piątek, 18 października 2013

Wpis14 Oczami Chunga

Mam już dość tego gościa. Niech sam sobie radzi.
Szybko dojechałem do Aranki i użyłem biletu. Znalazłem się w Hamel i od razu skierowałem się do swojego domu.
Otwarcie przywitali mnie służący, co w nim mieszali i dbali o jego czystość. Udałem się do swojego pokoju. Wszystko było w takim samym stanie, gdy opuszczałem dom. Ściągnąłem zbroję Devila, wraz z okiem i wziąłem prysznic. W szlafroku położyłem się na łóżku i myślałem nad tym, co przyjaciele teraz o mnie myślą. Lorienka położyła się obok i otuliła ogonami. Wezwałem służbę i poprosiłem o kolację. Kilka minut później podano mi danie i gdy je zjadłem wziąłem do ręki pierwszą lepszą książkę, co się nawinęła. Po przeczytaniu kilku kartek położyłem się spać.

Wypoczęty następnego dnia, udałem się do Peity. Ciekawiło mnie, jak Maya sobie radzi. Dzięki biletowi Aranki w jednej chwili znalazłem się w Peicie. Podszedłem do Alvara i zapytałem, czy widział gdzieś Mayę. Odparł, że niedawno wróciła z patrolu. Pewnie jest w domu lub siedzi pod wodospadem. Schodząc w dół dostrzegłem ją i tego DC. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że się obejmowali czule. Podszedłem do nich.
- Witam. Nie przeszkadzam wam? - obydwoje spojrzeli na mnie i jak oparzeni się od siebie odsunęli.
- Lorien? - zapytała zdziwiona Maya. Ściągnąłem oko Devila i spojrzałem na nią. - Dlaczego tu jesteś? Ta zbroja...
- Wiesz, dla mnie to nie problem znaleźć trochę czasu i zobaczyć się z tobą.
- Szkoda, że wcześniej nie miałeś czasu. - odparła oburzona.
- Tak, masz rację. Jednak sądziłem, że wcześniej powiadomisz mnie o zerwaniu.
- Lorien to nie tak. Ja...
- Zamilcz. - odrzekłem chłodno, że przez chwilę dostrzegłem strach w jej oczach. - Ty... - skierowałem się do artylerzysty obok. - Dbaj o nią. Niech zazna szczęścia, którego przy mnie nie doznała. - kiwnął tylko głową, a ja z powrotem założyłem oko Devila. - Mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy, moja droga Mayo. - odwróciłem się i skierowałem do najbliższego punktu podróżniczego.
- Uważaj na siebie podczas misji.
Ostatnie słowa, które od niej usłyszałem. W głębi duszy żałuję, że tak to wszystko wyszło. Jak widać, nie dane jest mi mieć bliską osobę, bliższą od przyjaciela.
Przechodząc przez Hamel trafiłem na Penentia. Patrzał na mnie jakby ducha widział.
- Co ty tu robisz?
- Stoję?
- Co z misją w Sander?
- Reszta się tym zajmie. Ja mam dość.
- Jakie dość?! Dopóki nie zakończysz misji nie masz żadnego prawa z niego uciekać!
- To oznajmiam ci, że rezygnuję z niej.
- Co się stało? Przecież zawsze walczyliście do końca. - westchnąłem i ręką przeczesałem grzywkę.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć. Teraz wybacz, ale mam kilka spraw do załatwienia.
Minąłem go i skierowałem się do siedziby zarządców tego miasta.
Budynek jest ogromnych rozmiarów. Mieści w sobie koło pięćset pokoi, z czego czterysta jest zamieszkanych. Wszyscy mieszkańcy tego budynku sprawują opiekę nad miastem jak i odpowiadają za stosunki dyplomatyczne z innymi miastami. Wchodząc do środka, zostałem kilka razy przywitany z należytym szacunkiem. Tak, dziedzictwo... Idąc przed siebie, mijałem marmurowe kolumny. Schody były zdobione kamieniami szlachetnym, dostępnymi tylko w Hamel. Na rozwidleniu schodów, na środku, stał posąg pra-pra-pra-pra dziadka. Skierowałem się w lewą stronę. Następnie w prawo, długim korytarzem kierowałem się do głównej sali administratorów miasta. Gdy stanąłem przed dużymi, dębowymi drzwiami, przypomniały mi się czasy, gdy jako małe dziecko goniłem i chowałem się za nimi. Odrzuciłem szybko wspomnienia i otwarłem drzwi.
W środku jak zwykle wszyscy się obijali. Spojrzeli na mnie i jak struny stanęli wyprostowani i przywitali najserdeczniej jak umieli. Zerknąłem za siebie. Strażnicy zamykali drzwi. Skierowałem wzrok na nich i machnąłem ręką. Usiedli i jeden z nich zapytał, co mnie tu sprowadza. Szedłem przed siebie, na drugi koniec stołu. Nie odpowiedziałem na jego pytanie. Obserwowali mnie uważnie. Każdy mój ruch. Gdy doszedłem na koniec stołu, przejechałem ręką po krześle, które tam stało. Na nim siedział mój ojciec. Oparłem się o nie i przyjrzałem się im.
- Wyglądacie tak żałośnie. Rozleniwiliście się panowie.
- Proszę wybaczyć książę, ale...
- JAK ŚMIESZ SIĘ DO MNIE ODZYWAĆ PARSZYWY STARUCHU?! - krzyknąłem i echem odbijało się po całym pomieszczeniu. - Daruj sobie wymuszony szacunek lizusie. - uderzyłem ręką w stół. - Jeśli nie weźmiecie się do roboty, to osobiście wam wymierzę karę. Przypominam wam, jeszcze są tu członkowie rodziny Seiker.
Po tych słowach skierowałem się do wyjścia.
Wróciłem do domu i powiadomiono mnie, że mam gościa. Trochę dziwne, że już mam gościa, jak wczoraj wróciłem. Wszedłem do salonu i tam siedziała Sasha. Wmurowało mnie. Ze wszystkich osób musiała to być ona?!
- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam.
- Nie, nie. Skądże. - usiadłem na przeciwko niej. - Można wiedzieć, co się sprowadza?
- Zapewne uznasz to za absurdalne, jednak twój ojciec żyje.
- Co proszę? Przecież go pochowaliśmy.
- Czy aby na pewno to był on? - spojrzała na mnie z powagą i pewnością siebie. Z drugiej strony jak na to spojrzeć...
- Czyli mamy rozkopać grób, tak?
- Jeśli chcesz mieć pewność.
Wezwałem kilku służących i razem udaliśmy się na cmentarz. Kazałem im wykopać trumnę. Po ponad godzinie wyciągnięto trumnę. Otwarliśmy i w środku były zwłoki, ale nie mojego ojca, tylko demona. Czyli to wszystko było na pokaz. Tylko dlaczego?
- Chcieli zyskać na czasie by w spokoju móc przejąć nad nim kontrolę.
- Gdzie on się znajduje?
- W Świątyni Wyzwań. - czyli jest nadzieja. Jest szansa, że znowu spotkam mojego ojca.
- Pokażesz mi drogę do niej? Muszę uwolnić mojego ojca.
- Oczywiście Chung, jednak pozwól, że będę ci towarzyszyć.
- Jeśli to dla ciebie nie problem.
Udaliśmy się do wejścia świątyni. W niej odnajdę to, co dla mnie najważniejsze. Ojcze... Czas wrócić do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz