Początkowo nie mógł uwierzyć, że jakiś dzieciak do niego przyszedł. Opowiedziałem mu o jego przeszłości i zaproponowałem mu wspólne podróże i walki. Nie wiedział jaką podjąć decyzję. Nie umiał pojąć, że takie dzieci jak ja jeszcze się rodzą na tym świecie. Podobnie jak Nydio wyczuwał płynący ode mnie mrok, pomimo tego, że byłem życzliwy i przyjaźnie nastawiony. Wtedy powiedział, iż w moim spojrzeniu dostrzega pustkę i obojętność, i tym samym chce mnie lepiej poznać. Przystał na moją propozycję i tak było nas już trzech. Jeszcze brakuje dwóch ludzi.

Dwa lata później udaliśmy się do Peity. Przebywała tam czarodziejka, która zwie się Anemeka. Ostatnio zaczęły być z nią problemy i zabijała wszystkich na swojej drodze. Gardzi wszystkimi i chce się zemścić za to, co zrobili jej ludzie, jak i demony. Problem tkwił w tym, iż włada żywiołami, więc tym bardziej nie umieli jej powstrzymać.

Przybyliśmy do miasta i rozeznałem się w sytuacji. Ostatnio Anemeka opuściła Peite i zamieszkuje ruiny, które są kilka kilometrów dalej. Strażnicy, którzy udzielili mi informacji pytali, dlaczego o nią pytam. Ostrzegli, iż nie powinienem się do niej zbliżać. Nazwali głupcem, że tak młodo chcę umrzeć. Zapewniałem ich, że wiem co robię i nie muszą się o mnie martwić.
Wieczorem z Nydio i Kelenthim udaliśmy się do ruin. Podczas drogi pytali, dlaczego po nią idziemy. Nie miałem ochoty, ani czasu na tłumaczenie tego. W skrócie im odpowiedziałem na ich pytanie.
Gdy dotarliśmy na miejsce zostaliśmy czule przez nią przywitani. Czule, czyli zaatakowała nas swoją magią. Patrzyła na nas błędnym spojrzeniem i szyderczym uśmiechem. Jest z nią gorzej niż sądziłem, ale byłem też szczęśliwy. Przyglądałem się jej bacznie z spokojem i życzliwym uśmiechem. Moja postawa tylko bardziej ją irytowała. Starała się mnie sprowokować, jednak nie ustępowałem. Z śmiechem wykrzyczała, iż własnoręcznie mnie zabije. Magia coraz bardziej się wzmagała i nasilała się siła wiatru. Ciężko było zachować równowagę, a co dopiero walczyć, czy rozmawiać.

Anemeka wcześniej taka nie była. Dokładnie studiowałem jej przeszłość. Zwykła czarodziejka, która uczyła się panować nad żywiołami. Wrażliwa i uczuciowa. Posiadała szczęśliwą rodzinę, jednak zostali zabici na jej oczach. Ten obraz wyrył jej się w sercu i całkowicie zniszczył psychikę. Popadła w obłęd i winiła wszystkich innych za jej tragedię. Z czasem zagubiła się i została nieobliczalną morderczynią. 
Każdy normalny człowiek powie, iż jestem szaleńcem, że chce ją mieć po swojej stronie. Jednak ja wiem, czego ona najbardziej pragnie i pozwoli ją ujarzmić.
Skierowała się w moją stronę, a dookoła otaczał ją ogień. Śmiała się ciągle i powtarzała, że zabije mnie własnymi rękami. Obserwowałem uważnie jej postawę i spojrzenie. Gdy stanęła naprzeciwko mnie szykowała się do ataku. Zza plecami moi towarzysze kazali mi się wycofać i chcieli się tym zajmą. Na to nie mogłem pozwolić. Jeśli dojdzie do walki to już jej nie zdobędę.
- Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Czym zawiniłam? Moi rodzice byli dobrymi ludźmi, więc dlaczego?
Gdy wypowiedziałem te słowa, jej wyraz twarzy się zmienił. Stała w osłupieniu i magia traciła na sile. Z czasem jej ręka zaczęła się trząść.
- Kim ty... jesteś? - zapytała wściekle.
- Tym, który da ci to na czym ci najbardziej zależy.
Wpatrywała się we mnie z zdziwieniem. Ogień, który ją otaczał zniknął, a wiatr ustał. Z oczu spłynęły łzy i wyglądała jak zepsuta lalka. Wyciągnąłem do niej dłoń i czule na nią spojrzałem. Ona sama musiała wyczuć, iż różnię się reszty, że nie gardzę nią i nie chce skrzywdzić.
- Chodź do mnie.
Na te słowa chwyciła za moją dłoń, a ja ją przytuliłem do siebie. Wtuliła się i rozpłakała. Pogłaskałem ją po głowie i wyszeptałem, iż od dziś jej serce i moc należą do mnie. Nie miała nic przeciwko. Osoba, która straciła wszystko, a teraz dostaje okazję by ponownie dostać to, co odebrano, nie sprzeciwi się i wypełni wszystkie moje rozkazy. Jest też kobietą, więc tym bardziej mi ulegnie.

Skąd wiedziałem, że się tak zachowa? Lata nauki o człowieku w końcu procentuje. Nie uczyłem się tylko o nazoidach i technologii. Skoro mam dostęp do książek na każdy temat, to dlaczego by z nich nie skorzystać? Człowiek jak bardzo kruchą istotą.


Po tych wydarzeniach wróciliśmy do Peity. Mieszkańcy nadal się jej obawiali i z pogardą na nią spoglądali. Prosiłem ją, by to zignorowała. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. Zwykła, nieśmiała i zagubiona dziewczyna. 

Kilka miesięcy zajęło nam, by nie popadała w szał podczas walki. Jednak najbardziej cieszyłem się z tego, iż dobrze się dogadywaliśmy. Z czasem dostrzegłem, iż ma słabość do mojej osoby i cieszy się za każdym razem, gdy trzymam ją w swoich ramionach. Teraz brakuje tylko jednej osoby - Innoke.  Z nim będą kłopoty.

Minął rok od wydarzeń z Anemeką. Skierowaliśmy się do Hamel, by tam ujarzmić bestię. Martwię się, że nawet ja nie dam rady ogarnąć tego psychopatę. Kto normalny znęca się nad ciałami swoich towarzyszy i kąpie się w krwi wrogów? 

Z Innoke zawsze były kłopoty. Zarówno w domu jak i w szkole. Nie słuchał się i robił co mu się żywnie podobało. Od małego znęcał się nad zwierzętami, a z czasem nad ludźmi. Aż dziw, że go przyjęli do armii hamelowskiej. Pomimo jego charakteru i sposobu bycia był niezawodnym strzelcem. Szybko dokonywał analizy sytuacji i opracowywał strategię. Zawsze dziwnie się zachowywał podczas walk. Gdy komuś złamał rękę, czy nogę to wybuchał śmiechem i znęcał się nad tą osobą  na różne sposoby. Ostatnio władze Hamel nie wytrzymały i zamknęli go w izolatce.
Gdy powiedziałem swoim towarzyszom, ze po niego idziemy to mieli spore wątpliwości. Uspokoiłem ich i zapewniłem, iż przekonam go na nasza stronę i wtedy będziemy mogli zacząć działać.
Dzięki prośbie ojca udało mu się wywalczyć spotkanie z nim i wypuszczenie jeśli będzie dobrze się sprawował. Mam nadzieję, że nie będę musiał się do tego uciec...
Wpuścili mnie do pomieszczenia w którym znajdował się Innoke. Siedział rozwalony na łóżku. Spojrzał na mnie z wstrętem i zapytał po co do niego przylazłem.
- Porozmawiać i wyciągnąć cię stąd na pewnych warunkach. - Moja postawa była taka sama jak zwykle, przynajmniej na razie. Artylerzysta spojrzał krzywo i wybuchł śmiechem.
- Wyciągnąć? Mnie? Ha ha ha. To mnie rozbawiłeś. - Wstał i podszedł do mnie z głupkowatym uśmieszkiem. - Ktoś ty tak w ogóle?
- Aldeger.
- Hooo, to ty ujarzmiłeś bestię Peity. Ha ha - odwrócił się i zaczął spacerować po pomieszczeniu. - Słyszałem o tobie wiele rzeczy. Jak również o Kelenthio. Masz dziwny gust wiesz, wha ha ha.
- Potrzebuje konkretnych ludzi, a nie żałosnych śmieci. Zapewne wiesz o co mi chodzi.
Ponownie się głośno zaśmiał i spojrzał na mnie.
- Wiem, doskonale wiem. - Zapadła chwila ciszy. Innoke usiadł i rozglądał po wnętrzu. Wygląda na to, że się uspokoił na chwilę. - To przyszedłeś mnie stąd zabrać, ta?
- Dokładnie tak.
Założył nogę na nogę i nad czymś myślał.
- Do czego ci dokładniej jestem potrzebny, lalusiu?
Nie mogłem się powstrzymać od zaśmiania się. Jest pierwszą osobą, która mnie tak nazwała. Rany, rany. Nie sądziłem, że ktoś tak mnie rozbawi.
- Do odwalania brudnej roboty. Wiesz, nie lubię sobie brudzić rąk w sensie dosłownym i metaforycznym.
Spoglądał na mnie z zaciekawieniem i uśmiechem.
- Czyli będę mógł walczyć i czerpać z tego radość?
- Oczywiście. Wszystko będzie dozwolone w pewnych granicach.
- Zgoda! - wykrzyknął i wstał. Podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu. - Jeśli dasz mi możliwość walki i wpatrywania się w trupy to ci pomogę.
Och, poszło szybciej niż sądziłem. Odetchnąłem z ulgą. Nim wyszliśmy przedstawiłem mu warunki, do których ma się stosować. Wszystko zaakceptował i skierowaliśmy się do wyjścia. Strażnicy krzywo na nas patrzyli, a Innoke jeszcze im dogadywał.
Na zewnątrz spotkaliśmy się z pozostałymi. Wbrew wszystkiemu szybko znaleźli wspólny język. Tym sposobem mam ludzi, na których mi zależało. Czas wprowadzić moje plany w życie.

Pomimo skompletowania ekipy to ich praca zespołowa leżała i kwiczała. Nie wspominając o charakterze Innokiego. Znalazł sobie hobby, którym było dokuczaniem Anemece. Ona sama też nie ustępowała i wiecznie się kłócili o wszystko. Artylerzysta z czasem zauważył, iż jestem ważny dla tej dziewczyny, więc gdy poruszał ten temat było bardzo ciekawie. Ostatnio zniszczyli karczmę w Elder oraz spalili połowę lasu. Obrywało mi się od Nydio, że nie umiem ich kontrolować i powinienem się za nich wziąć.
- Ale Nydio, ja nie jestem dobry w takich sprawach - zacząłem nieśmiało i wymusiłem, by łzy spłynęły po policzku. Spojrzałem na niego błagalnie. - Mógłbyś coś nimi zrobić, byśmy nie mieli kłopotów?
- Zapomnij! Naucz się odpowiedzialności! - krzyknął i patrzył swoim przeszywającym wzrokiem.
- Ale ja tak ładnie proszę... - zacząłem udawać niewinne dziecko.
Wtedy Kelenthi uderzył Nydio w plecy i się zaśmiał.
- Jesteśmy tu najstarsi, więc zajmijmy się tymi dzieciakami. Nie zaszkodzi nam odrobina zabawy. - Kelenthi uśmiechnął się, a Nydio niechętnie się zgodził.
- Dzię - ku - je! - odparłem i się zaśmiałem.
Po chwili poszli po tamtych, a ja rozbawiony spoglądałem przed siebie. Odrobina luzu nie zaszkodzi, jednak wkrótce przestanie być tak wesoło. Powiadomiłem ojca, że osiągnąłem jeden z swoich celów i wkrótce wrócę do Belder.


Po kilku tygodniach dotarliśmy do miasta. Bez chwili zwłoki udaliśmy się do mojego domu. Wewnątrz niego kazałem reszcie się zadomowić a sam udałem się do laboratorium ojca. Miałem przeczucie, że tam będzie i nie myliłem się. Jak zwykle był zapracowany, ale znalazł chwilę by ze mną porozmawiać. Opowiedziałem mu pokrótce co się wydarzyło. Nie pytał o żadne szczegóły i to w nim lubiłem najbardziej. Na koniec rozmowy poprosiłem go, by poszukał dla mnie kompletów zbroi: Dark Shadow na czarodziejki, Imperial dla rycerzy, Dragon Knight ver. blue na artylerzystów, Oficera dla wojowników z zmechanizowanymi częściami ciała oraz coś, co by mi pasowało. Zanotował wszystko i oznajmił, że jak coś będzie wiedzieć to da mi znać. Podziękowałem mu i wróciłem do reszty.

Aż dziw, że niczego nie zdemolowali. Zbliżał się powoli wieczór. Współtowarzysze udali się do pokoi, które im wcześniej pokazałem, a sam skierowałem się do swoich czterech ścian. Pierwsze co zrobiłem to otworzyłem szafę i szukałem ubrań, które by mi teraz pasowały. Do czasu póki papa nic mi nie znajdzie muszę w czymś łazić i nie wyglądać jak sierota. Po jakimś czasie zdecydowałem się co założę. Biały płaszcz z kapturem, w tym samym kolorze koszula, spodnie, buty i rękawiczki oraz fioletowa kamizelka. Przez jakiś czas będę się tak prezentować, jednak mam nadzieję, że z czasem otrzymam konkretną zbroję.
Przez kilka kolejnych dni pomagaliśmy Vanessie z rabusiami czy też demonami, które nie wiedziały gdzie się podziać. W wolnym czasie trenowaliśmy i spacerowaliśmy po mieście. Nasze błogie życie nie trwało długo. Ojciec oznajmił nam, że wyprowadzamy się do Hamel i tam będziemy mieszkać. Jakoś nie widziało mi się życie w tamtym mieście ze wzgląd na Innokiego. Myślałem, że będą trudności z tym związane, ale artylerzysta miał gdzieś swój były dom. Na koniec papa dodał, że to właśnie ludzie z Hamel przygotowali dla nas ekwipunek do przyszłych walk. Czyli koniec końców nie zabawimy tam długo i udamy się w podróż.

Jakiś czas później zadomowiliśmy się w mieście. Długo tam nie zostaliśmy. Zabraliśmy wszystko co potrzebne do wyruszenia w dalszą drogę i pożegnaliśmy się. Tak jak chciałem towarzysze otrzymali zbroję, a sam dostałem Dragon Knighta. Nie spodziewałem się tego, ale jak już jest to niech będzie. Papa zapewnił mnie, że jak na rynku pojawi się coś lepszego to mi podeśle. I tak w końcu wyruszyliśmy w drogę.

W wolnej chwili wytłumaczyłem moim ludziom, jaki jest nasz cel. Najpierw wyrobienie opinii, zyskanie większych wpływów, dostęp do wszelakich informacji, poszukiwanie mojego przyjaciela i na samym końcu stworzenie miejsca, w którym będę mógł przeprowadzać wszystkie eksperymenty legalnie w tym te na ludziach.
Różne misje i przygody nam się trafiały. Dzięki nim mogliśmy się lepiej rozumieć podczas walk i nie przeszkadzać sobie nawzajem. Wiele się wydarzyło i z czasem zmieniły się nasze stosunki do siebie. Nie byliśmy już dla siebie obcy tylko byliśmy mała grupką zaufanych ludzi. Byłem spokojniejszy gdy już wszyscy się zaklimatyzowali i przestali mieć wątpliwości względem siebie. Podczas walk nie brałem czynnego udziału, bo nie chciałem by przez przypadek moja druga strona się pokazała. To byłoby żenujące gdyby się dowiedzieli, że jestem taki sam jak oni. Przez moje nastawieni do walk obrywało mi się od innych, że nie umiem walczyć. Robiłem zwykle za wsparcie albo wykończenie celu. Podczas tego czasu ciągle doskonaliłem swoje Drony oraz Apokalipsę. Nie lubię brudzić sobie rąk, więc moje narzędzia do walk dystansowych muszą być perfekcyjne.
Kilka lat później doszło do czegoś czego nie planowałem. W sumie mogłem to przewidzieć, ale i tak byłem zaskoczony. Zawsze starłem się robić wrażenie osoby wychowanej i tolerancyjnej, jednak im częściej słodziłem Anemece tym było gorzej. Koniec końców zakochała się we mnie i musiałem jakoś to odwzajemnić by ją nie zranić lub co gorsza, by nie odeszła. Nie planowałem tego, a sobie dziewczynę znalazłem. Lepiej żeby jej kiedyś nie odbiło i nie chciała... Ech, wole o tym nie myśleć.
Z czasem udało nam się osiągnąć wyznaczone cele. Wiedziałem już gdzie znajduje się Add i co porabia oraz natrafiłem się na ciekawe informację. Podobno jeden z nazoidów modelu Apple i Proto jest w starożytnym grobowcu nazoidów. Ta wersja posiada kod Battle Seraph i jest niezwykle rzadki. Add pewnie już szuka wskazówek na jej temat. Nie będę mu przeszkadzać. Z czasem się spotkamy i mam nadzieję, że zaskoczy mnie swoim wynalazkiem i odkryciem. Co jakiś czas odwiedzaliśmy Hameli mojego ojca. Jego wynalazki i badania dały mu jeszcze większą chwałę i popularność. Udało mu się sprzymierzyć z kilkoma wpływowymi miastami, dzięki czemu ma dostęp do wszystkiego, w tym także ja. Nasza grupka została nazwana zabójcami na zlecenie. Byliśmy w stanie wykonać każde zlecenie, misję za niewielką opłatę. Przy okazji podczas ostatnich odwiedzin ojca dostałem w prezencie komplet zbroi Devila. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem. W nowym wizerunku udaliśmy się do Peity posprzątać niedobitki demonów by potem... wyruszyć na wojnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz