czwartek, 31 października 2013

Aktualka

Nowe 3 one shoty:
Taniec - najpierw koszmar, potem hobby
Halloween
Magiczna kula, która jest w trakcie pisania.

Do niezakończońych zalicza się jeszcze Rany przeszłości. Jak tylko znajdę czas dokończę poprzednie one shoty.

Nowe wpisy będą pojawiać się w różnych dniach, zależy od mojego wolnego czasu.

Zakładka Muzyka nie jest aktualizowana na bieżąco, bo tego jest za dużo. Filmami jak tylko mam czas dodaję.

Nowe prace na dA się znalazły.

Dodałam również muzykę na bloga - jak się nie podoba to wyłącz - oraz mini gify dla funu.

środa, 23 października 2013

Rozdział XIX Walka ojca z synem. Karis! Czas to zakończyć. Hyper active - czy to aby dobry pomysł? Wpis1

Za miastem czekał na nas statek powietrzny. Weszliśmy na niego i skierowaliśmy się w stronę rzekomego pobytu Behemota. Lecąc dalej napotkaliśmy nasz cel - duże cielsko, które sunęło w kierunku miasta. Myślałem, że szybko się tam dostaniemy, jednak myliłem się. Armia succubusów i innej maści demonów kierowała się w naszym kierunku. Cała nasza szóstka dobrała broni i zaczęła pozbywać się nieproszonych gości. Szkoda, że Loriena nie ma. Szybciej byśmy się z nimi uporali. Po krótkiej walce z sługusami Karis, podlecieliśmy blisko Behemota. Dzięki działom na statku udało nam się powalić tę bestię. Następnie czekała nas walka z Karis. Wskoczyliśmy do głowy Behemota i tam, w środku znajdowała się nasza królowa succubusów oraz Anudran, uwięziona w szklanej kuli.
- Znowu się spotykamy, chłopcze. - odparła siedząc niewzruszona na platformie.
- Niestety znowu muszę na ciebie patrzeć. - rzuciłem i poprawiłem miecz w swojej ręce.
- Jesteś strasznie nieuprzejmy, ale to nieważne. - zeskoczyła i chwyciła za swój tasak. - Zaraz to zakończę, a tobą się potem zajmę.
Od razu przywołalem moce Bethrezena i ruszyłem w jej kierunku. Zablokowała mój atak i odskoczyła kawałek dalej. Wtedy, od tyłu zaatakował ją Raven. Znowu uniknęła i uciekła w innym kierunku, prosto na Arę, która wykonała na niej swoją sekretną technikę.
- Powinnaś być bardziej czujna. - rzuciła Ara, a Karis się zaśmiała.
- Nie doceniacie mnie, dzieciaczki. - skierowała się w kierunku Aishy, która ładowała swoją energię. Szybko zablokowałem jej atak i kazałem Aishy znaleźć bezpieczniejsze miejsce. Gdy ja blokowałem ataki Karis, moja siostra z tyłu przywołała swój miecz i chciała uderzyć succubusa. Ta jednak przeteleportowała się i o mało co nie oberwałem z jej miecza. Spojrzałem na nią z lekką irytacją. Ona tylko wzruszyła ramiona i skierowała się w stronę Karis. Po kilku wymianach ciosów, Karis zaczęła walczyć bardziej agresywnie. Ciągle jej tasak był w ruchu i zatrzymywała ciągle ataki z drugiej strony dziwnym symbolem, który wybuchał. Gdy miała chwilę swobody, skupiła swoją magię i zesłała na nas deszcz mrocznych kul. Uniknęliśmy ich jakoś, jednak każdy z nas już był zmęczony walką. Aisha starała się nas ciągle podtrzymywać swoją magią, lecz ona też ma swoje granice. Ara i Raven postanowili wspólnie ją wykończyć. Dziewczyna zaatakowała z lewej strony swoimi orbami, a chłopak z drugiej strony chciał ją złapać, w ogień swojej nazo ręki. Prawie się im udało. Raven spalił jej lewe skrzydło i zaczęła wydzierać się w niebo głosy. Podszedłem do niej i uwięziłem w Maelu, który ją ranił.
- Coś ci nie wyszło Karis. - rzuciłem, a ona wściekle spojrzała na mnie.
- Nie myśl sobie, że tak łatwo mnie pokonacie.
Podobnie jak Ran, zniknęła w kłębach mroku. Na chwilę obecną to było tyle. Usiedliśmy zmęczeni, a Aisha podeszła do szklanej kuli, w której była Anudran. Uderzyła kilka razy ręką, potem rózgą i butem na koniec.
- Co za debilna kula! - ryknęła i kopała dalej.
- E, piękna, bo se buty zepsujesz. - rzuciłem i zaśmiałem się. Spojrzała na mnie zirytowana.
- Żebym to ja ciebie nie zaczęła kopać. - odeszła od kuli i podeszła do mnie.
- Nawet o tym nie myśl. - wstałem leniwie i podszedłem do kuli. Wezwałem Cornwella i spróbowałem wbić miecz w szkło. Nie udało się. Spoko. Karis pokonana, a Anudran to kto uwolni? Myśleliśmy wszyscy przez chwilę, jak ją wyciągnąć. Wtedy Ara wpadła na pomysł, że jeden z jej ataków wywiera spore ciśnienie, więc może uda się rozwalić szkło. Zostawiliśmy to w jej rekach. Stanęła naprzeciwko kuli i zaczęła wytwarzać dość osobliwą przestrzeń. Nawet z daleka było czuć, że zwiększyło się ciśnienie wokół nas. Kilka chwil potem szkło pękło i kapłanka wiatru była wolna. Była nieprzytomna. Zabraliśmy ją na statek i skierowaliśmy się do miasta.
Siedziałem oparty o burtę i wyglądałem na zewnątrz. Przynajmniej aby raz pieszo nie trzeba wracać do Sander. Siedząc tak myślałem, co się stało z Karis. Zawołałem Śnieżynkę, która migiem przybiegła do mnie i zapytała czego od niej chce. Poprosiłem ją by demony ją odnalazły. Kiwnęła głową i od razu pobiegła w zaciszne miejsce, by mogła otworzyć wrota do świata demonów. Potem usiadła obok mnie Aisha i przytuliła.
- To jeszcze nie koniec, prawda?
- Ta. Jeszcze raz z nią będziemy walczyć.
Mam nadzieję, że przy kolejnym starciu już Lorien będzie z nami.
Po powrocie do Sander, Emirate i Vapor strasznie ucieszyli się na powrót Anudran. Karu stał obok niej, jak jakiś obrońca i towarzyszył jej wszędzie. Wszystko się uspokoiło na jakiś czas. Im szybciej moje demony odnajdą Karis tym lepiej. Jednego debilnego demona mniej. Po powitaniach i innych gadkach politycznych, wróciliśmy do pałacu. Nie miałem sił już na nic.

wtorek, 22 października 2013

Wpis15 Part2

Dni mijały w miarę spokojnie. Gdy na rynku pojawił się set Ventusa, obrałem sobie za cel skompletowania pierw akcesoria i miecz. Bardzo mi się spodobały i wydaje się być szybszy od Glacka. Dzień w dzień dzienne misje, czasem spotkanie z ludkami, z guild, trochę walk, trening i koniec dnia.
Kilka dni potem miałem już akcesoria i broń Ventusa. Świetnie pasowały do Glacka. Byłem zadowolony z tego powodu. Udałem się trochę potrenować i wtedy, tego dnia, dostrzegłem niepokojące zmiany.
Trenowałem tak jak zwykle. Najpierw sam, bez pomocy Mrocznego, a potem razem z nim. Gdy przywołałem Phantoma, lewa ręka zaczęła mnie strasznie palić, a dookoła mnie, bez żadnego rozkazu utworzyły się Cornwelle, które wisiały za mną i skierowane były jakby strzały gotowe do ataku. Z lewego oka zaczęły spływać łzy, które były krwią. Mrok otoczył mnie całkowicie i opanował całą arenę treningową. Nie byłem w stanie nad tym zapanować. Wtedy do akcji wkroczył Mroczny, który zaraz po przejęciu mojego ciała zniwelował całą moc. Gdy wróciło wszystko do normy, byłem  tak słaby, że nie potrafiłem się ruszyć. Dlaczego teraz nie mogę zapanować nad swoją mocą? Na odpowiedź będę musiał trochę poczekać. Lewa ręka ciągle mnie paliła. Ściągnąłem rękawice i podwinąłem rękaw. Dłoń, jak i całe ramię było pokryte jakimiś znakami. Gdy zapytałem Cornwella, co to jest nie odpowiedział nic, tylko oznajmił, że idzie poczytać o tym. On wie, co to jest tylko nie chce mi o tym powiedzieć.
Gdy wieczorem wróciłem do pałacu, Rena od razu zauważyła, że coś się stało. Podobno byłem blady jak ściana i miałem przekrwione lewe oko. Żeby uniknąć niepotrzebnych dyskusji, rzuciłem, że za dużo trenowałem. O lewej ręce lepiej żeby nie wiedzieli. Po kolacji udałem się do swojego pokoju, w którym czekała Śnieżynka.
- Co się stało? Nie wyglądasz za dobrze.
- No co ty nie powiesz. - ściągnąłem płaszcz Glacka i moja wyrocznia wręcz pisnęła, gdy to zobaczyła.
- Twoje ramię... To symbole demonów.
- Wiesz coś więcej na ten temat?
- Zmieniasz się... w demona. - na te słowa zamarłem przez chwilę.
- Co masz na myśli? - podbiegła do mnie i dokładnie przyjrzała się ramieniu.
- To początek twojej zmiany. Tak jak było z Ranem. Myślisz, że on demonem został od razu? Został skażony mrokiem, jak ty. Z czasem przychodzą zmiany, gdy polega się na mocy mroku.
- Zaraz, czekaj. To wina Mrocznego? Znaczy Bethrezena? - postukała palcami i kiwnęła głową niepewnie. - Zabije tego gnoja! Wiedział o tym! Wiedział, że tak to się skończy, jak będę używać jego mocy! - uderzyłem lewą ręką o szklany stół, który zniszczył się i fragmenty szkła poraniły rękę. Chwilę potem rana zaczęła się sama leczyć. Nie jest dobrze... Jak tak dalej pójdzie będę zmuszony opuścić ten świat.

Następnego dnia, lewe ramię było w takim samym stanie jak wczoraj. Wziąłem prysznic i przyjrzałem sobie. Lewe oko dalej było zakrwawione, a ja sam blady jak nieboszczyk. Zszedłem na śniadanie. Na szczęście nikogo nie było. Zjadłem szybko i udałem się na miasto. Zobaczyłem ulotki, na których było napisane o nowych wierzchowcach. Smoki? Poważnie? Chyba sobie kupię, bo nigdy smoka nie ujeżdżałem.
Nie czułem się za dobrze. Lewa ręka paliła niemiłosiernie. Idąc dalej, spotkałem Loriena i jakąś łuczniczkę. Obydwoje mieli full Devila, poza akcesorium na buty. Przywitałem się z nimi i na prośbę Kurai - naszej łuczniki, z tej samej guild - udaliśmy się na Henira. Starałem się zachowywać normalnie, jednak to było trudniejsze niż myślałem. Podczas Henira dostrzegłem, że nasza towarzyszka była zapatrzona w artylerzystę. Zaśmiałem się i gdy przechodziliśmy do kolejnego etapu spojrzałem na Chunga, który nie wiedział o co chodzi. Powiedziałem mu o swoich obserwacjach i zmagaliśmy się dalej z Henirem. Na szczęście nie było żadnych większych akcji, a to tylko dlatego, że Mroczny przejmował kontrolę, gdy potrzebowałem jego mocy. Właśnie. Z nim sobie będę musiał pogadać. Po Henirze, udaliśmy się do parku i usiedliśmy na ławkę. Mogłem chwilę odpocząć. Nasze pety (czyt. Chunga i Elsworda) bawiły się z Kurai. Gdy odpoczęliśmy, udaliśmy się na rynek. Oczywiście szukałem okazji Ventusa, jednak nic nie znalazłem. Potem każdy z nas poszedł zająć się swoimi sprawami.
W swoim pokoju położyłem się na sofie i udałem do swojej podświadomości. Mroczny i Cornwell siedzieli przy jakiś książkach. Podszedłem do nich.
- Wiem Elsword, co chcesz mi powiedzieć. Tak, wiedziałem, że jak będziesz korzystać z moich mocy to powoli będziesz zmieniać się w demona. Nie mówiłem ci tego, byś nie był ograniczony. Coś za coś. Może tobie się nie podoba, że zmieniasz się w demona, jednak nie mogłem ci o tym powiedzieć. Wtedy uznałbyś mnie za niepotrzebną i szkodliwą moc, która zagnieździła się w twoim ciele.
- Brawo, Bethrezen. Przynajmniej zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji, ale wiesz... Nie zamierzam do cholery opuszczać swojego świata wiesz!
- Rozumiem twoje zdenerwowanie chłopcze...
- Morda psie demoniczny! Myślisz sobie, że możesz wszystko?! To ja jestem twoim panem, nie ty moim i nie ty decydujesz o moim losie!
- Elsword, szukamy rozwiązania dla ciebie. - odrzekł spokojnie staruszek.
- Jakiego niby rozwiązania? Tego procesu nie da się zatrzymać.
- Można zapieczętować twoją moc i w razie konieczności odpieczętować. - spojrzałem na niego wściekle. - Mrok wylewa się z twojego ciała. Mocy masz za dużo, jednak gdy ją zapieczętujemy nie powinno być żadnych kłopotów. Z tej mocy będziesz korzystać tylko w razie konieczności.
- Czyli ta moc, która wystąpiła wtedy na arenie to...
- Należała do ciebie i musiała wyjść z ciebie. Twoja moc szybko się gromadzi, jednak nie masz jak jej wyzwolić by nie było żadnych efektów ubocznych. Chyba, żebyś gonił za demonami dzień w dzień i ją zużywał. Mało posługujesz się siłami mroku.
- Bethrezen, przecież niedługo bedzie używać Blade Rain'a. Szybko jego siła mroku się wyczerpię.
- Nie sądze i wole nie wiedzieć, co się stanie gdy połączy siłę mroku z Blade Rain'em.
- A może ktoś mi powie, co to Blade Rain? - Bethrezen wstanał i poklepał mnie po ramieniu.
- Nowa umiejętność którą nauczysz się pod okiem Glave. - Cornwell wstanął i szarpnął mnie z ramię. Narysował okrąg kredą i postawił mnie do środka. Bethrezen swoją krwią pomazał lewe ramię.
- Stój i się nie ruszaj. Cornwell, zaczynaj. - Staruszek zaczął czytać jakieś fragmenty tekstu w niezrozumiałym dla mnie języku. Potem Bethrezen wypowiedział kilka zdań i wtedy jego krew nałożyła się na te same miejsca znaków, które były na ramieniu. - No i to tyle. - Tyle? Nawet nic nie poczułem.
- Jesteś pewny, że to zadziała? - zapytałem go niepewnie.
- Jasne. Wszystkie zaklęcia z księgi Cornwella działają jak należy, chyba że źle odczytwał wersy jakieś. - zaśmiał się i skierował do swojego pokoju.
- Nie wprowadzaj go w błąd debilu. - Cornwell podszedł i przyłożył mu z księgi tak, że poleciał kawałek dalej i wylądował głową w ścianie. - Jeszcze raz go okłamiesz to popamiętasz. - Bethrezen dźwignął rękę i starał się wyjść z ściany.
- Staruszku...
- Będzie dobrze chłopcze. Nie pozwolimy ci tak szybko zginąć, czy zamienić się w demona. - odłożył księgę na stół. - Zapomniałbym... Jeśli będziesz chciał korzystać z tej mocy wystarczy, że swoją krwią zaznaczysz niewielki obszar tych znaków i utworzysz znak Cornwella. Pamiętaj, ta moc jest potężna. Jeśli byś nie umiał nad nią panować, Bethrezen ci pomoże.
Wróciłem do swojego świata. Ramię już nie paliło i czułem się jakby bezpieczniejszy i spokojny.
Popołudniu udałem się na miasto. Spotkałem sprzedawcę nowych wierzchowców. Te smoki wyglądają tak niewinnie, jednak coś czuje, że drzemie w nich siła o której nie mam pojęcia. Podszedłem do jednego i pogłaskałem po pysku. Wydawał się zadowolony. Zapytałem sprzedawcę, po ile one są. Odparł 200kk. Spoko cena. Po chwili namysłu kupiłem Hamelinga i poszedłem się z nim zapoznać. Dość szybki jest w bieganiu i z lataniem też sobie nieźle radzi. Po jakimś czasie będzie mógł dłużej unosić się w powietrzu, a ja będę mógł nacieszyć się niezapomnianymi widokami.
Wieczorem wróciliśmy do pałacu. Radośnie biegał po dziedzińcu i gdy tylko podeszła elfka, spokorniał i usiadł. Rena z piskiem podbiegła do niego i rozpieszczała go. Był zadowolony, bo tylko słychać było jego mruczenie, że tak to nazwę. Po chwili pojawiła się Aisha, która patrzała na niego z zdziwieniem. Zeskoczyłem z mojego nowego przyjaciela i przytuliłem czarodziejkę do siebie.
- Jak ci się podoba?
- Skąd go wytrzasnąłeś?
- Kupiłem, a skąd niby miałbym go wziąć? - pogłaskałem ją po głowie i ucałowałem w czoło.
- Jest słodziutki.
Podeszła do niego i zaczęła głaskać po głowie. Potem pojawił się Lorien. Gdy podszedł do zwierzęcia, od razu chciał go zaatakować. Zaskoczyła mnie reakcja Hamelinga. Aisha go uspokajała, a Rena patrzała na artylerzystę z zmartwieniem. Założyłem ręce i odparłem spokojnie, że nawet wierzchowce się go boją. Wtedy się wkurzył i to bardzo. Zaczął mi wytkać, że niby traktuję wszystkich z góry i uważam się za nie wiadomo kogo. Potem zaczął mi zarzucać, że się zatracam w mroku i walczę dla przyjemności. Prosiłem go by się uspokoił, jednak nic to nie dało. Oznajmił, że wynosi się stąd i opuścił nas. Kłótnie również słyszała moja siostra, która akurat przechodziła. Poszła na górę, w stronę naszych pokoi. Nie wiedziałem co zrobić, by nie pogorszyć sprawę.
- Zboczył ze swojej drogi i kroczy niewłaściwą ścieżką. - powiedziała smutna Rena.
- Jest dorosły. Sam chce tak żyć. - rzuciłem i podszedłem do Hamelinga, który się już uspokoił.
Niedługo potem usłyszeliśmy szybkie schodzenie z schodów i odgłosy uderzania czymś o ziemię. Lorien, z swoimi bagażami kierował się do wyjścia. Nie sądziłem, że na serio chce się wynieść. Rena pobiegła za nim i widać z daleka było, że wręcz go błagała by został. On jednak ją zignorował i odjechał na Mobim. Nie wiedziałem w sumie, co zrobić. Jeśli on nie wróci to nie wiem, jak ukończymy misję. Wystarczy, że od dłuższego czasu jesteśmy bez Eve.

Kolejny dzień nie zapowiadał się ciekawie. Rena strasznie martwiła się o Chunga, Raven zachowywał się tak jak zwykle, czyli niczym nie poruszony, Aisha siedziała zamyślona, a ja myślałem, jak go sprowadzić z powrotem. Na pewno wrócił do Hamel, więc szukać go nie trzeba. Problem tkwi jak przekonać go do dalszej współpracy. Siedząc w ciszy, usłyszeliśmy jak ktoś zmierza w naszym kierunku. Stukot obcas był co raz bardziej wyraźny. Odwróciliśmy się w stronę wejścia i w nich stanęła dziewczyna. Wysoka, ładna, z włosami częściowo spiętymi w kok, a reszta włosów swobodnie opadała. Miała na sobie zdecydowanie za krótką sukienkę, z odsłoniętymi ramionami. Długie, czarne rękawiczki, czarny kożuch wokół szyi i szerokie rękawy. Buty na obcasie, z czego lewa noga była prawie całkowicie zakryta przez wydłużenie buta, a prawa odsłonięta. Trzymała w prawej ręce włócznię.
- Hej kochani. - niemożliwe by to była Ara.
- Ara? - zapytała Rena.
- Bardzo was przepraszam, że was o niczym nie powiadomiłam. Nie sądziłam, że tak długo zajmie mi trening.
- Ważne, że już jesteś z nami. - odpowiedziała uradowana Rena i wprowadziła Arę do środka. Nie żeby coś, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zmieniła się nie do poznania. Nie napatrzałem się zbyt długo, bo Aisha za plecami uderzyła mnie różdżką.
- Za co do cholery?! - odwróciłem się do niej, a ona obrażona założyła ręce i prychnęła. Rena powoli wyjaśniła Arze, co się wczoraj wydarzyło.
- Smutne, że od nas odszedł. Może wróci.
- Może... - dorzuciłem i podparłem się ręką o stół.
- Wróci prędzej czy później. - odezwał sę Raven i spojrzałem na niego.
- A to ty tu jesteś? Nie wiedziałem.
- Elsword... - syknęła Aisha.
Jakiś czas później przyszedł do nas jeden z wojowników wiatru, który zamieszkuje wioskę Caluso. Powiedział nam, że Karis wykonała swój ruch. Od razu wszyscy ożyli. Wypytywaliśmy się o szczegóły. Podobno wybudziła Behemota z snu i zmierza wraz z nim na miasto. No pięknie. Ona chyba jest do wszystkiego zdolna. Prawdopodobnie w jego wnętrzu znajduje się Anudran. Powiedział nam również, że Karu czeka na nas by wyjaśnić plan działania.
Udaliśmy się za posłańcem do Karu. Tam, wyjaśniono nam plan działania. Dzięki pomocy statkom powietrznym, mamy powstrzymać Behemota, zająć się Karis i uratować Anudran. Zapowiada się ciekawie.

sobota, 19 października 2013

Wpis15 Part1

Podczas kolacji zastanawialiśmy się, co się stało z Arą. Zakładaliśmy, że udała się na jakiś trening. By rozwiać nasze wątpliwości, Rena oznajmiła, że popyta trochę kogo należy i się dowie. Podczas dalszych rozmów, Aisha wyskoczyła z wiadomością o nowym avatarze. Salvatore Ventus. Założę się, że kolejny marny komplet. Jeszcze żaden Salvator mi się nie spodobał i wątpię, że się to zmieni.
Gdy rozchodziliśmy się do swoich pokoi, poprosiłem Chunga o rozmowę. Zgodził się i udaliśmy się na balkon. Wymienialiśmy się wrażeniami z odbytego treningu. Przy okazji dowiedziałem się, jak bardzo klasę, którą ma Chung osłabili. Nie brzmiało to najlepiej, jednak biorąc pod uwagę ten atak co widziałem, to mam mieszane uczucia. Gdy skończyliśmy rozmawiać, Chung wrócił do siebie, a ja udałem się do mojej księżniczki.
Siedziała na łóżku i przy oświeconej lampce, przeglądała jakieś zdjęcia. Zapytałem ją, co tam ma. Odparła krótko, że to nie mój interes.
- Jesteś strasznie niemiła. Jak zawsze w sumie. - usiadłem na krześle i położyłem nogi na stole.
- Jestem taka sama, jak ty do mnie. Nie wiem, o co się czepiasz. - zerknęła na chwilę. - Weź te nogi z stołu. Nie jesteś u siebie.
- Tak, jasne. - leniwie ściągnąłem nogi z stołu i jej się przyglądałem.
- Co znowu?
- Nie mogę na ciebie popatrzeć już? - spojrzała podejrzliwie.
- Czego chcesz? Zwykle zachowujesz się tak, gdy czegoś chcesz ode mnie.
- A czego ja mogę chcieć Zeki? Sama powinnaś to wiedzieć. - westchnęła i wstała z łózka. Usiadła mi na kolana i przytuliła mnie do siebie.

Kolejnego dnia, wraz z Lorienem udaliśmy się na dzienne misję. Miałem okazję sprawdzić, czy trening się opłacił. Wszystko szło gładko. Dzięki pomocy Mrocznego mogłem używać Phantoma i Cuttera. Najbardziej zaciekawiła mnie akcja z Berrutami. Czekaliśmy, aż podejdą i wtedy Lorien przyjął pozycje do AS. Nie wiedzieliśmy, co chciał zrobić, jednak długo czekać nie musieliśmy. Gdy Berruty się zebrały, odpalił AS i w kilka sekund zmiótł, dosłownie zmiótł Berruty. Spojrzeliśmy na niego, a on jakby nigdy nic. Wstał, otrzepał się z kurzu i ładował magazynek. Gdy przechodziliśmy do kolejnego etapu zapytałem go, czy wziął wcześniej jakieś dodatkowe eliksiry. Uderzył mnie lekko działem i dodał, że mu zazdroszczę. No sorry bardzo, ale jest czego.
Po zakończeniu dziennych misji, przechadzaliśmy się po centrum miasta. Zobaczyliśmy plakaty nowego kompletu Ventusa. Muszę przyznać, że nawet im wyszedł. Kupię go sobie, bo i tak z kasą nie mam co robić. 
Popołudnie spędziłem z Śnieżynką i Coco na arenie treningowej. Musiałem trochę popracować nad moim mrokiem.
- Mroczny, wyjaśnij mi dlaczego tak się męczę?!
- Za słaby jesteś. Musisz potrenować trochę. Dobrze wiesz, że nie chcemy ci na złość. Szach. - jak zwykle moi duchowi pomocnicy grali w szachy.
- Najważniejsze byś skupił się na swoim zadaniu i tego co chcesz zrobić. Miecz zmaterializuje się zawsze, gdy będziesz go potrzebować. Utrzymanie go też zależy od twojej woli. - odparł spokojnie staruszek.
- Jesteście strasznie irytujący.
Nie marnując więcej czasu na pogawędkę z nimi, zacząłem trenować swoją wytrzymałość.
Pod wieczór, gdy wracałem do pałacu natknąłem się na Zeki. Zapytała mnie, co sądzę o nowym komplecie. Odrzekłem, że może być. Udaliśmy się na kolację, a potem zająłem się moją kochaną czarodziejką.

Z rana sprawdziłem rynek i tak jak myślałem. Początkowe ceny są zawsze takie kosmiczne. Przy okazji spotkałem Kakazu i razem udaliśmy się na trening. Po paru godzinach pożegnaliśmy się i wróciłem do pałacu. Położyłem się na chwilę, bo niespełna trzydzieści minut potem napisał do mnie Lorien, czy idę na Henira. Wygramoliłem się z łóżka i udałem się pod tablicę. Niby tam ma na mnie czekać. Gdy dotarłem na miejsce, patrzałem w niego jak wryty. Co on ze sobą zrobił? Devil? Poważnie? Ze wszystkich setów Devila se wybrał? Gdy go zapytałem, dlaczego ten to odparł, że mu się podoba. No fakt, jest pokaźny, ale do niego nie pasuje. By mi dopiec rzucił, że Glacek nie pasuje do mnie. Co racja, to racja, jednak wyglądać trzeba dobrze. Nie podobała mi się ta jego zmiana. Najpierw usamodzielnienie się, potem zmiana charakteru, a teraz Devil.
Glave jak zwykle przywitał nas swoim śmiechem. Nim wyruszyliśmy rzucił, że za kilka dni czeka na nas próba i wtedy nauczymy się nowych umiejętności. Od razu skontaktowałem się z swoimi duchowymi przyjaciółmi i zapytałem, czy coś wiedzą. Cornwell odparł, że tak, ale nie chcą mi zepsuć niespodzianki.
Po zakończeniu Henira ponownie udałem się na arenę treningową doskonalić swoje umiejętności i panowanie nad mrokiem. Czasem wymykał się spod kontroli, a na to pozwolić sobie nie mogę. Wieczorem powiadomiłem resztę ekipy, o zakupie Devila przez Chunga. Początkowo wierzyć mi nie chcieli, jednak kiedy nasz książę wrócił, to byli w takim samym szoku jak ja przedtem. Kto jak kto, ale do Loriena ciemne kolory nie pasują. Nadawają mu złe wrażenie początkowe. Devily od zawsze były przeznaczone dla tych z wyższej półki, tak samo jak Dragon Knight.

piątek, 18 października 2013

Wpis14 Oczami Chunga

Mam już dość tego gościa. Niech sam sobie radzi.
Szybko dojechałem do Aranki i użyłem biletu. Znalazłem się w Hamel i od razu skierowałem się do swojego domu.
Otwarcie przywitali mnie służący, co w nim mieszali i dbali o jego czystość. Udałem się do swojego pokoju. Wszystko było w takim samym stanie, gdy opuszczałem dom. Ściągnąłem zbroję Devila, wraz z okiem i wziąłem prysznic. W szlafroku położyłem się na łóżku i myślałem nad tym, co przyjaciele teraz o mnie myślą. Lorienka położyła się obok i otuliła ogonami. Wezwałem służbę i poprosiłem o kolację. Kilka minut później podano mi danie i gdy je zjadłem wziąłem do ręki pierwszą lepszą książkę, co się nawinęła. Po przeczytaniu kilku kartek położyłem się spać.

Wypoczęty następnego dnia, udałem się do Peity. Ciekawiło mnie, jak Maya sobie radzi. Dzięki biletowi Aranki w jednej chwili znalazłem się w Peicie. Podszedłem do Alvara i zapytałem, czy widział gdzieś Mayę. Odparł, że niedawno wróciła z patrolu. Pewnie jest w domu lub siedzi pod wodospadem. Schodząc w dół dostrzegłem ją i tego DC. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że się obejmowali czule. Podszedłem do nich.
- Witam. Nie przeszkadzam wam? - obydwoje spojrzeli na mnie i jak oparzeni się od siebie odsunęli.
- Lorien? - zapytała zdziwiona Maya. Ściągnąłem oko Devila i spojrzałem na nią. - Dlaczego tu jesteś? Ta zbroja...
- Wiesz, dla mnie to nie problem znaleźć trochę czasu i zobaczyć się z tobą.
- Szkoda, że wcześniej nie miałeś czasu. - odparła oburzona.
- Tak, masz rację. Jednak sądziłem, że wcześniej powiadomisz mnie o zerwaniu.
- Lorien to nie tak. Ja...
- Zamilcz. - odrzekłem chłodno, że przez chwilę dostrzegłem strach w jej oczach. - Ty... - skierowałem się do artylerzysty obok. - Dbaj o nią. Niech zazna szczęścia, którego przy mnie nie doznała. - kiwnął tylko głową, a ja z powrotem założyłem oko Devila. - Mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy, moja droga Mayo. - odwróciłem się i skierowałem do najbliższego punktu podróżniczego.
- Uważaj na siebie podczas misji.
Ostatnie słowa, które od niej usłyszałem. W głębi duszy żałuję, że tak to wszystko wyszło. Jak widać, nie dane jest mi mieć bliską osobę, bliższą od przyjaciela.
Przechodząc przez Hamel trafiłem na Penentia. Patrzał na mnie jakby ducha widział.
- Co ty tu robisz?
- Stoję?
- Co z misją w Sander?
- Reszta się tym zajmie. Ja mam dość.
- Jakie dość?! Dopóki nie zakończysz misji nie masz żadnego prawa z niego uciekać!
- To oznajmiam ci, że rezygnuję z niej.
- Co się stało? Przecież zawsze walczyliście do końca. - westchnąłem i ręką przeczesałem grzywkę.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć. Teraz wybacz, ale mam kilka spraw do załatwienia.
Minąłem go i skierowałem się do siedziby zarządców tego miasta.
Budynek jest ogromnych rozmiarów. Mieści w sobie koło pięćset pokoi, z czego czterysta jest zamieszkanych. Wszyscy mieszkańcy tego budynku sprawują opiekę nad miastem jak i odpowiadają za stosunki dyplomatyczne z innymi miastami. Wchodząc do środka, zostałem kilka razy przywitany z należytym szacunkiem. Tak, dziedzictwo... Idąc przed siebie, mijałem marmurowe kolumny. Schody były zdobione kamieniami szlachetnym, dostępnymi tylko w Hamel. Na rozwidleniu schodów, na środku, stał posąg pra-pra-pra-pra dziadka. Skierowałem się w lewą stronę. Następnie w prawo, długim korytarzem kierowałem się do głównej sali administratorów miasta. Gdy stanąłem przed dużymi, dębowymi drzwiami, przypomniały mi się czasy, gdy jako małe dziecko goniłem i chowałem się za nimi. Odrzuciłem szybko wspomnienia i otwarłem drzwi.
W środku jak zwykle wszyscy się obijali. Spojrzeli na mnie i jak struny stanęli wyprostowani i przywitali najserdeczniej jak umieli. Zerknąłem za siebie. Strażnicy zamykali drzwi. Skierowałem wzrok na nich i machnąłem ręką. Usiedli i jeden z nich zapytał, co mnie tu sprowadza. Szedłem przed siebie, na drugi koniec stołu. Nie odpowiedziałem na jego pytanie. Obserwowali mnie uważnie. Każdy mój ruch. Gdy doszedłem na koniec stołu, przejechałem ręką po krześle, które tam stało. Na nim siedział mój ojciec. Oparłem się o nie i przyjrzałem się im.
- Wyglądacie tak żałośnie. Rozleniwiliście się panowie.
- Proszę wybaczyć książę, ale...
- JAK ŚMIESZ SIĘ DO MNIE ODZYWAĆ PARSZYWY STARUCHU?! - krzyknąłem i echem odbijało się po całym pomieszczeniu. - Daruj sobie wymuszony szacunek lizusie. - uderzyłem ręką w stół. - Jeśli nie weźmiecie się do roboty, to osobiście wam wymierzę karę. Przypominam wam, jeszcze są tu członkowie rodziny Seiker.
Po tych słowach skierowałem się do wyjścia.
Wróciłem do domu i powiadomiono mnie, że mam gościa. Trochę dziwne, że już mam gościa, jak wczoraj wróciłem. Wszedłem do salonu i tam siedziała Sasha. Wmurowało mnie. Ze wszystkich osób musiała to być ona?!
- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam.
- Nie, nie. Skądże. - usiadłem na przeciwko niej. - Można wiedzieć, co się sprowadza?
- Zapewne uznasz to za absurdalne, jednak twój ojciec żyje.
- Co proszę? Przecież go pochowaliśmy.
- Czy aby na pewno to był on? - spojrzała na mnie z powagą i pewnością siebie. Z drugiej strony jak na to spojrzeć...
- Czyli mamy rozkopać grób, tak?
- Jeśli chcesz mieć pewność.
Wezwałem kilku służących i razem udaliśmy się na cmentarz. Kazałem im wykopać trumnę. Po ponad godzinie wyciągnięto trumnę. Otwarliśmy i w środku były zwłoki, ale nie mojego ojca, tylko demona. Czyli to wszystko było na pokaz. Tylko dlaczego?
- Chcieli zyskać na czasie by w spokoju móc przejąć nad nim kontrolę.
- Gdzie on się znajduje?
- W Świątyni Wyzwań. - czyli jest nadzieja. Jest szansa, że znowu spotkam mojego ojca.
- Pokażesz mi drogę do niej? Muszę uwolnić mojego ojca.
- Oczywiście Chung, jednak pozwól, że będę ci towarzyszyć.
- Jeśli to dla ciebie nie problem.
Udaliśmy się do wejścia świątyni. W niej odnajdę to, co dla mnie najważniejsze. Ojcze... Czas wrócić do domu.

niedziela, 13 października 2013

Wpis13 Oczami Chunga

Każdy dzień mija tak samo, więc nie widzę sensu o tym pisać.
Kilka dni potem, na rynek został wystawiony avek Ventusa. Elsword obrał sobie za cel skompletowania go. Nie wiem, co on w nim widzi, ale nie mój interes. Każdego dnia starałem się zarobić jak najwięcej umiałem. Zależy mi na skompletowaniu Devila. Gdy spotkałem nazoidkę, co mi poleciła sprzedawcę skrzydeł i niszczyciela, podziękowałem raz jeszcze za pomoc. Zwykle nikt nikomu nie pomaga w kupnie avka. Mniejsza.
Tego dnia przyszedł list od Mayi, że wraca do Peity, swojego rodzinnego miasta. Napisała również, że towarzyszy jej pewien DC, którego wcześniej spotkałem w Hamel. Widziałem, o którego chodzi. Cóż, przynajmniej będzie bezpieczna, jednak coś czuje, że za tym idzie coś więcej.

Dwa dni później, Elsword biegał w akcesorium i broni Ventusa. Trzeba przyznać, że do Glacka pasuje, ale jego, jako osoby już nie. Odłożył Falcona chyba zupełnie i ciągle Glacek. Już rzygać się chce tą bielą.
W końcu udało mi się zarobić wystarczającą ilość pieniędzy, na kupno skrzydeł i niszczyciela. Poszedłem do tamtego artylerzysty i kupiłem, co chciałem. Teraz jestem w pełni usatysfakcjonowany. Szybko oswoiłem się z nowym akcesorium i bronią. Wieczór spędziłem w towarzystwie Elesis i Ravena. Graliśmy w karty. Zabawnie było. Dawno się tak nie bawiłem.

Następnego ranka, idąc przez miasto, zauważyłem, że na sprzedaż idą nowe zwierzaki, a dokładniej Hamelingi. Zaskoczyło mnie, czemu te smoki wypuścili na rynek... Dawno temu, z ojcem je odwiedzaliśmy, że tak to ujmę. Są zazwyczaj spokojne, jednak jak się je zdenerwuje to uciekać, zwłaszcza przed lodowym. Niestety, teraz nie stać mnie na kupno smoka, bo wykosztowałem się z Devilem. Trudno się mówi.
Jak zwykle, czekałem na Elsworda by iść na Henie. Czy on nie może aby raz być punktualny? Siedząc i czytając książkę, przez przypadek potknęła się o moją nogę pewna osoba. Spojrzałem zza książki na leżącą osobę. Była to dziewczyna, łuczniczka, bo trzymała łuk w ręku i miała na sobie Devila. Zamknąłem książkę i podszedłem do niej. Zapytałem, czy w porządku. Wstając i otrzepując się z kurzu, odpowiedziała, że nic się jej nie stało. Gdy już staliśmy na przeciwko siebie uśmiechnęła się życzliwie i zapytała, czy to ja jestem zarządcą SC. Odparłem, że tak. Dopiero wtedy dostrzegłem, iż ona należy do naszej gildii.
- Miło mi ciebie poznać. Jestem Kurai, Grand Archer.
- Mi również.
- Czekasz na kogoś? - zapytała.
- Tak, na kolegę. Idziemy na Henira.
- O! Mogę z wami?! - złapała mnie za ręce i przyglądała z nadzieją, chyba... bo też miała oko Devila.
- No... Nie widzę problemu... chyba... - uradowana przytuliła się do mnie, a ja nie wiedziałem, co z nią zrobić teraz. Potem pojawił się Elsword i przedstawił się naszej koleżance. Zgodził się, by poszła z nami na Henia.
Przechodząc przez poczekalnie Elsword rzucił mi podejrzliwe spojrzenie.
- Co znowu?
- Luuubi cię. - odparł z swoim uśmieszkiem i poszedł dalej.
Za jakie grzechy!?!?
Gdy skończyliśmy Henira, poszliśmy się przejść. Elsword oczywiście na rynek wpakował się i szukał okazji Ventusa. Kurai cały czas szła przy mnie i od czasu do czasu przyglądała. Potem usiedliśmy na ławce, w parku, nieopodal centrum miasta. Oparłem się o oparcie i pozwoliłem, by słońce padało na moją twarz. Zmęczony trochę byłem dzisiejszym dniem. Kurai siedziała pomiędzy mną, a wojownikiem i bawiła się z Lorienką i Śnieżynką. Najwidoczniej nasze pety ją polubiły. Gdy odpoczęliśmy, każdy poszedł zająć się swoimi sprawami.
Wieczorem, gdy wróciłem do pałacu, Elsword chwalił się wszystkim swoim nowym wierzchowcem - Hamelingiem. Był młody i pełen energii. Ciekawi mnie, jak wojownik się nim zajmie. Podszedłem do zwierzęcia i z niewiadomego powodu, smok stanął na dwóch tylnich łapach i chciał mnie zaatakować. Odskoczyłem w ostatniej chwili. Aisha zaraz podeszła do smoka i go uspokajała. Dlaczego mnie zaatakował? Przecież, nawet go nie dotknąłem.
- Nawet wierzchowce się ciebie boją. - powiedział wojownik i spojrzał na mnie. Zacisnąłem zęby i rękę w pięść.
- Za kogo ty się uważasz, co? Myślisz, że mając wszystko jesteś lepszy od innych i możesz się wywyższać? - stanąłem na przeciwko niego i ściągnąłem oko Devila, by on mógł też patrzeć mi prosto w oczy.
- Zmieniłeś się i to bardzo. Nie jesteś tą osobą, którą znałem.
- Ty też się zmieniłeś. Gdy pierwszy raz się spotkaliśmy byłeś w miarę opanowany i martwiłeś się o resztę. Walczyłeś w ich obronie, a potem co? Walczyłeś na siłę, bo lubiłeś to, polubiłeś zabijanie, walki, krew, ofiary, wszystko. Sadysta. Od kiedy zacząłeś zadawać się z mrokiem i się w nim powoli zatracałeś, zacząłeś z góry wszystkich traktować. Uważasz się za nie wiadomo kogo, bo masz moc mroku po swojej stronie?
- Co ty znowu pierdolisz? Opanuj się w końcu i zejdź na ziemię.
- Nie jesteś moim ojcem. Nie chce mieć z tobą nic wspólnego. Wynoszę się stąd.
Szturchnąłem go ramieniem, kiedy opuszczałem dziedziniec. Kierowałem się do swojego pokoju. Mam dość tej misji. Wracam do Hamel i nie interesuje mnie nic.
Gdy się pakowałem, do pokoju weszła Elesis i zapytała, co zamierzam zrobić. Rzuciłem, że wracam do Hamel i nie mam zamiaru walczyć z nim wspólnie. Już nigdy więcej. Podeszła do mnie i złapała za rękę.
- To nie jest dobry pomysł. - szarpnąłem ręką i ją odtrąciłem.
- Nie potrzebuje łaski nikogo. Zostaw mnie.
- Słyszałam o tym, co się przytrafiało, w trakcie podróży. Pewnie jest ci ciężko, ale nie odtrącaj od siebie przyjaciół.
- Co ty możesz wiedzieć o tym, jak ja się czuje. Pusta gadanina. - zamknąłem walizki i wziąłem je do ręki. - Zajmij się swoim niewychowanym bratem, co myśli, że jest bogiem. - syknąłem do niej i skierowałem się do wyjścia.
 Lorienka tuptała obok mnie i po cichu płakała. Rena od razu podbiegła do mnie i prosiła bym został. Nie odpowiedziałem nic, tylko kierowałem się w kierunku wyjścia. Zawołałem Mobiegi i gdy się pojawił położyłem na nim swoje bagaże i odjechałem. Im dalej tym lepiej.

Wpis12 Oczami Chunga

Spodobał mi się atak artyleryjski. Być może dam sobie rade. Najbardziej ubolewam nad osłabieniem amunicji.
Przechodząc przez rynek, dostrzegłem sporą ilość kompletów Devila na sprzedaż. Patrząc na swoje fundusze i ceny jakie są, za kilka dni powinienem uzbierać odpowiednią sumę i kupić ten komplet. Umówiłem się jednym z sprzedawców, więc teraz tylko kwestia pieniędzy. Będzie brakować tylko skrzydeł i niszczyciela. Potem się zastanowię, skąd to wziąć.
Wieczór spędziliśmy wspólnie i zastanawialiśmy się, gdzie wcięło Arę. Rena oznajmiła, że postara się czegoś dowiedzieć na ten temat. W przerwach dyskusyjnych, Aisha wyskakiwała z informacją o nowym avatarze. Będzie zwał się Ventus, Salvatore Ventus. Wszystkie Salvy wyglądają okropnie, więc tu rewelacji nie widzę. Znając życie, jak Elsowi się spodoba to sobie kupi. Ciekawe, gdzie on to wszystko mieści i kiedy w tym łazi, bo głównie paraduje w Glacku lub Falconie. Po kolacji, każdy poszedł zająć się swoimi sprawami. Zanim wszedłem do swojego pokoju, Elsword zaczepił mnie i chciał ze mną pomówić. Zgodziłem się i wyszliśmy na balkon. Rozmawialiśmy głównie o treningu i jak to wszystko wygląda na chwilę obecną. Przy okazji dowiedział się, jak bardzo osłabili moją klasę. Nie był z tego zadowolony, jednak dorzucił, że widział jak trenuje atak AS. Racja, jedyna rzecz która nie spisuje mnie na straty to AS. Z tego, co mówił wygląda na to, że stał się lepszy jak kiedyś. Ciekawe, czy kiedyś go przegonię w czymkolwiek...

Następnego dnia wyruszyliśmy na dzienne misje. Inne klasy też zostały w pewnym stopniu pokaleczone, ale jakoś dawali sobie radę. Tak samo jak ja. Jednak obrażenia z AS'u są bardzo zadowalające, co cieszy. Elsword w przerwach pytał, czy nie jadę na jakiś dodatkowych eliksirach. Spojrzałem na niego kątem oka i uderzyłem działem w plecy.
- Jesteś zazdrosny.
- Chciałbyś.
Zaśmialiśmy się i kontynuowaliśmy misje. Po ich zakończeniu chodziliśmy po mieście i ujrzeliśmy plakaty nowego avataru Ventusa. Miałem rację, jest okropny. Znaczy, na wojowników ujdzie i innych, ale artylerzyści? Jak jacyś pedofile będą wyglądać. Mniejsza, mnie interesuje teraz Devil.

Popołudnie spędziłem czytając książkę, w towarzystwie Mobiego i Lorienki. Pochłonięty lekturą, nie dostrzegłem, kiedy podeszła do mnie Aisha. Usiadła obok i oznajmiła, że wie, co się dzieje z Arą. Wyruszyła na długoterminowy trening, by obrać klasę i tym samym nauczyć się nowych ataków. Nie wiadomo, kiedy wróci. Podziękowałem jej za informację i udałem się na arenę treningową.

Gdy wracałem wieczorem do pałacu, natknąłem się na naszą parę zakochanych. Czy oni nie mogą załatwiać niektórych rzeczy, w swoich czterech ścianach? Minąłem ich i skierowałem do jadalni. W spokoju spożywałem kolację, a Rena zmywała naczynia. Gdy skończyłem jeść, odłożyłem talerz obok zlewu i skierowałem się do wyjścia, prawie... Elfka szarpnęła mnie za ramię i zarzuciła fartuch mówiąc, że mam sobie sam pomyć.
- Żartujesz, prawda?
- Nie mój drogi. Ręce ci odpadną, jak pomyjesz za sobą?
- Ale... - pstryknęła w czoło i odeszła.
- Nie zapomnij zgasić światła.
Ona jest wredna!

Kolejnego dnia, udałem się do Myu odebrać pieniądze. Było ich już wystarczająco, więc udałem się do mojego sprzedawcy. Poprosiłem o mojego Devila i wróciłem do pałacu. W swoim pokoju założyłem nowy komplet i dodatkowo oko Devila. Miał przy okazji na sprzedaż, za niską cenę, więc czemu miałbym nie wziąć? Trzeba przyznać, że czerń tego avatara, z lekkimi odcieniami czerwieni wygląda genialnie. Bardzo jestem zadowolony z tego zakupu. Fryzurę też zmieniłem. Teraz blond włosy, jak kiedyś, tyle że krótkie i inaczej uczesana grzywka. Na sam koniec założyłem oko Devila. Tak mogę walczyć i chodzić wszędzie. Jeszcze tylko działo i skrzydła, a potem jak będzie mnie stać to skrzydła na buty.
Wraz z Lorienką wyszyliśmy przed pałac. Zawołałem Mobiego i w przeciągu kilkunastu sekund pojawił się przy nas. Wsiadłem na niego, Lorienka na kolana i jechaliśmy wykonać dzienne misje. Po godzinie uporałem się z sekretami. Teraz zostały Heniry, ale to z Elswordem.
Obok tablicy, w Sander, zsiadłem z Mobiego i usiadłem na swoim dziale. Dzięki nowemu komunikatorowi od Aranki, szybko mogliśmy przekazywać sobie informację. Napisałem do Elsworda, że czekam na niego z Henirami, przy tablicy. Odpisał, że za kilka minut będzie. Założyłem nogę na nogę i obserwowałem, co działo się dookoła mnie. Kilka chwil potem, podeszła do mnie pewna nazoidka, z gildii Providence. Zapytała mnie, czy poszukuje skrzydeł i działa Devila. Kiwnąłem głową, a ona się uśmiechnęła. Wręczyła mi kartkę, na której były namiary jednego z artylerzystów. Ponoć miał na sprzedaż, rzeczy które mi brakują. Podziękowałem jej za pomoc i potem zjawił się już Elsword. Spojrzał na mnie i przyglądał przez chwilę.
- Co ty...
- Zmiana image. To, co ty robisz, jak jest na sprzedaż nowy avatar.
- Dobra, ale czemu Devil?
- Bo mi się podoba? Tak samo mogę ciebie zapytać, czemu chodzisz na biało, jak twoje umiejętności i byt, kipią mrokiem na kilometr.
- Zamknij się. - syknął, a potem udaliśmy się do Glave, rozpocząć wyzwania. Zanim wyruszyliśmy, Glave powiadomił nas, że za kilka dni wszyscy zostaną poddani wielkiej próbie. Ciekawe, co za próba.
Gdy zachodziło słońce, skierowałem się do artylerzysty, którego mi poleciła tamta nazoidka. Udało mi się go znaleźć i bez owijania w bawełnę zapytałem, czy ma na sprzedaż skrzydła i działo Upadlaka. Kiwnął głową i pokazał mi skrzydła wraz z bronią. Zapytałem, ile za to chce. Po krótkim namyśle odparł 230kk za sztukę. Spodziewałem się takiej ceny... Ponownie zapytałem, czy da radę to zostawić dla mnie. Rzucił, że nie widzi problemu, jednak dał mi limit czasowy. Tydzień mam na uzbieranie kasy i kupienie tego albo idzie na sprzedaż publiczną. Zgodziłem się i skierowałem się w stronę 'domu'. Lorienka tuptała obok mnie. Widać, że nie miała już sił. Wziąłem ją na ręce i z czasem dotarliśmy na miejsce. Najpierw udałem się do pokoju, położyć ją na fotel, a potem zszedłem na kolację. Oczywiście wszyscy w szoku, co ja mam na sobie. Zwykle jasne ubrania i w ogóle, a teraz Devil - avek dla ludzi bogatych, którzy drwią z innych i pokazują swoją wyższość. Nie obchodziło mnie zdanie innych. Każdy chodzi w czym lubi, prawda?