poniedziałek, 5 listopada 2012

Wpis4

Wstałem wcześniej niż zwykle. Przygotowywałem się w podróż do serca Altery. Mam przeczucie, że dojdzie do walki. Gdy już odpowiednio przygotowałem swoją broń, zszedłem na dół. Tam Śnieżynka na fotelu... Co ona robi... Fikołki... No ręce opadają.
-Dobrze się czujesz? - patrzałem na nią to rozbawiony, to jak idiota. Spojrzała na mnie i odwróciła się tyłem do mnie.
-Nie rozmawiam z Tobą! - no proszę. Pierwszy bunt z strony zwierzaka. Podszedłem do niej, złapałem za dwa ogony i dźwignąłem do góry. Zapiszczała i zaczęła się szarpać. - Odstaw mnie na miejsce!!
-Idziemy zakończyć misję.
Skierowałem się z nią do drzwi wyjściowych, a ta nadal wierciła się w wszystkie strony. Wrzeszczała jak nienormalna w mojej głowie, piszczała z wszystkich sił, groziła, normalnie rozkosz dla mych uszu... Puściłem ją w końcu i z hukiem upadła na podłogę. Posłała mi pełne gniewu spojrzenie i zaczęła bić z wszystkich sił po mojej nodze, a ja rozbawiony patrzałem, jak się męczy, a mi nic nie robi praktycznie. Zapytałem ją czy długo jeszcze będzie odwalać takie cyrki. Nie odpowiedziała nic. Po kilku minutach przestała i powiedziała, że można iść. Złapałem się ręką za głowę, z kim ja mieszkam?
Zanim wyruszyliśmy do Altery, poszedłem do Penentia zawiadomić go, iż dziś zakończę przydzieloną misję. Ucieszył się na te wieści i odrzekł, że będzie czekać z niecierpliwością na raport. Następnie udałem się do "kochanej" przedstawicielki firmy CoBo i zakupiłem ten przeklęty bilet. Przy okazji dodała, iż jako jestem ich stałym klientem mam zniżkę na wszystkie bilety. Szał normalnie...
Gdy zbliżała się południe byłem już w Alterze. Miasto wygląda na spokojne, czyli Pongosy nic nie wiedzą, co wyczynia ta nazoidka. Nie czekając dłużej skierowałem się do mojego celu. Co dziwne, przy tablicy rynkowej spotkałem Loriena, jakby czekał na kogoś. Podszedłem do niego i zapytałem, co tu robi. Pierw przeprosił za wczoraj, a następnie powiedział iż był u niej w domu i nie może w to uwierzyć. Potem dodał, że czekał na mnie by razem to sprawdzić. No skoro chce, to nie ma na co czekać. Udaliśmy się w stronę windy prowadzącej do naszego celu. Podczas drogi myślałem, czy to aby dobry pomysł brać go ze sobą. Sayuri dla niego jest jedną przyjaciółką poza naszą grupą.
Gdy winda zjechała na dół skierowaliśmy się przed siebie. Nie było żadnej straży, laserów ochronnych kompletne zero. Po kilkuminutowej przechadzce po sercu, dostrzegliśmy światło z pomieszczenia, w którym kiedyś znajdował się król. Spojrzeliśmy na siebie i skierowaliśmy się prosto w tym kierunku. Weszliśmy do środka. Na miejscu króla nazoidów był postawiony duży generator albo powiedziałbym, że ogromny. Czego to roboty nie wybudują. Rozglądaliśmy się dłuższy czas. Wtedy Lorien szturchnął mnie w ramię i wskazał palcem na górę. Przyjrzałem się. W okół generatora latały dwa nazoidy. Jeden z nich to była nasza Sayrui, a drugi... Kto to ma być? Oba roboty spojrzały na nas z góry, po czym skierowały się w naszym kierunku. Wylądowały przed nami. Druga nazoidka, tak to będzie ona zapewne, miała na sobie czarno-czerwone ubranie, albo raczej była tak skonstruowana, bo wszystko wydawało się być jedną całością.
-Po co tu przyszliście? Jesteśmy zajęte. - odrzekła z spokojem Sayuri.
-Zajęte czym? Robieniem z ludzi nazodiów? To coś obok Ciebie - spojrzałem na tą drugą nazoidke. - Zostało stworzone z ciała człowieka? - podeszła do niej i pogładziła ręką jej twarz.
-Tak, to pierwszy udany nazoid z człowieka. - poczułem dziwne uczucie. Nie wiem jak to opisać. Jak można z człowieka...
-Dlaczego. - spojrzałem na Loriena. Ten to teraz ma mieszane uczucia pewnie. - Dlaczego to robisz? Przecież Ci ludzie... Żyłaś razem z nimi!
-Żyłam? - zaśmiała się bezczelnie. - Nie bądź śmieszny. Obserwowałam was i tyle. Musiałam zgromadzić jak najwięcej informacji o tym procesie oraz o ludziach. Jak widać lata z wami nie poszły na marne.
-Więc wszystkich traktowałaś jak śmieci mam rozumieć? Obiekty Twoich badań? - patrzałem na chłopaka. Żal mi się go zrobiło, on... Spuściłem głowę w dół. Nie wiem, nie mam pojęcia jak on sobie z tym poradzi...
-Tak. - Śnieżynka wskoczyła na ramię Chunga i ocierała z jego policzka łzę. Spojrzałem na Sayuri. - A Ty co myślałeś, że chce się z Tobą zaprzyjaźnić? - zaśmiała się ponownie. Teraz to już przesadziła. Przywołałem Cornwella i skierowałem w jej stronę. Przestała się śmiać i wbiła na mnie swój obojętny, pozbawiony wszelkich emocji wzrok.
-Zapłacisz za wszystko co zrobiłaś. - uśmiechnęła się szydersko.
-To zapraszam bliżej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz