środa, 26 września 2012

Wpis3

Obudziłem się wczesnym rankiem. Słońce dopiero, co wstało. Dziś czułem się dużo lepiej jak wczoraj. Ubrałem się i po kryjomu wymknąłem się ze szpitala. Wiedziałem, że lekarze by mi nie pozwolili wyjść w takim stanie. Udałem się pośpiesznym krokiem do przyjaciela i pożyczyłem od niego płaszcz, by nikt mnie nie rozpoznał. Dobra to kaptur na głowę i mogę swobodnie się poruszać po Hamel. Rozglądałem się za czymś ciekawym no i znalazłem. Jednak brak funduszy uniemożliwił mi zakup mojego acc do kompletu Dark Shadow. Chyba będę musiał za niedługo coś z tym zrobić i kupić to, co mam na oku. Handlarze ciągle przekrzykiwali się na rynku. Już mnie głowa zaczęła od tego boleć. Udałem się w kierunku wyjścia. Nie wiedziałem w sumie, co teraz robić. Szedłem dalej przed siebie i po drodze spotkałem Rene i Ravena. Kurde.. To się nazywa mieć szczęście. Liczę, że mnie nie poznają. Minęliśmy się jakby nigdy nic. Uff.. Mało brakowało. Postanowiłem się skierować do Camilli i wyjaśnić kilka sprawa odnośnie ostatniej felernej walki. Jak zwykle ruch panował na treningowym no i powiększyło się grono gapiów. Udałem się do niej, jak zwykle stała i wszystkim nadzorowała. Stanąłem obok i oparłem się barierkę.
-Może wyjaśnisz mi czemu posłałaś mnie i Aishe na walkę z prototypami Eve? - Wejrzała na mnie. - Nie rozgłaśniaj, że to ja tylko odpowiedz na pytanie.
-Elsword.. - Wypowiedziała pół szeptem. - Nie wiem jak to się stało. Myślałam, że walczycie przeciw innym wojownikom, a nie prototypami. Ciągle tu stałam, więc nie możliwe by ktoś tu majsterkował
-Czyżby? Tylko, że przez to o mało co mnie nie uśmierciłaś. - Odrzekłem chłodno

-
Nienawidzisz ją prawda? Wygarnij jej wszystko.. Teraz masz okazję.. - Usłyszałem głos w mojej głowie. Ciemna strona... Stała się bardziej aktywna jak kiedyś
-Powiedziałem byś się nie wtrącał.
-Potrzebujesz mnie bardziej niż myślisz.. - Zniknął.

-
...Cieszę się, że już wszystko w porządku. - Nawet nie skupiłem uwagi na to co mówiła.
-Nieważne. Jakby co, Sylph złoży Ci wizytę w tej sprawię.
Odwróciłem się i skierowałem do mojego domu. Na szczęście nikogo nie spotkałem podczas drogi. Wszedłem do środka i ściągnąłem płaszcz. Wszyscy, którzy zajmowali się domem przez ten czas, byli bardzo szczęśliwi widząc mnie zdrowego. Pytałem ich głownie jak sobie radzili i czy byli jacyś goście. Odpowiadali na przemian tak, iż wszystko rozumiałem. Będę musiał podziękować ojcu, za tych ludzi co ze mną przyjechali do Hamel. Większość chciałaby mieć takich lokai. Udałem się do ogrodu i tam wygodnie rozłożyłem się na ławce. Zamknąłem oczy i zasnąłem. Po kilku godzinach obudziłem się, a nade mną stała Aisha. Nie wyglądała zbyt wesoło, pewnie zaraz zacznie się wydzierać.
-Więc to tutaj uciekłeś co?
-Nie będę leżeć jak trup w szpitalu.
-Czy Ty zdajesz sobie sprawę jak zaniepokoiłeś Rene, lekarzy i w ogóle wszystkich!?! - Zaczęła powoli podnosić ton.
-E tam..- Zamknąłem oczy i dalej się wylegiwałem.
-E tam?!?! Jakie e tam? JA CI DAM E TAM TY...

-Krzycz głośniej. Zapomniałaś już, że nadal nie jestem w pełni sił i nie mam ochoty słuchać Twoich wrzasków? - Otwarłem jedno oko i wejrzałem na nią, a ona mina jakby chciała coś mi dogadać ale nie wiedziała co. Westchnęła i usiadła na brzegu ławki.
-Jesteś niemożliwy..
Uśmiechnąłem się do siebie i udałem się daleko myślami. Teraz chce tylko odpocząć, a potem wrócić do codzienności. Kilkanaście minut później wparzyło do mojego ogrodu horda lekarzy i strażników oraz moi przyjaciele.
-Co do..
-ELSWORD!!! NATYCHMIAST WRACASZ DO SZPITALA BEZ WYMIGIWANIA SIĘ!
-Hę? - Przewróciłem oczami. - Nigdzie nie idę. Zostaje w domu
-Nie ma żadnego zostaje w domu wracasz i to bez dyskusji. - Po chwili jeden z strażników mocno przypakowany podszedł do mnie i złapał za ramię i przerzucił na swoje plecy
-Teeee postaw mnie na ziemię!!! - Odrzekłem i próbowałem się wyrwać, jednak to nic nie dało i na siłę próbował mnie wynieść z mojego domu. - Puszczać mnie nigdzie nie idę!!
-Elsword to dla Twojego dobra..
-Dobra? Jakiego kurde dobra??!?
-Wiesz śmiesznie teraz wyglądasz, taki bezradny władca Cornwelli. - Odrzekł Chung po czym zaśmiał się
-Czekaj no Ty, doigrasz się wkrótce. - Aisha na mnie patrzała i bezradnie opuściła ręce.
-Nie martw się odwiedzimy Cię jutro.
-Nigdzie nie idę i do cholery odstaw mnie na ziemię, ty nie wiadomo co i do czego!
-Idziesz idziesz i to bez gadania. Wyprowadźcie go.
Nie mogłem nic zrobić, Cornwella przecież nie będę przywoływać na taką głupotę.. Poza tym jestem jeszcze bardzo osłabiony, więc długo bym go nie utrzymał.. Szarpałem się w wszystkie strony jednak to nic nie dało, a przyjaciele mnie tylko wzrokiem odprowadzali i się śmiali. Niech no kurde tylko poczekają, aż wyzdrowieje to takie akcje im urządzę, że popamiętają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz