piątek, 9 listopada 2012

Wpis6 Oczami Chunga


Minęło już kilka dni od kiedy widziałem się z Ammo i resztą. Sprawa zaginięć też wdała się ostro w znaki. Nie było bezpiecznie w Hamel. Gdy przechodziłem po mieści usłyszałem plotki, że Elsword zajmuje się tą sprawą. To dobrze, szybko ją zakończy. Zająłem się sobą. Udałem się na małe pvp, a potem pospacerowałem po okolicy. Dni pomimo wszystko mijały bardzo spokojnie. Jedyna myśl, co nie dawała mi spokoju to Sayuri. Czemu nagle zajęta jest tak bardzo w sercu Altery, a w tym samym czasie dziwne rzeczy się tu dzieją. Nie, wykluczone, ona nie zrobi tego. Jest zbyt łagodna...
Następnego dnia Ammo złożył mi wizytę i... pokłóciliśmy się. On oskarża Sayuri o te rzeczy, to chore. To tylko przypadek, że akurat jest poza Hamel i znikają ludzie. Według mnie Elsword chce szybko zakończyć sprawę i dlatego się jej uczepił. Bądź co bądź, żałuje niektórych słów które padły... Strasznie byłem zdenerwowany. Ta sprawa nie dawała mi spokoju.
Kolejnego dnia udałem się do Altery. Powiedział, że w jej domu była krew. Powoli i dyskretnie otwarłem drzwi i zajrzałem do środka. Poczułem dziwny, odrażający zapach. Krew... Włączyłem światło i o mało co nie zwymiotowałem na ten widok. Sterta ludzi, wnętrzności ich w kącie porozrzucane, słabo mi się zrobiło. Zgasiłem światło zamknąłem drzwi i wyszedłem zaczerpnąć powietrza. Strasznie mnie mdliło po tym... Drzwi otwarte jakby nigdy nic. a w środku jak z horroru. Co te Pongosy nie sprawdzają mieszkań czy co? Stanąłem pod tablicą, zapewne Elsword dziś złoży jej wizytę w sercu. Stałem i powoli dochodziłem do siebie, głowa mnie rozbolała. Boże... Kilkanaście minut później zjawił się Ammo. Był zdziwiony na mój widok. Przeprosiłem go za wczoraj, miał rację, a ja myliłem się. Zapytałem czy mogę iść z nim. Zgodził się i skierowaliśmy do serca Altery. Żadnych nazoidów, systemu ochronnego. Nie podoba mi się to. Skierowaliśmy się do pomieszczenia w którym, kiedyś znajdował się król nazoidów. Weszliśmy do środka. Rozglądaliśmy się. Na środku stał olbrzymi generator. Po chwili dostrzegłem coś, co latało w okół niego. Szturchnąłem Elsa w ramię i pokazałem mu. Chwile potem dwa nazoidy zleciały do nas. Jedna z nich to była Sayuri, a drugi... Pewnie jej dzieło. Nawiązała się rozmowa. Pytałem ją dlaczego to robi przecież ona, niewinna, skryta, nieśmiała, a zabijała ludzi. Czy dla niej znaczyło słowo przyjaciel? Uczucie? Teraz dowiedziałem się, że nic gdy tylko wspomniała o naszej przyjaźni. Ona najnormalniej w świecie się pobawiła mną i innymi. To było niedopuszczalne, jak można tak krzywdzić drugą osobę? Łzy uleciały mi z oczu, zwierzak Ammo usiadł mi na ramieniu i przetarł łzę i starał się jakoś mnie pocieszyć. Elsword wdał się w walkę, ja nie byłem w stanie. Byłem w szoku po tym wszystkim. Śnieżynka dołączyła do niego, do walki, a ja stałem jak idiota, który myślał, że znalazł sobie przyjaciółkę.
Po dłuższym czasie się otrząsnąłem. Mam przyjaciół i muszę ich chronić. Tak jak mieszkańców z Hamel, to mój obowiązek. Nie pozwolę, by zabawiła się kosztem innych. Podszedłem do Elsworda, który szykował się do kolejnego starcia z tym czymś. Powiedziałem, że idę zakończyć problem o imieniu Sayuri. Spytał niepewnie czy dam rade. Włączyłem tryb Berserka i odrzekłem, że dam. Pobiegłem w stronę generatora. Sayuri dwie platformy wyżej stała i coś przy nim robiła. Wskoczyłem dam przy pomocy mojego działka i powoli zbliżałem się do niej. Odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy malował się smutek i samotność.
-Lorien ja musiałam to zrobić. Zrozum ja nie mam nikogo, może i są inne nazoidy, ale są z innego kodu. Ja potrzebuje rodziny. Ty wiesz, co to znaczy jej brak. - miała po części rację, jednak to nie usprawiedliwienie, by zabijać innych na potrzeby własne.
-Nie musiałaś, czemu nie zapytałaś nas o pomoc? Poszłaś na własną rękę, bo Ci wygodniej? NIE, zrobiłaś to, bo miałaś taką zachciankę. Jesteś pustym nazoidem, który ma gdzieś innych! Nawet inne nazoidy i patrzysz tylko i wyłącznie na siebie! - głos mi drżał, po ciele poczułem dziwne mrowienie i chłód. Tak dalej być nie może. - Przykro mi Sayuri, ale nie mogę Ci puścić tego od tak.
-Oczywiście Wasza Wysokość.
Ukłoniła się bezczelnie w moją stronę. Fakt jestem księciem z Hamel, ale wkupywanie się w moje łaski jest głupotą. Ruszyłem w jej stronę i zaatakowałem Dreadem. Uskoczyła i latała unikając strzał, na próżno. One zawsze docierają do celu tak było i teraz. Spadła na platformę i po chwili dźwignęła się z niej. Zaatakowała mnie swoimi modułami i laserami. Nowy kod który otrzymała jest naprawdę potężny. Użyłem Fielda i przyjąłem pozycje strzelca wyborowego. Atakowałem ją drugą stroną mojego działa. Strzały były potężniejsze i boleśniejsze. Nie pozwolę jej się wyrwać. Gdy amunicja z tych strzał się skończyła, przeszedłem na zwykłe i wpakowałem w nią cały dostępny magazynek. Zaraz potem podbiegłem do niej i rzuciłem w jej stronę kilka granatów. Zachwiała się i zasłoniła oczy przed dymem. Naładowałem szybko broń na nowo i odbiegłem do niej. Uderzyłem ja kilka razy działem i odepchnąłem ją nim. Wystrzeliłem w nią kolejny magazynek. Jak się skończyły wycofałem się, a ona ruszyła za mną z wściekłością. Atakowała mnie elektromagnetycznymi kulami i modułami. Unikałem ich i w między czasie ładowałem działo. Gdy już miałem wystarczającą ilość amunicji znowu zaatakowałem Carpetem. Zleciała platformę niżej. Usłyszałem dziwne dźwięki, jakby maszyna została zniszczona i nie myliłem się. Generator cały migał przelatywały linie prądu po nim i iskry. Po chwili rozległo się trzęsienie. Niedobrze, zaraz to miejsce zostanie zniszczone. Elsword wołał mnie z dołu, że musimy wiać. Miał racje zeskoczyłem w dół i spojrzałem jak Sayuri ledwo wstaje. Podszedłem do niej. Spojrzała na mnie, a ja przyłożyłem jej działo pod rdzeń napędowy. Patrzała na mnie takim smutnym, bolesnym, pełen poczucia winy spojrzeniem.
-Przepraszam Cię Lorien. - łzy same cisnęły mi się do oczy i spływały. Nie było ich widać przez tryb Berserka, co miałem na sobie. To boli, zabijać kogoś kogo znałeś. Krótko i nie za dobrze, ale pomimo wszystko.
-Wybacz.
Ledwo wydusiłem te słowa i strzeliłem w jej rdzeń napędowy. Uśmiechnęła się do mnie życzliwie, jak wtedy gdy spędzaliśmy czas razem, po czym wyłączyła się. Jej oczy straciły blask i leżała jak zwykły bezużyteczny robot. Zeskoczyłem w dół do Elsa i biegiem ruszyliśmy do widny. Pomieszczenie waliło się ze wszystkich stron. Winda działała na szczęście i udało nam się znaleźć na zewnątrz. Chwile potem nastąpiło trzęsienie dość moce, by obecni ludzie i Pongosy zaniepokoili się tym.
Odeszliśmy kawałek dalej i usiedliśmy na trawniku. Wyłączyłem Berserka i siedziałem wpatrzony w trawę. Oczy mnie piekły od łez. To jest piekło... Elsword spytał mnie czy wszystko w porządku. Po dłuższej chwili odpowiedziałem, że jest dobrze i oparłem się o swoje działo. Co prawda było wręcz do dupy. Spojrzałem w niebo i powiedziałem Ammo że nie ma co szukać nowych przyjaciół, jak już się ma to trzeba o nich dbać. Zgodził się ze mną i przez jeszcze długi czas odpoczywaliśmy.
Gdy już nabraliśmy sił, skierowaliśmy się do miasta. Tam Ammo kupił 2 bilety od Aranki. Gość ma szczęście dostał zniżki, a tylko niektórzy tak mają. Dał mi jeden, podziękowałem i wróciliśmy do miasta. Od razu pożegnałem się z nim i powiedziałem, że przez jakiś czas chce być sam. Kiwnął głową, a ja wróciłem do siebie. Gdy byłem już w swoim przytulnym domu, udałem się do pokoju. Tam odłożyłem działo i rzuciłem się na łóżko z płaczem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz