sobota, 10 listopada 2012

Wpis2

Zbliżał się wieczór. Wróciliśmy z Aishą do domu i czekaliśmy na Loriena i Sylpha. Po chwili rozległ się dźwięk dzwonka. Do salonu wszedł Chung. Minąłem go i skierowałem się na Sylpha z chęcią mordu. Rzuciłem się na niego i wykrzyczałem mu to wszystko, przez co przechodziliśmy gdy go nie było. Myśli, że pójdzie sobie i wróci jak zaginiony książę z bajki! Co dziwne jakaś dziwna włócznia odciągnęła mnie z niego. Co to kurwa jest?! Cholera no... Nie mogłem nic zrobić i wisiałem jak idiota w powietrzu. Śmiał się jeszcze no to już szczyt. Przywołałem Cornwella i chciałem jakoś się uwolnić jednak na daremnie. Skierował się do salonu, a mnie frajer zostawił. Kurwa nie daruje mu, ja odetnę te głowę kiedyś. Za plecami usłyszałem śmiech Loriena. Jest super... Gdy znalazł się w salonie jego jakieś nie wiem ostrza, wróć te ostrza. Zerknąłem na nie. Były takie same jak tej nazoidki z serca. Dziwne.. Wisiałem nadal w powietrzu i patrzałem na niego tak, jakbym zaraz miał mu wszystkie obwody wyrwać. Zaczął opowiadać o swojej jakże interesującej przygodzie. Przedrzeźniałem go, gówno mnie obchodzi co robił i co przeżył. Wyciągnął dziwne coś, coś podobnego do mojej lewej strony gdy używam moce Mrocznego. Ogarnął mnie dziwny chłód co to jest... Dał przedmiot Aishy, a ona zaczęła mu się przyglądać. Spoglądałem na nią czy nie zrobi sobie tym krzywdy. Wspomniał też o jakiś Antycznych czy coś w ten deseń, Lorien chciał mu pomóc jednak w jego głosie wyczułem iż... Cholera no, on długo tak nie pociągnie. Po chwili jego ostrza mnie spuściły na dół i kopnął w brzuch.
-Kurwa nie pozwalaj sobie za wiele idioto.
- trzymałem się za brzuch.
-Musimy pogadać.

-Nagle Ci się na rozmowy zebrało co?
- wstałem z ziemi i wyprostowałem się. - Chodź. - skierowaliśmy się na hol. Zapewne chodzi o coś o czym nie chce gadać przy nich. Lorien i Aisha przyglądali się przedmiotowi co jej dał. Stanęliśmy oparci o drzwi. - O czym chcesz gadać? - założyłem ręce na krzyż.
-Co się stało Chungowi?

-Hoo
. - zaśmiałem się pod nosem. - Nagle się nami przejmujesz co? Co mu się stało? Powiem Ci - zmieniłem ton na zimny i odpychający. - Zaprzyjaźnił się z nazoidką Sayuri, naprawdę mu na niej zależało i co? Wyszło, że się tylko zabawiła jego uczuciami i zadrwiła bezczelnie przy nim z tego. Wiesz jaki jest Chung, on jest łagodny aż za. To jest cios poniżej pasa, dlatego teraz przez dłuższy czas będzie mieć "uraz" do nazoidów włącznie z Tobą. Daj mu spokój tyle Ci powiem, niech ochłonie i nie zmuszaj go do nie wiem rozmów czy czegoś.
-Nie wiedziałem o tym, co tu się wyprawia.

-TO KURWA TRZA BYŁO BYĆ Z NAMI!
- krzyknąłem tak głośno, że aż Lorien z Aisha spojrzeli w naszą stronę. Spojrzałem an nich i od razu odwrócili wzrok, a ja wbiłem swój w Sylpha. - Słuchaj no, miałeś powody czy nie miałeś, by nas opuszczać mam to gdzieś. Ale jeśli w jakikolwiek skrzywdzisz Aishe czy Chunga to osobiście przebije Cornwellem Twój rdzeń napędowy czy wyrażam się jasno?
-Skąd ten gniew nie nauczyłeś się manier od ostatniego spotkania.

-Wypchaj się nimi. Wkurzasz mnie już od dłuższego czasu
. - oddaliłem się kawałek. - Kiedy będzie replay z tego, co zrobiła Sayuri? - zapytałem drwiąco z niego.
-Nie będę wdawać się w dalszą dyskusję z Tobą, bo nie widzę żadnych z nich korzyści. Jesteś tak samo głupi jak byłeś.

Wzruszyłem ramionami i skierowałem się do reszty. Sylph oznajmił że wychodzi, niech kurde wraca skąd przybył. Rozległ się odgłos zamykanych drzwi. Po kilku minutach Lorien też się zbierał. Odprowadziłem go pod drzwi.
-W porządku?
- martwiłem się o niego jak cholera. Jest mi jak brat... Spojrzał na mnie i starał się życzliwie uśmiechnąć.
-Jakoś daje radę. Nie przejmuj się tym minie kiedyś.

Spuścił głowę i wyszedł. Gdybym mógł coś zrobić, coś co by zmieniło bieg wydarzeń... Wróciłem do salonu. Zapytałem Aishe co to jest. Nie umiała określić rodzaju magii ani nic, jednak gdy tylko przybliżyła ją do mnie słabo mi się zrobiło. Od razu odsunąłem się kilka kroków w tył i złapałem za lewą stronę twarzy, która pulsowała nie miłosiernie. Jakie on cholerstwo tu przytargał? Zekira nie dostrzegła mojego chwilowego osłabienie. Schowała maskę do torby i dźwignęła ją z ziemi.
-A Ty dokąd?
- założyła torbę na ramię i odwróciła się do mnie.
-Do domu, a niby gdzie?
- podszedłem do niej i zdjąłem torbę przytulając ją do siebie.
-Zostajesz ze mną.

Zawiesiła ręce na szyi, widziała, że jak ja chce być z nią to nie wyjdzie choćby się szarpała nie wiadomo jak. Zbliżyła się i delikatnie musnęła warg. Od tego zawsze się zaczyna, a kończy... Całowaliśmy się namiętnie przez dłuższy czas. Przytuliłem ją mocniej do siebie. Ledwo słyszalnie jęknęła i wplotła palce w włosy a drugą błądząc po moich plecach. Jeśli o mnie chodzi, to mógłbym tak trwać przez dłuższy czas i rozkoszować się smakiem jej ust. Przerwaliśmy na chwile pocałunek, spojrzała mi w oczy i dłoń co miała wplecioną w włosy dotknęła i pogłaskała mojego policzka. Zbliżyła jeszcze raz niepewnie swoje usta do moich, jakby bała się, że tego nie zrobię. Głupia ona. Do późnej godziny zajmowałem się nią. Od tego stanu oderwał nas dźwięk zegara, który wybijał godzinę 23. Po chwili Zekira odrzekła, że już musi wracać. Niechętnie znowu wypuściłem ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz