niedziela, 25 listopada 2012

Wpis5


Dzień jak co dzień znowu nastał. Rano wygłupy z Śnieżynką, potem jak już się nam znudzi na miasto połazić, po rynku i. Zaciekawiła mnie pewna fryzura na rynku -Yakshy czerwono-biała. Zastanawiałem się czy kupić, trochę kasy mam, fryz nie za drogi, muszę jeszcze oszczędzać, aż pojawią się rękawice z Incubusa. Niech no ja bym dorwał tego, kto mi je wtedy wykupił to by miał mojego Cornwella... Zdecydowałem się kupić co mi tam, może chociaż dzięki temu będę mniej rozpoznawalny, bo do fryzu DS'owego już każdy przywyknął do Incu zdarzają się, że nie rozpoznają ale w większości jest na odwrót, to w tej fryzurze może zaznam spokoju...
Jak zwykle do późnego południa zajmowałem się tym, co zwykle już mi się nie chce pisać dzień w dzień to samo, a idiotą nie jestem i nie będę opisywać "dziś heniu miałem takie i takie pt", "te pt było takie srakie i inne", "te dziewczyny z pt to już na serio mnie przerażają i wyglądem i tym co robią". Jednak co do pvp to też sam nie wiem czy opisywać... W sumie na kij ja będę pisać jak i tak zawsze wygrywam, a potem przeciwnika biorą do szpitala na oddział intensywnej terapii.
Wszystko biegnie inaczej od tamtego dnia. Czuje dziwną pustkę i zastanawia mnie czym to jest spowodowane. Tym, że opuściłem gildię czy tym, że zerwałem kontakt z przyjaciółmi? Zwykle gdy spacerowałem po mieście, parku nie zważałem aż tak na innych ludzi, ale teraz patrząc na nich jak są razem, w grupach rozmawiają, śmieją się, pary trzymają się za ręce, siedzą razem, wtedy czuje ukłucie w sercu. Ja to wszystko miałem i straciłem. Czy dam radę odzyskać to co jest najważniejsze? Czy jest jakikolwiek sens? Nie wiem, nie wiem co mam z tym zrobić... To już trwa zbyt długo, zbyt długo moje serce cierpi, jeśli tak dalej pójdzie pochłonie mnie mrok, a wtedy to ja będę większym zagrożeniem dla Hamel jak ten Ran. Tylko od czego zacząć... Może tak miało być, może to wszystko miało się wydarzyć jakiemuś celowi tylko jakiemu?
Wieczór jak każdy inny bez żadnych sensacji. Poszedłem do swojego pokoju i postanowiłem posprzątać trochę biurko, bo za dużo papierów na nim już jest. Podczas segregowanie dokumentów natknąłem się na papierek z gildii. No pięknie... Yuri teraz mnie zabije jak jej to przyniosę, bo słyszałem od innych, że zgubiła ważny dokument, a on u mnie. Zapakowałem i udałem się do siedziby gildii. Wszedłem do środka. Kilku jakiś nowych siedziało których wcześniej nie znałem.
-Ammo
! - dostrzegłem na schodach, które prowadza na wyższe piętro Giio. Od razu zrzedła mi mina, z wszystkich ludzi ona musiała się pojawić. Zeszła z schodów i podbiegła do mnie. Już chciała się przytulić gdy tylko uniosłem i pokazałem jej papiery.
-Gdzie Yuri?

-U siebie w gabinecie.

Minąłem ją i skierowałem się do jej gabinetu. Wszedłem do środka, jak zwykle siedziała przy biurku i coś wypisywała.
-Puka się do cho...
- gdy mnie zobaczyła zamarła jakby ducha zobaczyła. - Elsword... - jej głos się uspokoił i wręcz szeptem wypowiedziała moje imię. Widocznie posmutniała i spuściła głowę odkładając pióro. Podszedłem do niej i położyłem przed nią papiery.
-Zanim odszedłem dałaś mi te papiery. Słyszałem, że ich szukałaś, bo były Ci potrzebne. Trochę późno ale oddaje, pewnie się przydadzą jeszcze, bo to jest przecież spis członków z ostatniego miesiąca.
- spojrzała na nie i przeglądnęła je.
-Tak dziękuje, powinnam Cię nieźle ochrzanić za to ale... Już nie należysz do nas...
- spojrzała na mnie zasmucona jakby chciała żebym wrócił i jej pomógł nadal zajmować się tymi nienormalnymi ludźmi. Wzruszyłem ramionami i skierowałem się do wyjścia. - Na pewno nie chcesz wrócić? - otwarłem drzwi i przez chwile zastanawiałem się nad tym.
-Na razie nie.

Wyszedłem i skierowałem się do domu. Myślałem, że nic mnie już nie spotka dziś niezwykłego, a jednak. Przede mną czterech facetów zaczepiali jakąś dziewczynę, dopiero gdy się zbliżyłem rozpoznałem, że to Zeki. No to w końcu nie będzie nudno. Dwóch z nich trzymało ją za ramiona nie mogła nic zrobić, a trzeci zaczynał powoli ściągać jej ubrania. Gdy tylko jego ręka dotknęła jej nogi od razu rzuciłem Harshem tak, że rozcięło mu policzek.
-Kto do cholery mi prze e e....
- powoli szedłem do nich z stoickim spokojem, a w lewej ręce trzymałem Cornwella. Widać było iż strasznie się koleś zmieszał jak reszta. Stałem kilka metrów od nich.
-Dziewczyna, puśćcie ją.
- zrobili jak kazałem. Zeki była wystraszona, po jej twarzy spływały łzy. Podbiegła do mnie i przytuliła do prawego ramienia. Spojrzałem na nią z troską, a potem gniewnie na tych debili. - Wiecie, że pójdziecie siedzieć, o ile przeżyjecie spotkanie z moim przyjacielem. - skierowałem w ich stronę miecz, a ci jak sparaliżowani nic nie powiedzieli ani się nie ruszyli. - Zgłosicie się sami na policje albo jutro będą was za łachy zaciągać do paki.
Skinęli głowami i w popłochu szybkim krokiem opuścili miejsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz