środa, 6 marca 2013

Wpis5

Poranek minął tak samo, jak poprzedni. Osobiście lubię wykonywać dzienne misję, gdy nie ma tych dzieciaczków, co ryczą i pajacują. Przy okazji można poznać sympatycznych ludzi i miło spędzić czas. Gdy zbliżało się południe, razem z Lorienem spacerowaliśmy po mieście. Miałem takie dziwne uczucie, iż każdy mój ruch był obserwowany. Czyżby Gold Falcon, aż takie budził zainteresowanie? Jedyne, co mi teraz brakuję to avatar broni. Może akcesorium się też kupi…
W drodze powrotnej do pałacu, trafiliśmy na naszych runicznych wojowników. W sumie to oni mnie szukali. Zapytali mnie, czy pomogę im w pewnym wyczynie, który sprawi, iż Amhil będzie sławny. Spojrzałem na nich podejrzanie i zapytałem, co chcą zrobić. Z wielkim uśmiechem na twarzy, razem odparli, iż Amhil chce przelecieć, na swoich runach, w poprzek przez centrum Sanderu. Odparłem, iż są nienormalni, to jest chore i samobójcze. Zapytałem ich, co zrobią jeśli coś się stanie i spadnie. Wtedy Kakazu wskazał na mnie palcem i powiedział, że go z dołu będę asekurować i jak spadnie to Cornwellem mam złapać. Tak wykorzystywać legendarny miecz… Pokręciłem głową, że się nie zgadzam i dorzuciłem by odpuścili, jednak oni są uparci i odparli, iż zrobią to sami. Odeszli, a ja z Lorienem spojrzeliśmy na siebie. Wzruszył ramionami, ja westchnąłem i poszliśmy za nimi.

Staliśmy przy jednym z filarów, razem z dwoma mężczyznami, ubranych w garnitury i trzymających w rękach dokumenty. Coś mi się widzi, że są z Światowej Organizacji Rekordów. Rozmawiali o czymś z chłopakami i po kilkunastu minutach dali nam znak, że czas zaczynać. Lorien odsunął się kawałek dalej, razem z Kakazu, który będzie wszystko nagrywać, a ja stałem tuż pod linią lotu Amhila. Jeśli mu coś się stanie, to chyba się zabiję. Chłopak już stał na górze i patrzał przed siebie. Następnie dał znać, że jest gotowy. Oczywiście całe zajście przyprowadziło mnóstwo gapiów. Straż, co była z nami odsuwała ludzi, spod linii lotu. Gdy teren był czysty, Amhil rozpoczął swój lot na runach. Aż sam byłem zszokowany, on latał przy pomocy swojej magii. Nie spuszczałem z niego wzroku i Cornwella miałem cały czas przywołanego. Był już w połowie i póki co, wszystko szło zgodnie z planem. Sekundy mijały, Amhil cały czas w powietrzu i ta ciężka atmosfera. Nikt się nie odzywał, panowała cisza, tylko odgłosy przywoływanych run. Na samym końcu, zamachnął się za szybko i stracił wysokość, ale utrzymał się i doleciał na drugą stronę. Gdy tylko wylądował na drugim filarze, rozległy się brawa i wiwaty, a mi ulżyło. Chwile potem zeskoczył do nas na dół, też za pomocą run i gdy znalazł się na dole pogratulowałem mu, a on z wielka radością podziękował. Wyszeptał również, iż gdyby nie moja asekuracja to by bał się to zrobić. Zebrali się wokół nas wszyscy zebrani i podobnie jak ja gratulowali mu tego chorego wyczynu. Kakazu uwiecznił to wszystko na filmie, a mężczyźni w garniakach odrzekli oficjalnie, iż ten wyczyn zostanie zapisany do księgi rekordów.

Podczas obiadu opowiedzieliśmy reszcie o tym wyczynie i byli w szoku. Dla nich takie coś jest nienormalne i cieszyli się, iż sobie krzywdy nie zrobili. Po obiedzie udałem się do swojego pokoju odpocząć. Jeszcze potrenować by trzeba było… W pokoju panowała cisza. Na fotelu spała Śnieżynka, otulona swoimi ogonami, a ja wygodnie leżałem na łóżku, z zamkniętymi oczami i jak to miałem w zwyczaju, myślałem nad kilkoma sprawami. Teraz wszystko się uspokoiło, jednak, co będzie potem. Jakie wyzwania nasz jeszcze czekają i najważniejsze, czy przeżyjemy to. Po dłuższym czasie, wyczułem czyjąś obecność w pokoju. Gdy ta osoba zbliżyła się do mnie, odruchowo przywołałem Cornwella i otworzyłem oczy, by zobaczyć, kto się bawi w ninja. Była to Zeki, która wystraszyła się na widok miecza.

-Nie skradaj się tak, bo jeszcze kiedy ci krzywdę zrobię. – odwołałem miecz i z powrotem położyłem się, a chwile potem Zeki, która się przytuliła.
-Nad czym tyle myślisz?  
-Nad kilkoma rzeczami.  
-Jakimi? – dźwignęła głowę i skupiła swój wzrok na mnie. Spojrzałem na chwile na nią i odwróciłem głowę w drugą stronę.
-Nieważne.  
-Ważne. – dzióbnęła swoim palcem w policzek i zrobiła minę rozkapryszonej dziewczynki.
-Zeki proszę…  
-Martwisz się czymś.
 -Nie martwię.  
-Ta, jaaasneee. – patrzała cały czas na mnie, a ja jedynie mogłem udawać, iż jest wszystko w porządku. – Więc powiesz, czy nie?
-Nie.  
-Czyli jednak coś jest. – spojrzałem na nią i wtedy zorientowałem się, iż dałem się wciągnąć w grę słowną.  
-Jesteś zbyt ciekawska.
-A ty uparty.
Przez długi czas wymienialiśmy się zdaniami, aż w końcu miałem tego dość i wyszedłem z pokoju, zostawiając ją z Śnieżynką. Skierowałem się do Camilli, by dała mi jakąś wolną arenę do treningu. Przydzieliła mi jedną z większych aren i mogłem do woli trenować z Cornwellem.

Podczas kolacji Lorien wraz z Arą znowu o czymś rozmawiali. Trochę zaciekawił mnie fakt, iż nagle zaczął być taki otwarty na rozmowy. Aisha znowu z Reną plotkowały, a ja z Ravenem dyskutowałem o umiejętnościach innych wojowników i wojowniczek. Gdy już się nagadaliśmy, wróciłem do siebie i tam, na stole czekał na mnie list. Wziąłem go do ręki. Był z Hamel, od Penentia. Byłem w szoku po przeczytaniu listu. Sasha chce ze mną mówić na osobności. Ciekawe, o czym chce ze mną pomówić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz