wtorek, 27 listopada 2012

Wpis7

Nie umiałem zasnąć tej nocy. To jest jakiś koszmar. Leżałem twarzą do poduszki i myślałem nad tym wszystkim. Chce do niej wrócić i to bardziej niż mogę sobie wyobrazić. Chce resztę życia z nią spędzić, ale boje się jej reakcji na to. Boję się, że znowu do tego dojdzie, a wtedy już nie będę mieć na tyle sił by uporać się z tym wszystkim. Zresztą co ja piszę, ja teraz już nie daje sobie z tym rady... Podoba mi się to czy nie ale moje serce należy tylko do niej. Pomimo tego co robi, nie umiem od tak przestać ją kochać.
Nim się spostrzegłem była już 6 rano. Nie ma co dłużej leżeć... Wstałem z łóżka i zszedłem na dół do jadalni. Emilia jak zwykle coś już przygotowywała na śniadanie. Pisałem czy nie pisałem ale jadalnia jest połączona z kuchnią drzwiami i oknem "w ścianie". Gdy tylko wszedłem do środka usłyszałem tylko "o Stworzycielu". Spojrzałem przez okno na Emilię, która była tak wystraszona, że aż się zmartwiłem.
-Co się stało?
- zapytałem ją półszeptem. Podeszła do mnie szybkim krokiem. Jedną ręką odgarnęła część włosów, co zakrywały twarz, drugą przyłożyła do czoła i potem jakby sprawdzała czy żyje.
-Elsword wyglądasz okropnie. Jesteś strasznie blady i te przekrwione oczy. Stało się coś? Matko i córko, co Ty z sobą zrobiłeś dziecko...
- jednak trza było pierw doprowadzić siebie do porządku, a potem zejść.
-Jest w porządku, nie musisz się tak martwić...

 
-Zwariowałeś chyba. Od dnia gdy już z Zekirą nie jesteście razem zacząłeś... jakby sam siebie wykańczać.
-Może...
-Siadaj tu na krześle już.
- zostawiła mnie na chwile samego i poszła po coś. Ja usiadłem na krześle i wbiłem wzrok w podłogę wyłożoną niebiesko-białymi kafelkami. Po kilku chwilach przyszła z jakimiś lekarstwami, termometrem. Kazała mi zmierzyć temperaturę. Cały czas głaskała mnie po twarzy, po ramieniu, odgarniała włosy, jak matka która martwi się o swoje dziecko. - Co Ty z swoim życiem zrobiłeś...
-Gdybym sam znał na to odpowiedź...

-Elsword jak tak dalej będzie to się wykończysz rozumiesz. Masz dopiero 19 lat, a Ty już chcesz wszystko zakończyć.
- patrzała cały czas na mnie tym troskliwym wzrokiem, a ja już dłużej nie mogłem wytrzymać tego. Przeze mnie również inny cierpią. Podałem jej termometr po 3 min zmierzenia. - Ty jesteś chory wiesz... masz temperaturę dużo poniżej swojego ciała.
-Jakbym coś ubrał na siebie to by była w normie.
- tak zszedłem na dół tylko w butach i spodniach, więc co ona się dziwi.
-NIE O TO CHODZI!
- podniosła ton i zaraz potem gdy odłożyła termometr. - Wracasz do łóżka i nigdzie nie wychodzisz.
-No chyba nie.
- to mi w ogóle nie odpowiadało. Mam trochę roboty na dziś.
-Bez dyskusji. Może i jesteś panem tego domu, ale ja nie pozwolę byś sam siebie wykończył. Dziecko spójrz w lustro. Poznajesz Ty w ogóle siebie?

Miała rację. Sam siebie z dnia na dzień wyniszczałem. Spuściłem głowę i same z siebie łzy zaczęły spływać mi po twarzy kapiąc na kafelki. Ja nie daje sobie z tym rady, nie umiem, nie potrafię z tym walczyć... Emila podeszła do mnie i przytuliła do siebie, a ja rozpłakałem się jak każdy normalny człowiek z natłoku tego wszystkiego.
-To ja go doprowadziłam do tego stanu prawda?
- ten głos jak odgłos dzwonu rozległ się w mojej głowie. Ona nie powinna tego widzieć, nigdy...
-Tak...
- odpowiedziała cichym głosem Emila i głaskała mnie po głowie. Dźwignąłem jedną rękę i położyłem na jej dłoni, która mnie głaskała i zsunąłem na dół. Wstałem z krzesła i stanąłem bokiem do niej jak i Aishy.
-Lepiej jak wrócę do pokoju. Niech za kilkanaście minut przyjdzie ktoś, bo trzeba papiery pooddawać i Zekire do domu odprowadzić.
- skierowałem się do wyjścia z spuszczoną głową ocierając policzek z łez. Gdy mijałem Aishe, niepewnie mnie złapała za ramię. Spojrzałem na nią, a ona jeszcze bardziej się przeraziła. - Nie powinnaś mnie widzieć w takim stanie.
-Elsword Ty...
- minąłem ją bez słowa i skierowałem się na górę. Zeki podeszła do mnie i stanęła na przeciwko mnie dotykając swoimi dłońmi moją twarz. - Ty nie radzisz sobie z tym. Ja to widzę. - zmusiłem się do uśmiechu i zsunąłem jej dłonie z twarzy.
-Tak, wiem. Ze wszystkim zawsze dawałem sobie radę, a z tym co dzieje się teraz, z raną którą mi zadałaś nie potrafię.

-Ty też jesteś temu winien.

-Aisha... Nigdy mi nie zaufałaś tak by mieć pewność, że tylko Tobie jestem oddany. Nie doceniałaś tego co Ci dawałem.

-Nieprawda...
- wypowiedziała to cicho bardzo cichutko. Łzy jej leciały po twarzy i jakby zbierała się by coś powiedzieć, a nie potrafiła.
-Nie marnuj czasu na mnie..

-Nie... nie...
- przytuliła się do mnie i zaczęła płakać. Scena jak z dramatu jakiegoś, dwoje ludzi którzy nie potrafią zaznać spokojnej miłości. - Ja... moje serce... należą do Ciebie... nikogo więcej... - przytuliłem ja do siebie i lewą dłoń wplotłem w jej włosy.
-To była obietnica którą sobie złożyliśmy wtedy. Ona nadal obowiązuje...

Po tych słowach zostawiłem ją samą i udałem się do pokoju. Położyłem się do łóżka twarzą do poduszki i przykryłem siebie całego, że ledwo nawet głowę było widać.
Kilkanaście minut później do mojego pokoju przyszło kilka osób zakładam, że Emilia i inni w sprawie papierów.
-Do kogo te papiery mają być zaniesione?

-Od prawej Daisy, Penentio i Aranka.
- po tych słowach usłyszałem kroki i szelest papierów. Nie wiedziałem kto chodził, kto był w pokoju, bo głowę miałem skierowaną w ścianę. Jednak nie umiałem się pozbyć dziwnego wrażenia, że Zeki tu jest. - Ona tu jest? - zapytałem cicho i odparła że tak. - Niech wyjdzie i nie przychodzi dziś, ani jutro. W sumie niech ją ktoś w końcu odprowadzi do domu.
Wstała i odeszła razem z wszystkim. Potem słyszałem tylko odgłos zamykanych drzwi i nastała cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz