niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział XV Niespodziewany atak. Wpis1

Była koło 3 w nocy, gdy rozległ się hałas na zewnątrz. Śnieżynka podeszła do okna i sprawdziła, co się dzieje, bo mi jakoś nie paliło się by wstawać, jednak gdy wykrzyknęła iż demony atakują Sandrie to jak oparzony wstałem, ubrałem się i wraz z nią wybiegliśmy na zewnątrz. Na korytarzu spotkałem resztę. Wybiegliśmy z pałacu i kierowaliśmy w stronę palących się domów. Rozdzieliliśmy się i zabijaliśmy wszystko, co stanowiło zagrożenie. Oczywiście wojownicy stąd też nam pomagali i w niecałe dwie godziny udało nam się wytępić te zarazę z miasta i ugasić pożary.
Po tej akcji zaczynałem myśleć czy aby tu jesteśmy bezpieczni. Udaliśmy się do Emirate, który teraz miał dużo spraw na głowie ale znalazł czas dla nas. Weszliśmy do jego domu i tam Emi powiedział nam, iż ci co nas zaatakowali to człekopodobni ludzie z klanu Trock i zawsze byli przyjaźni nastawieni do Sandri, jednakże od pewnego czasu to się zmieniło. Dowódca wtajemniczył nas bardziej w sprawy tego miasta. Księżniczka, kapłanka wietrznego Eldrytu, Anudran pochodzi z miasta położonego w powietrzu, który utrzymuje się przy pomocy El. Ona wraz z wojownikami stamtąd z klanu Calluso miała prowadzić konferencje pokojową z klanem Trock za to, iż zostali wykopani z gór Parugo i musieli znaleźć inne miejsce do życia, jednakże nie dotarła na spotkanie, bo została porwana przez demony. Przy okazji dowiedział się iż diablica zwie się Karis. To przynajmniej teraz wiem jak ta mała dziwka się zwie. Powiedział nam też, iż nie rozumie dlaczego przywódca klanu Trock - Chieftain Trockta zaatakował miasto. Przeczuwał, iż za tym stoi jakaś inna sprawa i poprosił nas byśmy to zbadali i dowiedzieli się czemu to zrobili. Zgodziliśmy się i tak powoli zaczęliśmy szykować się do podróży do jaskiń, w których mieszka klan Trock.

Tym razem poszliśmy wszyscy, ze względu na to iż nie ma Ravena, a Eve nas opuścił to zbyt ryzykowne by było bym ja i Chung poszli tam sami. Zanim wyruszyliśmy Vapor dała nam mapę byśmy się nie zgubili. Wyruszyliśmy przed siebie przemierzając pustynie przez długi czas. W końcu dostrzegliśmy zarys ich siedziby, że tak to nazwę. Zbiegliśmy na dół i kierowaliśmy prosto do samego środka by dowiedzieć się więcej o przeprowadzonym zamachu na Sandrie. Podczas wędrówki na drodze stawało nam dużo przeciwników, jednak bez problemu ich pokonywaliśmy i biegliśmy dalej przed siebie. Z przywołanym Phantomem, strzałami Reny, Carpetem i Dreadem Chunga, supernovą Aishy oraz Shadow Knotem Ary bez problemu przedzieraliśmy się przez nich.
W końcu udało nam się zbiec na dół i jeszcze kawałek drogi przed nami został. Idąc dalej i pokonując przeciwników na naszej drodze stanął wielkich rozmiarów zmutowany kundel. Nie podobało mi się to i musieliśmy trochę zmienić taktykę by go się pozbyć. Jedno uderzenie z tej łapy mogło by połamać człowieka na pół. Dzięki Lorienowi szybko zaszliśmy go z wszystkich stron i wykończyliśmy. Usiedliśmy na chwile i odpoczywaliśmy. Pierwszy raz tak się zmachałem. W cholerę ich dużo i na dodatek są wytrzymali.
-Padam z nóg, może jutro tu wrócimy co? - odparła zdyszana Aisha, która leżała na ziemi i nie wyglądało na to by poszła dalej.
-Im dłużej będziemy zwlekać tym bardziej miasto będzie zagrożone.
-Jeden atak im nie wypalił, wybiliśmy chyba z połowę tego czegoś, więc wątpię by powtórzyli atak.
-Umiesz robić coś poza marudzeniem na misji? - zmierzyłem ją chłodnym spojrzeniem. Zaraz się dźwignęła obrażona i poszła przed siebie.
-Aisha nie oddalaj się za bardzo. - powiedział do niej Chung jednak ona miała go gdzieś i szła dalej.
Przed nami był dziwny krajobraz, jakby tu żerowały mrówki wielkości dwóch metrów albo kto wie... Strasznie cicho się zrobiło. Śnieżynka wyczuwała dużą ilość wrogów, jednak nie było ich widać. Wstałem i razem z resztą poszliśmy tam gdzie Zeki. Podeszliśmy do niej i przez chwile bacznie obserwowaliśmy skały przed nami.
-Też macie wrażenie, że jesteśmy obserwowani? - zapytała cicho Aisha i spojrzała na nas.
Kiwnęliśmy zgodnie głowami i powolnym krokiem szliśmy dalej. Gdy byliśmy prawie u zbiegu na dół by dostać się do Chieftain'a za nami, z skał wyskoczyło stado przeróżnych Trocków. Szybko skupiliśmy na nich uwagę i tak przez kilka najbliższych godzin, bo nie wiem ile dokładniej to trwało walczyliśmy przeciwko nim. Czasem odnosiłem wrażenie, że ich w ogóle nie ubywa, Nawet używając tych najsilniejszych umiejętności, gdy tylko pozbyliśmy się ich przyłaziło coraz to więcej.
Gdy zapadł zmrok uporaliśmy się z nimi i ledwo żywi siedzieliśmy na ziemi. Każdy z nas był u skraju wyczerpania, nie ma szans by iść do Chiefta i porozmawiać o tym, co się wydarzyło, bo gdyby doszło do walki zabiłby nas bez problemu. Zgodnie stwierdziliśmy iż wracamy do Sandri i tam pomyślimy nad strategią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz