Dzień, heh wróć jaki dzień... W nocy, gdy spałem nie wiem skąd, za czyim pozwoleniem, Śnieżynka przybrała swój wygląd z swojego świata i chciała się przytulić. Jako, że ja nie jestem przyzwyczajony, że śpię z kimś w jednym łóżku, zareagowałem gwałtowanie przywołując Cornwella i przykładając do twarzy osoby. Jak zobaczyłem, że to Śnieżynka to byłem w szoku tak samo ona, jak ujrzała miecz tuż przy oczach.
-Śnieżynka co Ty do cholery robisz? - zapytałem gniewnie i odwołałem miecz. Przeczesała ręką niepewnie włosy i spuściła wzrok na drugą ręką co się podpierała.
-Ja tylko...
-Daj mi spać dobra? - odwróciłem się i zakryłem kołdrą z powrotem. - Dziś mam turniej, więc daj mi się wyspać. Poza tym. - odwróciłem się do niej. - Kto Ci pozwolił przyjąć formę Wyroczni? - spojrzała na mnie spojrzeniem winy i smutku.
-Przepraszam nie chciałam Cię obudzić tylko przytulić. - przytulać się jej zachciało.
-Przytulić? - przewróciłem oczami i obróciłem się stroną do pokoju. - Przytulaj się w dzień, a nie w nocy, w łóżku, kiedy śpię i wracaj już do swojej słodkiej oraz niewinnej formy zwierzaka.
Usłyszałem ciche pomruczenie, które chyba miało znaczyć "tak", bo po chwili czułem, że już wróciła do "mini" rozmiarów. Spojrzałem na zegar. 3:17 dobra jeszcze trochę pośpię.
Obudziłem się koło 9. Cały turniej zaczyna się o 11, więc mam czasu jeszcze trochę. Wstałem i ubrałem się. Śnieżynka spała w kącie łóżka. Nie będę jej budzić, chyba że już będę wychodzić. Jeszcze tylko do łazienki się ogarnąć...
Na dole przeglądałem telewizor i jednocześnie jadłem śniadanie. Wszystkie programy, które były typowo informacyjne pokazywały Belder, gadali o turnieju, prezentowali wojowników, pytali widzów na kogo stawiają i inne takie. Pierdoły jak do mnie, ale trudno. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Kazałem im(służącym) sprzątnąć ze stołu. Kilka chwil potem wbiegła w podskokach Aisha i zatrzymała się przy mnie uśmiechnięta i wesoła jak zwykle. Usiadła sobie wygodnie na kolana i przywitała pocałunkiem w usta. A to ja myślałem, że mam popędy w stosunku do niej... Przytuliłem ją do siebie i zapytałem co taka szczęśliwa. Podała kilka powodów: pierwszy, że dokopie innym i zgarnę wygraną, drugi Raven przyjeżdża dziś wieczorem, trzecia idzie na trening.
-Trening? Jaki znowu trening?
-No bo widzisz... - głaskała mnie dłonią po włosach i bawiąc się nimi przy okazji. - Nie podoba mi się ta magia co mam. Co prawda początkowo było super fajnie ale teraz jakoś. Nie odpowiada mi ona.
-To po co zmieniałaś? Głupia jesteś. - spojrzała obrażona i chciała uderzyć z liścia w twarz, jednak zatrzymałem jej rękę i przyłożyłem ją do twarzy. - Ta ręką służy do pieszczenia mnie, a nie bicia. - westchnęła tylko i przytuliła się. Swoim podbródkiem opierała się o głowę, a ja oparłem swoją o jej klatkę piersiową.
-Ty to wiesz jak zawsze się ze mną obchodzić. - musnąłem wargami jej szyję i gładziłem drugą ręką jej plecy.
-Kiedy wybierasz się na ten trening?
-Dziś wieczorem lub jutro rano.
-Jutro rano, przynajmniej jeszcze zdążę Cię zabawić przed wyjazdem. - zaśmiała się cicho po czym odsunęła się trochę i spojrzała na mnie.
-Nie przepuścisz takiej okazji. - zawiesiła swoje ręce na szyi.
-Skoro mam Cie nie widzieć tyle czasu to wiesz... - spojrzałem za nią na zegarek. Dochodziła już 10. Objąłem ją w tali i wstałem z nią z kanapy. Postawiłem na ziemi i przytuliłem do siebie. - Kocham Cię Aisha.
-Ja Ciebie też Elsword.
Staliśmy przytuleni jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu trzeba było się zbierać. Zapytałem ją czy też idzie. Odpowiedziała ze musi jeszcze kilka spraw załatwić, ale wszystko będzie oglądać na bieżąco.
Wyszliśmy do miasta. Ja biletem ulepszonym(wow nawet na stałe) prze teleportowałem się do Belder. Jaki ruch o kurde... Rozejrzałem się przez chwilę, po czym skierowałem do areny pvp no bo, gdzie indziej będą walki? Przechodziłem przez zatłoczone uliczki, nie obyło się bez przywitań i szeptów o mnie, pisków dziewczyn i masy innych. Jednak gdy już miałem wejść do pomieszczenia gdzie miało się wszystko zacząć panował taki chaos, że nie szło przejść. Nie no, dosyć tego. Przywołałem Cornwella i użyłem Sword Fall'a na całej długości od wejścia, aż do samej Camilli. Inni poczuli cienie nad sobą i się odsuwali przerażeni spoglądając dalej. Potem jeszcze krzyki by się zsunęli bo "władca Cornwella" idzie. Gdy to usłyszeli od razu się zsunęli i wpatrywali jak w jakiegoś zaginionego bohatera? Westchnąłem i szedłem przed siebie. Po bokach słyszałem szepty, dziewczyny, które nie odrywały wzroku, chichoty, powitania serdeczne... W środku było ich jeszcze więcej. Jako, że wszystkie areny są tak samo zaprojektowane, wiedziałem gdzie znajduje się Camilla.
Otoczona była innymi wojownikami. Naliczyłem ich pięciu, hm a gdzie szósty? Podszedłem tam. Na mój widok organizatorka tego wszystkiego bardzo się ucieszyła i podeszła do mnie witając się i kładąc rękę na ramieniu. Wraz z nią podszedłem do reszty, co będzie walczyć. Przywitaliśmy się i życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia. Wymienialiśmy się zdaniami co sądzimy o naszych umiejętnościach i takie tam inne. Co mnie zdziwiło albo i nie, pośród nas wszystkich wyróżniała się Angelika. Nie wiem, ona ma chyba 15 lat nie więcej i oczywiście wzrok wlepiony we mnie... Jessi wydawał się być pełen pozytywnej energii, pewny siebie i zabawny na swój sposób. Michael był podobny do Ravena ze względu na swoją nazo rękę, jednak coś mi się wydaje, że ma dziki styl walki. Catherine siedziała wygodnie na modułach, a jej służący obok stali, jakby strażnicy. Roscoe był za to bardzo opanowany i nie wiem czemu ale polubiłem go. Podczas rozmowy krótkiej, bo krótkiej to jednak czułem, że da się z nim pogadać praktycznie o wszystkim. W ręku dzierżył naprawdę wysokiej klasy miecz. Dba o swoją broń jak przystało na prawdziwego wojownika. Nie było tylko panny Anastazji z Besmy. Zapewne ta landryna, bo tak mogę ją nazwać widząc jej zdjęcie, musiała poprawić sobie tapetę by nie spadła przez promienie słoneczne i dreszcz emocji. Zbliżała się już 11. Dyskutowałem z Roscoe na temat mieczy i wtedy ktoś objął mnie za ramię. Odwróciłem się, była to ta modnisia pięknisia, ale czemu dowaliła się do mnie? Roscoe też nie grzeszy wyglądem... Spojrzała na mnie uwodząco swoimi dużymi, zielonymi oczami, które podkreślone były mocno czarną kredką i tuszem do rzęs. Dziękuje Stworzycielowi tego świata, że dał mi Zekire... Przywitała się z nami, a ja wyrwałem ramię z jej uścisku. Camilla podeszła do nas i powiedziała ze czas zacząć. Wybiła godzina 11.
Wchodzisz na własną odpowiedzialność^^ Nie odpowiadam za to w jakim stanie stąd wyjdziesz:P Niektóre wpisy zawierają treści erotyczne oraz "łacinę podwórkową". Nie chcesz nie czytaj, chcesz czytać - robisz to sam z własnej woli
Strony
- Pamiętnik
- Postacie
- Galeria na deviantArcie
- Muzyka
- One shot - Rany przeszłości
- One shot - Sekret
- One shot - Magiczna kula
- One shot - Taniec - najpierw koszmar, potem hobby
- One shot - Halloween
- One shot - Niebezpieczny romans
- One shot - Dziwne morderstwa
- One shot - Tylko jeden dzień
- One shot - Z przyjaźni do miłości?
- One shot - Czas na śluby
- One shot - Apokalipsa chan
- One shot - Widziałam anioła, upadłego anioła
- One Shot - "... w tym momencie stałem się potworem...
- One Shot - Perfect Duo?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz